niedziela, 26 lutego 2017

3 trymestr

W jednym z poprzednim wpisów roztaczałam wizję częstszego pisania i generalnie zrealizowania miliona planów. W mojej wyobraźni te miesiące wolnego od pracy, a jeszcze z Dziewczynką w brzuchu miały wyglądać jak sielanka. Spotkania ze znajomymi, spacery, dużo pieczenia i gotowania, jakieś wycieczki. Generalnie miał to być aktywny czas dla mnie, dla nas. A tu trzeci trymestr spłatał mi psikusa. Plan jest realizowany na jakimiś minimalnym poziomie. Gdzie czasem zrobienie najprostszego obiadu jest wszystkim co potrafię.

Ogólnie rzecz ujmując nic się nie dzieje. Dziewczynka pięknie się rozwija, wagowo jest około 50 percentyla czyli idealnie. Rusza się regularnie, więc nie funduje mi mini zawałów serca. Czasem tylko jak się wypnie z prawej strony to się zastanawiam czy przypadkiem w tym miejscu skóra mi nie pęknie i nie zobaczę swojego dziecka ciut wcześniej ;) W sumie to upatrzyła sobie prawą stronę, tam jest jej chyba najwygodniej, bo bardzo często tam sobie urządza dzikie harce :D Na trzecich badaniach prenatalnych nawet pokazała nam buźkę i mamy piękne zdjęcia - chyba pierwsze, bo tak to zawsze się chowała. Wszystko jest wzorcowo. U mnie też całkiem ok, cały czas walczę z anemią, ale dzielnie trzymam się po dobrej stronie, minimalnie bo minimalnie ale daję rade. Tylko to moje ciśnienie. Wiem, że w ciąży wysokie ciśnienie jest bardzo niebezpieczne, więc z dwojga złego lepsze za niskie, no ale bez przesady. Ja miewam ciśnienie na poziomie 80/50 lub niżej. Wyższe tylko u lekarza bądź po wejściu po schodach ;) To też pewnie jest przyczyną mojej słabości i generalnie słabego samopoczucia. Energii to więcej ma moja prawie 80 letnia babcia i kondycję pewnie też. Męczy mnie dosłownie wszystko, a do tego bardzo źle sypiam. Za to odpowiadają moje biodra. O ile w ciągu dnia jest całkiem znośnie to w nocy zaczyna się mały koszmarek. Na jednym boku nie jestem w stanie leżeć dłużej niż 1h/1,5h  i tak się kręcę i budzę. Ciągiem śpię nie dłużej niż 2 godzin, więc to też odbija się na moim samopoczuciu. Za to nadal na palcach jednej ręki policzę przypadki puchnięcia nóg czy zgagi. Kręgosłup też jakoś specjalnie mi nie dokucza. Na szczęście humor dopisuje i wiem, że to stan przejściowy. Czasem tylko pozazdroszczę niektórym blogowym koleżanką energii :)

Do wyliczonego terminu porodu zostało mi 37 dni. Jak to będzie to jeszcze nie wiadomo. W 37 tygodniu sprawa się rozjaśni po wymierzeniu główki bezimiennej i mojej miednicy. Pozostaje jeszcze sprawa czy Panienka obróci się głową w dół, bo raz już tam była ale chyba się jej nie spodobało i fiknęła po przekątnej ;)

Brzuszek mam już spory, co by nie powiedzieć ogromny. Co przy moich 160 cm i generalnie drobnej budowie ciała wygląda dość nietypowo. Na plusie mam ok. 13 kg. I zdecydowaną większość w brzuchu, bo tak obiektywnie rzecz ujmując nie wyglądam na tyle kilogramów ile pokazuje waga. Co jest pocieszające :) Za to cieszę się z większego biustu. Zawsze był drobny i teraz też o nim nie można powiedzieć duży, ale przejście z miseczki A na B bardzo mi się spodobało!
 W zeszłym tygodniu wybraliśmy się z Ł. na sesję brzuszkową. Bardzo ciekawa jestem efektów, bo do tej samej pani fotograf planujemy wybrać się również we trójkę. Bardzo odpowiada nam jej stylistyka. Bez zbędnych dodatków czy akcesoriów. Prosto, naturalnie i neutralne kolory.

Na pojawienie się Dziewczynki jesteśmy gotowi w 95%. Na dniach gotowość (ta materialna wiążąca się ze wszystkim co taki maluch może potrzebować do życia) wzrośnie do 100% wtedy też pewnie, jeśli tylko siły pozwolą, popełnię wpis o przygotowaniach, zakupach i decyzjach.


piątek, 3 lutego 2017

Szkoła rodzenia

W tym tygodniu byliśmy na ostatnich zajęciach w szkole rodzenia. Chociaż moim zdaniem sama nazwa jest dość niefortunna.

Długo zastanawiałam się jaką szkołę wybrać. Z góry skreśliłam wszystkie ukierunkowane tylko w jedną stronę jak np eko, czy naturalne. Chciałam aby były poruszane wszelkie możliwe kwestie i sposoby, a nie tylko zgodne z przekonaniami prowadzącej. Zależało mi też aby zajęcia prowadził ktoś kompetentny z doświadczeniem. Nasz pani doktor poleciła nam dwie położne. Wtedy wybór już był prosty, bo jedna z nich była nam już znana z opowieści znajomych (chodzili do niej na zajęcia jak i również wynajęli ją do porodu). Tak się złożyło, że pani Kasia prowadzi również szkołę rodzenia w szpitalu w którym będę rodzić.
Zajęcia były całkowicie bezpłatne. Odbywały się raz w tygodniu, przez 6 tygodni i trwały mniej więcej 1,5 godziny chociaż czasem przeciągało się do dwóch godzin. Dużym plusem był fakt iż każde zajęcia prowadziła inna położna pracująca w tym szpitalu, co pozwoliło nam poznać prawie 50% personelu i wyrobić sobie pewną opinię. 5 na 6 położnych było naprawdę super i chciałabym aby któraś z nich towarzyszyła mi w tym ważnym i ciężkim momencie. Natomiast jedna pani była z tych co jak spotkam to się chyba zapłaczę i w życiu nie urodzę. Co tu ukrywać pani raczej starsza (chociaż to nie zawsze ma znaczenie) i z dość konserwatywnym podejściem do porodu - tylko na leżąco, z automatu nacinane krocze itd. Tak więc zrobię wszystko aby nie mieć tej "przyjemności".

Pierwsze zajęcia były o spakowaniu torby, o tym jak wyglądają skurcze przepowiadające, jak rozpoznać te właściwe, kiedy należy przyjechać do szpitala i o sposobach przygotowania krocza - tak aby było  ciut bardziej elastyczne.
Drugie zajęcia to były stricte o porodzie czyli procedury w szpitalu, jak to wygląda, generalnie suche fakty połączone z wizytą na porodówce.
Trzecie też dotyczyły porodu ale było już ciut bardziej praktycznie, tzn o metodach łagodzenia bólu (zarówno o muzykoterapii i jak znieczuleniu zewnątrz-oponowym, więc każdy znajdzie coś dla siebie). Co mi się najbardziej podobało było o różnych pozycjach i sposobach w jaki można sobie pomóc w czasie skurczu.
Kolejne zajęcia były o obsłudze noworodka, trochę teorii o higienie i pielęgnacji, ale głównie ćwiczenia praktyczne na lalkach, jak ubrać, jak nosić, jak przewijać i kąpać. To właśnie po tych zajęciach zdecydowaliśmy, że zamiast wanienki, do kąpania Dziewczynki kupimy wiaderko.
Piąte spotkanie było w całości poświęcone karmieniu piersią i powiem szczerze były to najnudniejsze zajęcia, ale to właśnie z tych zajęć mam najwięcej notatek, a więc wiedzy przekazanej było sporo. Tylko forma suchego wykładu jakoś mi nie podpasowała.
Ostatnie zajęcia były o połogu, a co najważniejsze o pierwszej pomocy. Co zrobić jak się dziecko zakrztusi, coś połknie, zacznie się zanosić czy przestanie oddychać. Było o bezdechu i nauczyłam się jak robić masaż serca takiemu maluszkowi. Perspektywa jest przerażająca, ale taką wiedzę to jednak powinien mieć każdy rodzic.
Z perspektywy czasu, pomimo że czasem nie chciało nam się jechać na zajęcia, uważam że podjęliśmy dobrą decyzję. Nie był to zmarnowany czas, a nie o wszystkim byłabym wstanie przeczytać w internecie czy książkach. Dużo było takiej wiedzy praktycznej, wynikającej z doświadczenia tych kobiet jako położonych i jako mam. Fajnie też w jakimś minimalnym stopniu było poznać położne pracujące na oddziale, bo zawsze milej jest zobaczyć jakąś znajomą twarz :)