czwartek, 20 kwietnia 2017

Równo tydzień temu...

Równo tydzień temu o tej porze nasza mała Dziewczynka leżała już przytulona do moich piersi, ale po kolei...

W środę rano założono mi cewnik i baloniki do szyjki macicy. Bałam się bólu i dużego dyskomfortu, ale spotkało mnie miłe zaskoczenie. Zakładanie było lekko nieprzyjemne, ale zdecydowanie nie mogę powiedzieć że bolało. Później było po prostu dziwnie, takie uczucie wypełnienia. Noc minęła mi zaskakująco spokojnie.

W czwartek pobudka po 5. Ostatni prysznic w dwupaku i krótko przed 6 przyszła po mnie pielęgniarka. Zbadali mnie i Dziewczynkę, pobrali krew i zaprowadzono na porodówkę. Tam spotkałam się z Ł. Byłam zestresowana i przestraszona, ale już się nie mogłam doczekać. Wyciągnięto mi cewnik, podłączono kroplówkę z oksytocyną i zrobiono ktg, które trwało ponad godzinę. Wszystko w normie, więc machina ruszyła i to z grubej rury. Skurcze początkowo pomimo nieregularności bolały jak diabli i tylko się nasilały. Skakanie na piłce i pobyt pod prysznicem przynosiły lekką ulgę, ale ból był straszny. Po 3 godzinach przyszedł ponownie lekarz ( w między czasie położna zaglądała i sprawdzała samopoczucie moje, Dziewczynki i nasze postępy). Doszłam do rozwarcia na 5 cm i skurczy co niecałe 2 minuty, które trwały równo 60 sekund. W ciągu 30 minut miał się pojawić anestezjolog aby mnie znieczulić, bo już naprawdę byłam na granicy. Niestety w badaniu ginekologicznym okazało się, że Dziewczynka ani drgnęła w dół. Absolutnie nie miała ochoty się urodzić. Dali nam pół godziny. Położna pokazała jaką mam przyjąć pozycję i w jaki sposób ruszać biodrami. Swoją drogą ta kobieta to anioł nie człowiek. Powinno to zmotywować Dziewczynkę do zejścia trochę niżej. W między czasie dostałam do wdychania gaz, aby tak bardzo nie bolało. Byłam do niego bardzo sceptycznie nastawiona, ale... co za ODLOT :D serio jakbym wypiła butelkę wina. Szumiało w głowie, humor się poprawił, nie bolało i było tak lekko :) Więc polecam! Niestety wszystkie nasze starania nie przyniosły absolutnie żadnego rezultatu. Zapadła decyzja o cesarskim cięciu i czas przyśpieszył. Nawet nie zdążyłam się przestraszyć. Położna pomogła mi się przebrać, położyłam się na łóżku, Ł. dał buzi i już byłam na sali operacyjnej. Wtedy dopadł mnie strach. Na szczęście dookoła było dużo znajomych i życzliwych twarzy. Plusy posiadania taty chirurga ;) był cały czas w okolicy. Znieczulanie nie bolało i wszystko poszło bardzo sprawnie. Moment gdy usłyszałam Dziewczynkę i pokazali mi ją taką nagusieńką z czarną czuprynką to był chyba najwspanialszy moment w życiu. Do tej pory mam łzy w oczach na to wspomnienie. Oczywiście koncertowo się popłakałam i nie mogłam się uspokoić. Nawet podali mi coś na uspokojenie. Zabrali Małą do sali obok, gdzie (ponownie plusy posiadania chirurga w rodzinie) czekał już Ł i tulił Dziewczynkę tak długo aż mnie nie przewieźli na odział. Dostałam naszą kruszynkę do tulenia i tak minęło nam kilka pierwszych godzin.  W między czasie tylko położne sprawdzały jak się czujemy i nikt nam nie przeszkadzał. Mała spędziła ze mną w ten sposób prawie 4 godziny.
Kornelia  urodziła się o 12:35, miała 54 cm i ważyła 3375g i jest największą Dziewczynką o czarnej czuprynce jaką tylko mogłabym sobie wyobrazić.

Sam pobyt w szpitalu na oddziale już z Nelą wspominam bardzo dobrze ( w odróżnieniu od patologi ciąży), personel - zarówno położne, jak i pielęgniarki zajmujące się dziećmi- były fantastyczne. Pomocne, miłe, uśmiechnięte, życzliwe. Leki przeciwbólowe miałam bardzo dobrze dobrane, bo bolało, ale nie aż tak jak myślałam że będzie boleć. Kolejnego dnia rano z pomocą fizjoterapeutki wstałam z łóżka (ponownie ta pionizacja nie byłą taka straszna jak się obawiałam) i wzięłam prysznic.

Obydwie czułyśmy się na tyle dobrze, że w niedziele wielkanocną około 14 byliśmy już we trójkę w domu!

czwartek, 13 kwietnia 2017

Mamy córkę!

Dzisiaj po 12 poznaliśmy naszą Dziewczynkę. Próbowałam naturalnie, nawet doszliśmy dość daleko ale ostatecznie skończyło się cesarką. Dziewczynka jest śliczna i okazem zdrowia o pojemnych płuckach. Ja też czuję się całkiem nieźle, zobaczymy co będzie rano po wstaniu... Tymczasem cały czas się tulimy!

wtorek, 11 kwietnia 2017

Spadające morale

Na początek z góry przepraszam za wszelkie błędy - piszę z telefonu i bloger coś wariuje.
Miało się dziać, miałam tulić Dziewczynkę... Plan był zacny, nikt tylko nie przewidział jednego scenariusza, który był tak nie prawdopodobny że nawet nie brano go pod uwagę.
Zaczęło się pięknie. Szybkie przyjęcie, od razu na porodówkę, szybkie badanie które tylko pokazało że nic się nie zmieniło. W USG wszystko pięknie. Test oksytyconą. Nie taki straszny trochę bolało ale raczej tak jak w czasie mocnego okresu. Test wyszedł pięknie. Pięknie tzn że łożysko mam super wydolne i ani trochę nie wygląda na 41tydzień. Szyjka nic się​ po oksy nie ruszyła. Więc ani nie mogli mi zostawić kroploweczki ani zrobić cięcia. Wisze sobie w próżni. W między czasie byłam badana tyle razy (a raz to aż gwiazdy z bólu zobaczyłam) że zaczęłam mocno plamić i jeszcze nie urodziłam a już wszystko boli. Plusem jest to że przynajmniej powstało prawie 3 cm rozwarcie. Jutro rano założą mi cewnik z balkonikiem na dojrzewanie szyjki na 24 godziny i albo to pomoże i sztucznie wywołamy skurcze albo cięcie.
Leżę na patologi ciąży i źle mi tu. Niewygodnie, wszystko boli, a czwartek wydaje się być oddalony o całe lata świetlne.

niedziela, 9 kwietnia 2017

Mamy plan!

Wczorajsze badanie i ktg nie wykazało żadnych zmian. Dziewczynka ma się dobrze. Ja natomiast mam zero skurczy, długą szyjkę, a rozwarcie bez zmian. Generalnie mój brzuch oglądali już chyba wszyscy :D Zgodnie twierdzą, że szyjka się nie skraca dlatego iż Maluszek jest ułożony nad miednicą i nie ma szans aby sam z siebie zszedł do kanału.

Czas ma wtorku. Wtedy też będę tydzień po terminie. Dlaczego nie wtorek, a nie poniedziałek? Powód jest banalny. To właśnie we wtorek dyżur ma i pani doktor, nasza położna i kilku jeszcze znajomych ginekologów. Generalnie obsługa full wypas ;). Mamy się zgłosić koło 8 do szpitala. Zapadła decyzje że bez względu na rozwój sytuacji we wtorek będę tulić Dziewczynkę. Spróbujemy zrobić test oksytocyną (1,5 godziny pod kroplówką i ktg) jest szansa że pojawią się jakieś skurcze i to sprowokuje iż Dziewczynka trochę się przemieści, a szyjka zacznie się skracać. Jeśli tak się wydarzy to już podłączą mnie na dłużej pod oksytocynę i będę próbować rodzić naturalnie. Natomiast jeśli nic się nie zmieni albo zmieni się zbyt mało i lekarze stwierdzą, że nie widzą szans powodzenia to jeszcze we wtorek będę miała cesarskie cięcie.

Cieszę się, że zapadały jakieś decyzje. Jeszcze tylko 2 noce przede mną w dwupaku. Z jednostronny już się nie mogę doczekać wtorku, a z drugiej bardzo się boję. Boję się tego, że nie wiem jak to będzie. Jak rozwinie się sytuacja. Mętlik w głowie i natłok myśli spowodował, że poprzednia noc była ciężka. Bezsenność i ból bioder to chyba najgorsze nocne połączenie, ale cieszę się, że mogę czekać w domu, a nie w szpitalu na patologii ciąży.

środa, 5 kwietnia 2017

Po terminie...

Minął 4 kwietnia, a ja dalej w dwupaku. Aplikacja która odliczyła mi dni do porodu pokazuje dzisiaj +1. Wiem, że ten termin to jest +/- dwa tygodnie, ale pewnie jak większość kobiet (a podobno wychodzi to tylko 4%) miałam nadzieję, że urodzę w terminu. A tu cicho sza i raczej nie zapowiada się ani dziś, ani jutro ani łatwo, ale po kolei.

Sobota 1 kwietnia. Prima aprilis. Nie wiem po kim nasze dziecko odziedziczy poczucie humoru, ale właśnie w sobotę postanowiło zrobić nam bardzo brzydkiego psikusa. Pobudka, śniadanie jak zwykle i się ogarniam aż tu nagle uświadomiłam sobie, że jeszcze nie poczułam Dziewczynki. Lekki stresik. Najadłam się ciastek, czekolady wszytko zapiłam zimną wodą i sokiem pomarańczowym i położyłam się na lewym boku. I cisza. Nic, a nic. Po 40 minutach ledwo wyczuwalne dwa ruchy. I znowu nic. Więc poziom stresu straszny. Szybki telefon do położnej. Kazała mocno poruszać brzuchem, a jak nadal nic nie będzie to przyjechać na ktg. Oczywiście Dziewczynka miała za nic moje próby. Chwilę później już siedzieliśmy w samochodzie. Dawno się tak nie bałam. Przyjechaliśmy, podpięli mi ktg, a w Dziewczynkę wstąpił diabeł :D Zapis ktg wręcz idealny! Po prostu miała lenia. Przy okazji położna mnie zbadała. Rozwarcie ledwo na palec, szyjka ani trochę krótsza, no i na ktg ani pół skurczu.

Poniedziałek 3 kwietnia. Wizyta przed 8 rano. Najpierw ktg. Zapis ponownie idealny, ale nadal brak jakiekolwiek skurczu. Szybka wizyta u lekarza. Rozwarcie według pani doktor nie na palec, a ledwo co na opuszek. Szyjka długa, kompletnie nie zgładzona. Główka wciąż wysoko, za wysoko.

Wtorek 4 kwietnia. Wieczorem byliśmy umówieni ze znajomą położną. Taką zaufaną, z którą mam kontakt telefoniczny. To właśnie ona będzie przy porodzie. Najpierw ktg. Trwało godzinę, bo Maluszek znowu postanowił pofikać. Tak intensywnie fikała, że dwa razy włączył się alarm o braku tętna płodu. Gdybym w tym czasie nie czuła jak się rusza to słowo daje zawał murowany, a to po prostu Dziewczynka tak mocno kopała po czujniku, że on nie był w stanie pracować. Na szczęście szybko znudziły się jej takie zabawy i wszystko było dobrze, oczywiście nadal bez skurczów. Położna zmierzyła mi miednicę i tyle dobrze, że jest całkiem ok. Potem badanie. Od soboty zero zmiany w rozwarciu, skróceniu szyjki, czy jej zgładzeniu. Główka nadal stanowczo za wysoko. Dlatego też szyjka mi się nie skraca, bo dziecko nie napiera tylko gdzieś tam sobie wyżej pływa. Jej zdaniem i drugiej położnej na dyżurze mam kiepskie szanse na poród naturalny. Podobno fizjologicznie mój brzuch jest mocno odstający nad spojeniem łonowym i dlatego Dziewczynka nie chce zejść niżej i zacząć napierać na kanał rodny. Dają szansę do soboty. Jeśli nic się nie zmieni, nic się nie ruszy to najpewniej skończę cesarką... Do domu wróciliśmy po 22. Głowa mi pęka od myśli. Boję się jak diabli. Ta niepewność jak to będzie. Kolejne ktg w czwartek wieczorem, potem w sobotę. A tymczasem myję okna, piekę ciastka, spaceruję póki pogoda dopisuje i staram się nakłonić Dziewczynkę do współpracy.