piątek, 5 stycznia 2018

Nigdy więcej takiego grudnia

Gdy nadszedł grudzień z uśmiechem czekałam na święta. Gdy tylko Nelcia szła spać ja zamieniałam się w idealną panią domu i wieczory spędzałam w kuchni na pieczeniu i ozdabianiu pierników i ciasteczek. Łącznie do wszystkich wypieków zużyłam ok 6 kg maki, a największe ciastko miało średnice ok.5 centymetrów. Roboty od groma, ale ja uwielbiam różnego rodzaju wypieki. Cieszyłam się bardzo na te nasze pierwsza święta we troje. Pierwsza rysa pojawiła się po Mikołajkach, dopadło mnie zapalenie ucha, a Panienka przechodziła kryzys. Tylko mama, mama i mama. Mama znikła z oczu to krzyk.  Gdy wyszłam na prostą ze zdrowiem to pan Ł. miał nawał w pracy i spotkań związanych z budową, więc całe dnie byłyśmy same we dwie, a że górna jedynka powoli rośnie i nad mym dzieckiem się znęca to nie były to radosne i pełne uśmiechu chwile.
Kilka dni przed świętami wszystko zwolniło. Prezenty popakowane, humory dopisują. Nawet udało nam się tak rozplanować świąteczne spotkania, że pierwszy dzień świąt miał być tylko dla nas. I wtem trach. W piątek, dwa dni przed świętami, krótko po 18, dzwoni mój telefon. Patrzę moja babcia i myślę sobie ohoho pewnie dzwoni, co tam słychać bo raptem od dwóch dni do niej nie dzwoniłam, a że babcia w prawnuczce zakochana to średnio co drugi dzień trzeba zdać raport ;) Niestety to wcale nie był błahy telefon. Zmarł mój ukochany dziadek. Miał 77 lat. Długo chorował i jakkolwiek źle to nie zabrzmi to dla niego ta śmierć była wybawieniem. Od przeszło 2 lat nie było z nim kontaktu. Od jakiegoś czasu nawet sam nie jadł, ani nie pił. Gdyby nie sondy, cewniki i wspaniała opieka jaką miał już dawno by go z nami nie było. Każdy się tego spodziewał, wiedzieliśmy że jest z nim już bardzo źle, ale śmierć kogoś bliskiego nigdy nie jest w dobrym czasie i zawsze boli. Z racji daty pogrzeb był zaraz po świętach, które też były inne niż zazwyczaj, pokryte smutkiem i żalem. No i trzeba je było trochę przeorganizować tak aby babcia nie była sama. W dniu pogrzebu pogoda była parszywa jak diabli. My poszliśmy z Nelą, a właściwie ja byłam sama a Łukasz z nią większość czasu przesiedział w samochodzie. Nie bardzo mieliśmy ją z kimś zostawić. Zresztą bardzo potrzebowałam ją przytulić po całej ceremonii, więc dobrze że była blisko. Jakby tego wszystkiego było mało to w sylwestra rano obudził mnie okropny ból brzucha - okres mnie męczył. No i na pogrzebie potwornie się przeziębiłam, albo złapał mnie jakiś wirus, bo dopiero dzisiaj odżyłam. Błagam niech styczeń będzie dla nas bardziej łaskawy!

2 komentarze:

  1. Martuś, współczuję, na pewno nie tak wyobrażałaś sobie ten grudniowy czas i pierwsze wspólne święta. Ale ponad połowa stycznia za nami i mam nadzieję, że wszystko dobrze się układa. Uściski dla Was dziewczyny!

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej, życzę wam by styczeń i cały rok był łaskawy. Ściskamy z Witkiem!

    OdpowiedzUsuń