niedziela, 22 stycznia 2017

Wieści z chorobowego frontu

Przeziębienie w ciąży to koszmar. Najpierw chory był Ł. Standard -ból głowy, gardła i katar. Tak sobie przechorował cały tydzień. Ja wtedy zwiększyłam zażywanie wszystkiego co zdrowe. Produkcja domowych soków też podskoczyła i wierzyłam że uda mi się przetrwać. Nawet już mówiliśmy, że tym razem się udało, bo Ł. już zdrów a mi absolutnie nic nie dolegało. Tak było do czwartkowego wieczoru. Wtedy zaczęłam wyczuwać kłopociki w postaci lekkiego bólu głowy i jakiegoś drapania w gardle. W piątek obudziłam się z okropnym bólem gardła, a w ciągu dnia doszedł katar gigant. I w ten o to sposób, zamiast radośnie spędzać mijający weekend w Wiśle na świeżym powietrzu i spacerach zalegam pod kocem. Zmieniam tylko miejsca z jednej kanapy na drugą, a potem do łóżka i tak w kółko. Tym razem jakoś wyjątkowo męczy nie to bycie osłabioną.

W czwartek rano byliśmy u lekarza. Zarówno ze mną i jak z Dziewczynką wszystko dobrze. Maluszek ułożony poprzecznie, szyjka macicy długa że ho ho czyli żadnych zagrożeń. Wyniki wszystkie prawie w normie. Cały czas jestem na pograniczu anemii, ale dzielnie się trzymam po tej dobrej stronie mocy ;) Walczę też o trochę wyższy poziom białka - ale tu już trochę gorzej mi idzie. Ważne że nie spada. Dziewczynka dalej ma zapędy do sportów walki, bo kopie i wypycha się z niesamowitą siłą. Waży już 1400g co według maszyny do usg powinno dać 3400g w wyliczonym terminie porodu. Jednakże pani doktor kazała się jeszcze nie przyzwyczajać do tej myśli i powiedziała, że bardziej realną wagę Dziewuszki poda ok 37 tygodnia. Na początku lutego idziemy na ostatnie już badania prenatalne. Ciekawa czy tym razem uda nam się uzyskać jakieś ładne ujęcie, czy znowu panienka postanowi się na nas wypiąć albo zasłonić twarz. Ł. mówi że ma to po mnie tzn nie chęć do publicznych pokazów i występów ;) . W czasie wizyty rozmawialiśmy też o opcjach porodu, ale o tym kiedy indziej. Na obecną chwilę mam za duży natłok myśli w głowie aby to jakoś sensownie ubrać w słowo. W każdym bądź razie strach nie zmalał, ale przynajmniej mam nieco jaśniejszy obraz sytuacji.

A teraz znikam znowu pod kocyk, do wtorku muszę czuć się i wyglądać trochę lepiej. Idziemy do fotografa robić zdjęcie dla babci na urodziny. Od dawna mówiła, ze chciałabym takie aktualne zdjęcie wszystkich wnuków, a zebrać 6 osób w wieku od 13-31 lat w jednym miejscu i o tej samej porze to graniczy prawie w cudem, więc ostatnie o czym marzę to aby przełożyć umówione spotkanie.

środa, 11 stycznia 2017

Starch ma wielkie oczy?

Chyba większość kobiet w ciąży przyzna mi racje, że ciąża to piękny stan. Pomimo dodatkowych kilogramów, bolących bioder, pleców, puchnących nóg czy różnych innych ciążowych dolegliwości moment w którym czuć ruszającego się Maluszka jest cudowny i wyjątkowy. Oczywiście zdarza mi się narzekać na to że za szybko się męczę, jestem niewyspana czy wkurza mnie fakt że zawiązanie butów czasem sprawia problem.

Do niedawna negocjowałam z Dziewczynką aby dała mi pospać w nocy i nie kopała o 3 rana jak szalona, tak było do soboty. W piątek zjadłam kolacje o 19 (rano jechałam na badanie krwi, więc trzeba było na czczo) i poszłam spać, rano po 6 obudziłam się nieźle spanikowana bo Dziewczynka jakoś się nie ruszała. Wytrzymałam do 8 i pojechałam do szpitala, pobrali mi krew, wypiłam glukozę i od razu zgłosiłam się na usg. Z Dziewczynką oczywiście wszystko w porządku , nawet miała nogę na głowie, pani doktor wyjaśniła że maluchy raczej nie lubią głodówki przed badaniem i dlatego są wtedy spokojniejsze i albo przesypiają ten czas albo ruszają się bardzo powoli i leniwie. Wytłumaczyła też, że nawet taka Kruszyna ma prawo do lekkiego lenistwa w brzucha. Kamień spadł mi z serca.

Dla mnie ciąża oprócz tych pozytywnych aspektów, których jest znacznie więcej to kojarzy mi się też ze strachem i niepokojem. Początkowo to był strach, czy aby na pewno jest to ciąża w macicy, potem o bijące serduszko, jeszcze później badania genetyczne, połówkowe itd. Od kiedy wyraźnie czuję ruchy, a na każdym usg wszystko jest jak najbardziej w normie to strach o prawidłowy rozwój naszego dziecka zszedł na dalszy plan. Głęboko wierzę, że w kwietniu urodzi nam się zdrowe i piękne dziecko. Natomiast im bliżej terminu wpisanego w karte ciąży tym bardziej boje się porodu.
Zanim w ogóle byłam w ciąży i na samym jej początku, jednym akceptowalnym przeze mnie rozwiązaniem było cesarskie cięcie. Innej opcji nawet nie brałam pod uwagę i mówiłam o tym głośno i wyraźnie. Może zbyt głośno... Pewnego pięknego popołudnia podzieliłam się tym z własnym ojcem, który zburzył mój obraz cesarskiego cięcia. Jak to chirurg opowiedział, pokazał i nastraszył ze wszystkimi możliwymi szczegółami, a przy okazji naobiecywał że w czasie porodu naturalnego będę mieć najlepszą opiekę i jakiegoś super anestezjologa który specjalizuje się w znieczuleniach do porodu.

Tym sposobem trafiliśmy na szkołę rodzenia. W szpitalu. Jest całkiem za darmo co jest jej dodatkowym plusem, wyposażona całkiem nieźle. Jej głównym atutem jest to, że każde zajęcia (jest ich 6 po 1,5h) prowadzi inna położna pracująca w tym szpitalu. Patrząc na to, że ogólnie jest ich bodajże 13 to na samych zajęciach mam okazje bliżej poznać prawie 50% z nich. Do tej pory byliśmy 3 razy. Miałam nadzieję, że będę wychodziła stamtąd jak oaza spokoju w pełni przekonana że dam radę. Nic bardziej mylnego. Boje się jak cholera. Pomimo tego, że 2 z 3 położnych były naprawdę super (jakbym spotkała tą 3 to prędzej Ł. urodzi niż ja dam się jej dotknąć :D ) i dużo opowiadały, tłumaczyły, pokazywały i było czuć bijące od nich takie ciepło i zaangażowanie. Dowiedziałam się też kilku przydanych i ważnych rzeczy, ale wciąż nie jestem w 100% przekonana do porodu siłami natury.

Jak dla mnie to cc od pn różni się tym, że przy porodzie naturalnym boli w trakcie , a po cięciu boli później. Plusem porodu naturalnego jest to iż praktycznie od razu wraca się do formy, a plusem cesarskiego cięcia jest możliwość zaplanowania. To przy cc wiadomo kiedy, o której i jak to dokładnie będzie wyglądało i ile trwało, a przy porodzie naturalnym to jest jedna wielka ruletka. Ł. mnie wspiera, chociaż chyba nie do końca rozumie te emocje. Wiem, że to musi być moja decyzja i wiem również że jakakolwiek ona nie będzie, otrzymam wsparcie. Pomimo tego że nie ma chyba bardziej logicznego ciągu jak to że jeśli jesteś w ciąży to musisz urodzić to mam marzenie aby do kwietnia wymyślili metodę bezbolesnego i bezinwazyjnego wyciągania Maluszka z brzucha ;)

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Wracam!

Po ponad miesiącu czas na nowy wpis :) Cały grudzień tzn. do świąt chodziłam jeszcze do pracy, a po pracy to już uprawiałam tylko relaks na kanapie z książką zamiennie z drzemkami. Przygotowania do Świąt raczej mnie ominęły. Zazwyczaj moją świąteczną specjalnością są wypieki i to te drobne czyli ciastka, ciasteczka, pierniki. W ilości hurtowej. W zeszłym roku (nie licząc ciast) na święta zeszło mi 9,5 kg mąki, więc możecie sobie wyobrazić tą skalę ;) Produkcja trwała cały miesiąc, bo upiec to jedno, a potem trzeba było jeszcze te maleństwa udekorować. W tym wypadku moja chęć dążenia do perfekcji bardzo spowalniała proces. W tym roku było skromnie, bo jednak trzeba mierzyć siły na zamiary, a mnie brzuszek jednak dość mocno ogranicza. Wchodząc na wagę patrzę z przerażeniem, bo na plusie mam +8,5kg co jest dość zaskakujące bo tak prawdę mówiąc rośnie mi tylko brzuszek i trochę piersi. Pani doktor każe się nie przejmować i mówi że przy mojej wyjściowej wadze mam zapas jeszcze 10 kg, co jakoś specjalnie mnie nie pociesza. Mam nadzieję, że po porodzie ładnie będzie to spadać w dół :)
.
Święta to był czas spędzony w rodzinnym gronie, dla mnie dość ciężki, bo Maleństwo postanowiło zostać bokserem i treningi odbywa nocami, albo o innej porze dnia jak leżę. Nigdy bym nie pomyślała że taka kruszynka potrafi kopać na tyle by człowieka to obudziło i zabolało. Do tego dochodzi dość silny ból kręgosłupa i bioder, ale teraz już zwolniłam tempo i jest trochę lepiej. Większość czasu odpoczywam i spędzam na przyjemnych rzeczach.

We wtorek 27 grudnia byliśmy na pierwszym spotkaniu w szkole rodzenia. I tak przez kolejne 5 wtorków. Było całkiem sympatycznie i merytorycznie, ale o tym kiedy indziej.
Już jutro zaczynam 27 tydzień ciąży czyli 3 trymestr. Powoli zaczynamy robić zakupy dla naszej bezimiennej Dziewczynki :) Fotelik do samochodu i wózek już wybrane i zamówione. Łóżeczko wstępnie też wiemy jakie. Dzisiaj przyszła pierwsza paczka z ubrankami. Na ile można korzystam z wyprzedaży, które zaczęły się po Świętach. Na moje szczęście w sklepach intranetowych jest dużo większy wybór niż w tych stacjonarnych, bo chodzenie po sklepach nie należy do moich ulubionych czynności. Aczkolwiek gdy dzisiaj otworzyłam tę paczkę i zobaczyłam te maleńkie bodziaki, spodnie, pajacyki czy pieluchy to aż się wzruszyłam. Nawet teraz łzy zbierają mi się w oczach. Zresztą ja ostatnio płaczę kilka razy dziennie, czasem nawet nie potrzebuje powodu co powoduje że Ł. się ze mnie podśmiewa.