poniedziałek, 30 października 2017

Wakacyjnie

Mamy koniec października, a ja dopiero teraz zabieram się za opis naszych wakacyjnych wojaży. Siadałam już do tego z 7 razy, ale zawsze było coś ważniejszego do zrobienia na już, albo na wczoraj, albo dziecko me kochane miało inne plany. Początkowo chcieliśmy spędzić urlop w Grecji. tak typowo, jakiś dobry hotel z opcją all in. Jednak nasze wymagania okazały się trochę wygórowane. Hotele które nam się  podobały osiągały takie ceny jak 2 tygodniowy pobyt w Azji, więc olaliśmy temat. W miedzy czasie okazało się że rodzice Ł wraz z jego siostrą z dzieciakami jadą w sierpniu na tydzień na Mazury. To była szybka decyzja. Jedziemy z nimi. Znaleźliśmy sobie domek i już wakacje było zarezerwowane. Mam mieszane uczucia co do tego wyjazdu. Z jednej strony było super, bo Nelcia złapała kontakt z dziadkami ( nie wrzeszczy już na ich widok), mieliśmy trochę czasu we dwoje, a dziecko było pod czułą opieką dziadków lub cioci. Z drugiej strony jadąc na Mazury, do lasu nad jezioro mieliśmy nadzieję na wypoczynek w ciszy. Zresztą opis domku wprowadził nas trochę w błąd,a trochę nie doczytaliśmy o okolicy. Było napisane że są dwa domki w lesie na  dość dużej działce jakieś 300m od jeziora. I faktycznie tak było, ale nie napisali już ze zaraz obok są dwa duże ośrodki letniskowe i chyba ze 100 takich domków, a że ludzie są różni i przyjeżdżając do lasu niekoniecznie chcą wypoczywać w ciszy to było raczej dość głośno. Z jednego domku krzyki i śmiechy po nocach, z innego muzyka na cały regulator, a do innego co chwile ktoś przyjeżdżał i odjeżdżał i lubił sobie pogazować. Ciszy to my tam nie zaznaliśmy :) Spacery były super, po lesie nad jeziorem. No bajka po protu. Nawet pogoda nam dopisała. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie brak komarów. Przez 7 dni widziałam jednego.
Gdy mieliśmy już ogarnięte wakacje na Mazurach po rozmowach z kilkoma osobami zaczął nas kusić jeszcze jeden wyjazd wakacyjny. Gdzieś gdzie będzie ciepło. Nasze myśli kręciły się wokół chorwackiej wysypy Pag. Byliśmy tam na wakacjach 4 lata temu i było super. Ze Ślaska jest tam niecałe 1000 km. Napisaliśmy maila do właścicielki apartamentu w którym byliśmy poprzednio. Miała wolne miejsce i tadam pojechaliśmy :D Trochę bałam się tej drogi z Nelcią, ale zaskoczyła mnie niesamowicie. W obie strony jechaliśmy nocą.  W tamtą stronę z jedną pobudką na karmienie, a z powrotem przyjechaliśmy w jednym kawałku i dziecko przespało całą drogę! Tak poza tym to mieliśmy obawę że w środku nocy utkniemy w Słoweni, bo okazuje się, że tam mało która stacja benzynowa jest czynna 24hW szoku byliśmy.
Te dwa tygodnie w Chorwacji były boskie. Nie było to to samo co bez dziecka, ale i tak było super. Praktycznie każdego dnia byliśmy na plaży, dużo spacerowaliśmy i zasadniczo pełen relaks. Tylko pod koniec naszego pobytu pogoda już raczej bardziej spacerowa niż plażowa, ale spacery wzdłuż wzburzonego morza też mają swój urok. Zasadniczo to trafiliśmy idealnie bo już było po sezonie, więc malutko ludzi co równa się ciszy i spokojowi. Minusem było to iż większość restauracji i kawiarni była już pozamykana, ale nam to nie przeszkadzało. To jest zasadniczo dość specyficzna wyspa, dość kamienista i niezbyt duża. Gdy chcieliśmy wysłać kartkę urodzinową to znaczka pocztowego szukaliśmy 4 dni, a poczta w miasteczku była w jakimś budynku-ruderze i czynna była od 11 do 13. Gdy teraz wspominam jak było fajnie to aż mi przykro że kolejny taki dłuższy wyjazd we troje to nie wcześniej jak na wiosnę.
A na koniec trochę zdjęć.












niedziela, 22 października 2017

Zbyt krótka doba

Po powrocie z wakacji (gdzieś miesiąc temu) przestałam panować nad czasem. Na nic czasu nie mam. Tak swoją drogą to wpis o wakacjach się pisze, chyba z 5 razy już do niego siadałam.

Moje przesypiające całe noce dziecko ktoś mi chyba podmienił na drodze Chorwacja-Polska, bo od powrotu ani jedna noc nie była przespana w kawałku. Przeważnie to są 2-3 pobudki. Wiem, że są dzieci u których to jest niewiele, ale my się już przyzwyczailiśmy do trochę innego trybu spania ;) No i Nelcia nie lubi być sama. Gdy leży na ziemi i bawi się zabawkami (ostatnio hitem jest smoczek - ale jako gryzak) i ja siedzę/leże/stoję obok to jest cudnie, wystarczy że zniknę jej z oczu np. schylając się do szafki w kuchni, czy idąc do ubikacji to wrzask jest niemiłosierny. No i nasze dziecko kochane dba o to by tata nie zaspał do pracy i każdy dzień rozpoczynamy przed 6 rano. Pod koniec września zmieniliśmy gondole na spacerówkę i od tego czasu spacery to raczej nie jest nasza ulubiona forma spędzania czasu. Wystarczy dodać że czasem Nela w spacerówce jeździ leżąc na brzuchu bo każda inna pozycja to jest wrzask, płacz i łzy. Natomiast nadal uwielbia wodę, kąpiele to istna przyjemność. Zresztą co niedziele jeździmy na basen i tam to jest radość dopiero. Dzisiaj nawet nurkowała, co pomimo moich obaw nie zrobiło na niej absolutnie żadnego wrażenia. Nawet nie stęknęła.

Jest mnie tutaj zdecydowanie za mało. Nie mam nawet czasu czytać czy komentować wpisów u kogoś, a co dopiero napisać coś u siebie, ale muszę się jakoś ogarnąć. Wynika to z tego że nałożyło nam się mnóstwo spraw do załatwienia, więc praktycznie cały dzień jestem sama w domu z Nelą, a wieczorami to trzeba trochę ogarnąć mieszkanie, obgadać pewne sprawy z Ł, poczytać, poszukać, podjąć mnóstwo ważnych decyzji. Budowa domu plus małe dziecko, a do tego Ł. ma jeszcze w weekendy zajęcia na uczelni (zachciało mu się drugi kierunek studiować - jeszcze 3 semestry i koniec) to raczej nie jest najszczęśliwsze połączenie. Trochę to wszystko przytłaczające, zwłaszcza że te domowe sprawy to głównie na papierze się dzieją, budowa rusza wiosną, ale ilość decyzji do podjęcia jest przytłaczająca.

Trochę dziś taki misz masz powstaje, ale trudno. U siebie jestem to mi wolno :) Jeszcze o jedzeniu będzie. Nela zaczęła jeść coś innego niż mleko. Ma swoje krzesełko, w którym uwielbia siedzieć ( na wakacjach zaczęła siadać) i jedzenie zasadniczo jej smakuje. Warzywa, mięsko, kaszki i owocki wcina aż się jej uszy trzęsą. Jedyne co to do jabłka jest sceptycznie nastawiona i grymasi. Początkowo próbowaliśmy blw, oj jaka ja byłam nakręcona. Żadnych papek, żadnych łyżeczek, żadnego karmienia. O tak było by pięknie! Dziecko me o ile każdą zabawkę i inną rzecz bardzo chętnie i nieustanie wkłada do buzi i trafia do niej bez problemu to jedzenia już sama nie weźmie. Do tego jedzenie w kawałkach to hmm wypluwa jak katapulta z miną w stylu czy ty kobieto oszalałaś?! Do tego stopnia że gdy dostała krem z dyni z mięciutkim ryżem, była wstanie tak to zjeść że zupka zjedzona a biały wylizany ryż wypluty. No, ale się nie poddaję i codziennie próbuje jej dać coś co nie jest papką.

niedziela, 13 sierpnia 2017

Życiowy update

Miałam tu być częściej. Taaa... Chcieć to można, ale czasu na to brak. To nie jest tak że tego czasu wcale nie mam, ale gdy już złapie gdzieś godzinkę to wolę książkę poczytać czy zobaczyć jakiś film z panem mężem niż siedzieć przed komputerem.

Teraz dziecko z tatą są na spacerze, a że dziś Nelcia ma równe 4 miesiące to stwierdziłam że to dobra okazja aby postukać w klawiaturę. Patrząc obiektywnie te 4 miesiące to wcale nie jest długi okres czasu, ale wydaje mi się że Kornelia jest i była z nami od zawsze. Ciężko mi sobie wyobrazić naszą codzienność bez niej. Przed te 4 miesiące z maluszka który tylko spał, płakał, jadł i brudził pieluszki stała się uśmiechniętym łobuzem. Pięknie podnosi główkę, łapie zabawki i wkłada jest do buzi. Zresztą to buzi to wkłada wszystko co tylko dostanie się w te małe rączki. Cudnie się śmieje na głos, uwielbiam leżeć na brzuszku i gdy robi się do niej głupie miny koniecznie wydając jeszcze głupsze dźwięki ;) Jest strasznie towarzyska tzn spróbuj ją tylko samą zostawić to od razu pokazuje że płuca ma zdrowe, mocne i pojemne :D Panienka waży już prawie 6 kg i ma 68 cm. Kocham ją nad życie.

Nasze dni mijają głównie na spacerach i zabawie. Spacerujemy dużo, bo dziecko najlepiej śpi właśnie na powietrzu w gondolce, a w domu snem gardzi. Trochę ze strachem patrzę na jesień, ale może się jej jeszcze odmieni. Powoli myślimy o przesiadce do spacerówki bo miejsce w gondoli się kończy.  Poza spacerami czas zajmuje mi też planowanie wakacji. Ja na wszystko muszę mieć listy. Co spakować, co zabrać na podróż, co kupić przed wyjazdem, co zrobić itd. A że w najbliższym czasie czekają nas aż dwa wakacyjne wyjazdy i to praktycznie jeden po drugim to tego planowania jest dość sporo. Jednak najbardziej czasochłonnym i zaprzątającym moją głowę jest nasze marzenie. Marzenie o własnym domu. Marzenie które powoli zaczyna się spełniać. Jeszcze długa droga przed nami, bo obecnie jesteśmy na etapie projektu. On jest już prawie gotowy, czekamy na ostateczną wersję z poprawkami od architekta. To właśnie spotkania z architektem i zastanawianie się nad kolorem okien, czy mają być duże czy małe, a gdzie drzwi itd. zabiera nam ostatnio każdą wolną chwilę, ale to się opłaci, bo to co już widziałam na wizualizacjach to jest właśnie to co sobie wyobraziłam i wymarzyłam.

Miało być trochę dłużej, ale moje dwa skarby wracają i jedziemy na basen.

środa, 5 lipca 2017

Ciało

Przed zajściem w ciąże stając na wadze nigdy nie widziałam cyferki 5 z przodu. Przez długi czas nawet walczyłam aby z 44/45 kg zrobiło się bardziej 48, szło mi dość opornie. Brzuch był zawsze pięknie płaski i bywały momenty gdy był na nim klasyczny kaloryfer, z nogami też nie było najgorzej ;)

W ciąży przytyłam dokładnie 16,4 kg. Bywały momenty gdy byłam załamana stając na wadze i zerkając w dół. Przez prawie 9 miesięcy bałam się rozstępów. Codziennie rano i wieczorem wcierałam w swoje ciało różne specyfiki mające mnie uchronić przed tymi czerwonymi śladami. Najbardziej bałam się o brzuch, bo on był zacnych rozmiarów. Niech przemówi fakt, że co poniektórzy pokusili się o pytania czy to na pewno nie będą bliźniaki. Będąc już na porodówce na brzuchu nie było ani pół śladu po rozstępach, był za to jeden wysoko na udzie. Jakież było moje zdziwienie gdy kilka dni po porodzie pod prysznicem dojrzałam dookoła pępka całe stado rozstępów. Hormony zrobiło swoje i wpadłam w histerie w stylu już nigdy nikomu nie pokaże mojego brzucha, a seks z mężem to tylko ciemku. Na szczęście zdrowy rozsądek szybko do mnie wrócił :) Od razu rozpoczęłam walkę za pomocą kremu na rozstępy z firmy pharmaceris i po 10 tygodniach stosowania są one naprawdę bardzo słabo widoczne.

Co do dodatkowych kilogramów to ja już w szpitalu zostawiłam 10. Teraz waga wskazuje 54 i założyłam sobie że chciałabym zejść do okrągłej 50. W sumie są to tylko cyferki, więc gdyby zostało tyle co jest to płakać nie będę. Najbardziej zależy mi zrzuceniu brzuszka, tak aby był znowu piękny i płaski i na jędrności tak ogólnie, ale to na spokojnie. Od niedawna wdrożyłam plan naprawczy dla ciała, który został brutalnie przerwany kontuzją nogi, ale przynajmniej chodzę na basen. Jest jeszcze kwestia blizny po cesarce, ale ona jest tak mało widoczna że wcale mi nie przeszkadza. W sumie to wygląda jak odgniecenie od zbyt ciasnych spodni. Używam na nią specjalne plastry, które przyśpieszają gojenie się blizn i zmniejszają ich widoczność. Polecała mi je i moja ginekolog i tata-chirurg, więc pewnie wiedzą co mówią.

Podsumowując gdy patrzyłam na swoje ciało w ciąży to obawiałam się jak będzie wyglądało po porodzie i teraz mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że nie jest źle. Trochę wysiłku fizycznego i będzie lepiej niż wcześniej, bo... dzięki karmieniu piersią wreszcie mam większy biust :D


poniedziałek, 26 czerwca 2017

Urlop

Urlop macierzyński. Czas który mama spędza z dzieckiem po narodzinach aż do powrotu do pracy urlopem mógł nazwać tylko ten kto własnego dziecka nie posiada. No chyba, że Nelka jest jakimś wyjątkowo wymagającym egzemplarzem, ale ja czasu spędzanego z dzieckiem urlopem bym nie nazwała. Wcale nie narzekam, bo za nic w świecie nie oddałabym tego wspólnego czasu i jestem wdzięczna losowi, że mogę całe 12 miesięcy spędzić z dzieckiem, ale gdy słyszę pytanie a co ty robisz całymi dniami skoro siedzisz z dzieckiem w domu to grrr! Aczkolwiek jest pewna prawidłowość w tych pytaniach zazwyczaj padają z ust tych bezdzietnych albo tych  którzy bardzo szybko wrócili do pracy. A gdy takie osoby dodają, że nie można dać się sterroryzować dziecku to coś się we mnie gotuje. Zresztą mam zakładkę w evernocie ze wszystkimi złotymi radami które otrzymałam i kiedyś o nich coś napiszę.

Moje "siedzenie w domu" z siedzeniem takim faktycznym to jest wspólne tylko z nazwy, bo ja siedzę gdy karmię :D Nawet gdy ja sama jem to przeważnie moje dziecko też je, tak więc jestem już mistrzem w spożywaniu posiłków jedną ręką ;) Nelcia w ciągu dnia nie sypia, no chyba że na spacerze. Na szczęście odkryliśmy sposób by jak już zasnęła w wózku to nie trzeba chodzić. Wystraczy dziecko położyć na brzuszku i od czasu do czasu pobujać delikatnie wózkiem. Ostatnio spała mi tak 2,5 godziny. W szoku byłam! Wiem, że mamy szczęście bo w nocy mamy tylko jedną pobudkę na karmienie (zazwyczaj pomiędzy 2, a 4 rano), koło 6 zaczynają się jęki w łóżeczku, ale wtedy wystarczy zabrać ją do naszego łóżka przytulić i śpimy nawet do 9. Jasne czasem zdarzy się gorsza noc, jak np po szczepieniu czy po jakimś intensywnym dniu, ale zasadniczo jestem wyspana.
Dni mijają mi na karmieniu, noszeniu i zabawianiu Malucha. Nelcia lubi swoje zabawki i potrafi się do nich pięknie uśmiechać i gaworzyć, ale pod jednym warunkiem... ja muszę być tuż obok, gdy tylko zniknę w łazience aby umyć zęby Panienka dobitnie okazuje swoje niezadowolenie, a że ma charakterek to od razu zaczyna z grubej rury. Brak sygnałów ostrzegawczych od razu wchodzi na wyżyny możliwości swoich mały płucek. Ten przysłowiowy czas dla siebie mam gdy a) Ł. wróci z pracy i zabiera dziecko na spacer, b) dziecko zaśnie już na noc. Gdy dodać do tego chęć chociaż podstawowego ogarnięcia 60m mieszkania, własnego ciała oraz fakt że w naszym życiu nadchodzą wielkie zmiany i trzeba przejrzeć, przeczytać i pooglądać masę umów, papierów i projektów to czasu na zobaczenie filmu, napisanie posta zwyczajnie brakuje.

Bywają dni gdy mam dość i co chwilę zerkam na zegar i odliczam czas gdy Ł. wróci z pracy i będę miała chwilę bez dziecka. Jednak takich dni jest niewiele. Zresztą nawet w takie dni, wystarczy położyć ją na przewijaku, pomachać ulubioną zabawką czy pomiziać po brzuszku i ten piękny bezzębny, szeroki i taki prawdziwe szczery uśmiech wynagradza wszystko. Najpiękniejszy jest z samego rana, gdy Nelcia otwiera oczy, rozejrzy się dookoła popatrzy na mnie i tak sama z siebie się zacznie uśmiechać...

sobota, 27 maja 2017

TEN dzień

Wczoraj był dzień mamy. Ten pierwszy, wyjątkowy. Rok temu 26 maja byłam po drugiej inseminacji, jeszcze pełna nadziei, ale organizm dawał już znaki zbliżającego się okresu. Rok później spędziłam cały dzień tuląc moją ukochaną córeczkę.

Jesteśmy już razem 6 tygodni. Cały czas się wzajemnie poznajemy, ale jest nam ze sobą dobrze. Zawsze wiedziałam, że rodzice kochają swoje dzieci, ale nigdy nie przypuszczałam, że ta miłość jest tak ogromna iż czasem ma się wrażenie, że bardziej nie można. A potem przychodzi kolejny dzień, pojawia się kolejny bezzębny uśmiech czy słodkie westchnienie przy zasypianiu a w sercu otwiera się kolejny pokład miłości do tej małej bezbronnej, aczkolwiek charakternej istotki.

Nie będę pisać, że jest łatwo, bo nie jest. Aczkolwiek bałam się, że będzie trudniej. Noce są dla nas łaskawe. Dziewczynka zasypia pomiędzy 21-22 i śpi gdzieś do 2-3, dzisiaj zaszalała i obudziła się przed 5. Szybkie karmienie i jeszcze 2-3 godzinki snu, który niestety jest już bardzo niespokojny. Maleństwo się męczy tym refluksem. Mam nadzieję, że nowe leki coś pomogą i Nelka nie będzie się tak męczyć. Dni mamy różne, głównie z cyklu tych " u mamy przy piersi najlepiej, a łóżeczko parzy". Dziewczynka uwielbia się przytulać i zasypia wyłącznie przytula do mnie lub do Ł. Ja już będąc w ciąży planowałam nosić dziecko w chuście, za to Ł. był dość sceptycznie nastawiony. Dwa tygodnie spotkaliśmy się z doradzą chustowym, miła pani nauczyła nas jak wiązać dziecko i od tego momentu obiad mamy prawie codziennie zrobiony zanim Ł. wróci z pracy, a wraca przed 15 :) No i plecy tak nie bolą od noszenia tego słodkie ciężaru.

Miał być dłuższy post, ale już słyszę pojękiwania a to znak, że Panienka lada chwila się obudzi, a ja jeszcze w piżamie....

wtorek, 9 maja 2017

Mądrzy ludzie

Pomysł na ten post rysował się w mojej głowie od kilku dni. Początkowo miał nosić tytuł "złota kobieta" i być o fantastycznej położnej. Jednakże wczorajszego wieczoru byliśmy u pediatry, który również podbił moje serce, ale powoli.

Do większości nowo narodzonych dzieci przychodzi położna. Aby sprawdzić warunki mieszkaniowe, czy maluszek zdrowy i generalnie być wsparciem dla młodych rodziców. Trochę się tego obawiałam, bo większość znajomych która posiada już potomstwo była raczej średnio (albo i wcale) zadowolona z takich wizyt. Tylko jedna znajoma mama, na szczęście mieszkająca całkiem niedaleko, była zachwycona i poleciła mi panią Stasię. Nie ukrywam sądziłam, że trochę na wyrost, ale zawsze lepszy ktoś z polecenia niż z przypadku. Przyszła do nas gdy Nelka miała 6 dni, trochę późno,  ale to dlatego że do domu wróciliśmy w Wielkanoc i przychodnia była zamknięta :)
Pani Stasia jest kilka lat przed emeryturą, jest zadbaną elegancką kobietą z ogromnymi pokładami empatii i zrozumienia. Taka dobra ciocia, która przytuli, pokaże co i jak. To właśnie ona cierpliwie tłumaczyła mi, że nie warto płakać nad butelką z mieszanką, że trzeba myśleć pozytywnie. Za każdym razem (takie niby nic, a jednak coś) wtrącała zdania typu jesteś wspaniała mamą, świetnie sobie radzisz itd. Ma niesamowite podejście do dzieci. Mówi do nich z takim ciepłem i czułością, żę aż miło jest patrzeć. Odpowiadała z dużą cierpliwością na nasz ogrom pytań. Pokazała jak lepiej dbać o pępek, jak wykąpać Maluszka. Jest bardzo otwarta, nie była przekonana do kąpieli w wiaderku, ale nie przekonywała nas na siłę do wanienki, a wręcz sama spróbowała wykąpać Nelę w wiadrze :) Małą smarujemy olejem kokosowym, też była odrobinę sceptyczna, ale nie narzucała swojego zdania. A na trzeciej wizycie mówiła, że jest po wrażeniem rezultatów tego oleju i zacznie go polecać, a własnego wnuka już nim smaruje :) Takiej położnej z całego serca mogę życzyć każdej świeżo upieczonej mamie, która czuje się niepewnie w nowej roli, bo pani Stasia to anioł!

Gdy Nelka miała dwa tygodnie byliśmy na standardowej wizycie w poradni. Pan pediatra zbadał dziecko i powiedział, że jest zdrowe. To nie jest tak że wątpię w jego kompetencje, ale go nie znam. A żeby zaufać lekarzowi tak na 100% zwłaszcza oddając mu pod opiekę takie maleństwo musi minąć trochę czasu. Dlatego też postanowiliśmy skonsultować dziecię u innego pediatry. Skorzystałam tu ze znajomości taty, polecił nam i umówił nas na wizytę u naprawdę wybitnego lekarza. W między czasie Nelka zrobiła się jakaś taka niespokojna i zaczęła jęczeć, zwłaszcza przez sen. No i cały czas ma wilczy apetyt, a przez to prawie non stop wzdęty brzuszek. Pan doktor zbadał ją bardzo dokładnie. Zalecił badanie moczu ( to z racji że ja niecały miesiąc przed porodem miałam infekcję dróg moczowych i warto to sprawdzić) i usg jamy brzusznej w kierunki diagnostyki refluksu. Mówił, że spodziewa się iż wyjdą w tym badaniu jakieś niewielkie zmiany, ale gdy zobaczymy jakie to będziemy wiedzieć jakie leki dobrać. Tymczasem zalecił kłaść Małą pod skosem, czyli podnieśliśmy jej trochę materacyk i spróbować kropelek Delicol. Nadal mam karmić na żądanie i nie martwić się, że ją przekarmię. Na usg idziemy 23 maja, a mocz próbujemy zebrać jutro rano, aczkolwiek czytając internet sądzę, że to nie będzie taka łatwa sprawa. Jutro idziemy też na usg bioderek, trochę się martwię, bo Nelka ma ciut krzywe stopy. To za sprawą tego jak Panienka była ułożona w brzuchu. U większości dzieci mija to samo, ale czasem trzeba zastosować jakieś ćwiczenia.

niedziela, 7 maja 2017

Kraina mlekiem i mlekiem płynąca

Najbardziej bym chciała napisać zdanie: karmię moją córkę piersią, nie mam z tych żadnych problemów i wszystko idzie jak z płatka. Niestety rzeczywistość nie jest aż tak różowa.

Jeszcze będąc w ciąży zakładałam, że chcę karmić piersią, ale jeśli się nie uda to trudno. Przecież nie każdy może. W swoim najbliższym otoczeniu mam chłopca, który niedługo będzie obchodził swoje pierwsze urodziny, karmionego tylko i wyłącznie od samego początku mlekiem modyfikowanym i jest zdrowym, szczęśliwym dzieckiem.

W szpitalu było nawet całkiem nieźle. Nela całkiem ładnie ssała i to na szczęście się nie zmieniło. Czasem ma problem gdy jest bardzo zdenerwowana, albo próbuje do buzi razem z piersią władować własne piąstki. Niestety już drugiej nocy (pierwszą ładnie przespała pod opieką pani położnej) miałam kryzys. Brzuch pobolewał, wstanie z łóżka wymagało czasu, a moje dziecko testowało wydajność swoich małych płucek. Krzyczała w niebogłosy. Gdzieś po 1 skapitulowałam. Ona rozwrzeszczana, a ja zapłakana razem z nią poszłam po pomoc. Po sprawdzeniu pieluszki, brzuszka, wykołysaniu przez położną i próbie przystawienia do piersi zapadła decyzja, że spróbujemy Małą dokarmić. To było to. Moje dziecko było głodne i dlatego tak bardzo płakało. 50ml mleka wypiła w ekspresowym tempie. Do wyjścia ze szpitala raz dziennie dostawała 80ml mleka modyfikowanego na dobę i było wszystko dobrze.

Do domu wypożyczliśmy sobie laktator. Ja po każdym karmieniu dzielnie z nim walczyłam o większą ilość pokarmu. Niestety apetyt Nelki przerasta moje możliwości produkcyjne. Raz na dobę, głównie w nocy, wypija butelkę mleka z proszku. Raz jest to 40ml, ale zdarza się jej też pochłonąć całe 100ml. Początkowo nie umiałam sobie z tym poradzić emocjonalnie. Za każdym razem gdy ja ją przystawiałam do piersi, a tam już nic nie było i mąż robił butelkę to płakałam jak bóbr. Mój zmęczony i zalany hormonami mózg wysyłał mi komunikaty co z Ciebie za mama, że nie umie wykarmić własnego dziecka itp. Na szczęście ten etap mam już za sobą. Duża w tym rola położnej, która przyszła po porodzie zobaczyć jak sobie radzimy. Złota kobieta!

Nie poddaję się. Od wczoraj popijam Femaltiker. Nadal pobudzam piersi laktatorem. No i najważniejsze przystawiam Nelę do piersi gdy tylko pokazuje, że jest głodna. Są dni gdy widzę, że mleka jest jakby więcej (albo Dziewczynka ma akurat mniejszy apetyt). Wierzę to, że wywalczymy wystarczającą ilość pokarmu, a jeśli nie to trudno. Teraz już wiem, że taka jedna butelka mm to żadna tragedia i porażka, ważne jest że mam pokarm, bo każda jego kropla jest cenna.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Równo tydzień temu...

Równo tydzień temu o tej porze nasza mała Dziewczynka leżała już przytulona do moich piersi, ale po kolei...

W środę rano założono mi cewnik i baloniki do szyjki macicy. Bałam się bólu i dużego dyskomfortu, ale spotkało mnie miłe zaskoczenie. Zakładanie było lekko nieprzyjemne, ale zdecydowanie nie mogę powiedzieć że bolało. Później było po prostu dziwnie, takie uczucie wypełnienia. Noc minęła mi zaskakująco spokojnie.

W czwartek pobudka po 5. Ostatni prysznic w dwupaku i krótko przed 6 przyszła po mnie pielęgniarka. Zbadali mnie i Dziewczynkę, pobrali krew i zaprowadzono na porodówkę. Tam spotkałam się z Ł. Byłam zestresowana i przestraszona, ale już się nie mogłam doczekać. Wyciągnięto mi cewnik, podłączono kroplówkę z oksytocyną i zrobiono ktg, które trwało ponad godzinę. Wszystko w normie, więc machina ruszyła i to z grubej rury. Skurcze początkowo pomimo nieregularności bolały jak diabli i tylko się nasilały. Skakanie na piłce i pobyt pod prysznicem przynosiły lekką ulgę, ale ból był straszny. Po 3 godzinach przyszedł ponownie lekarz ( w między czasie położna zaglądała i sprawdzała samopoczucie moje, Dziewczynki i nasze postępy). Doszłam do rozwarcia na 5 cm i skurczy co niecałe 2 minuty, które trwały równo 60 sekund. W ciągu 30 minut miał się pojawić anestezjolog aby mnie znieczulić, bo już naprawdę byłam na granicy. Niestety w badaniu ginekologicznym okazało się, że Dziewczynka ani drgnęła w dół. Absolutnie nie miała ochoty się urodzić. Dali nam pół godziny. Położna pokazała jaką mam przyjąć pozycję i w jaki sposób ruszać biodrami. Swoją drogą ta kobieta to anioł nie człowiek. Powinno to zmotywować Dziewczynkę do zejścia trochę niżej. W między czasie dostałam do wdychania gaz, aby tak bardzo nie bolało. Byłam do niego bardzo sceptycznie nastawiona, ale... co za ODLOT :D serio jakbym wypiła butelkę wina. Szumiało w głowie, humor się poprawił, nie bolało i było tak lekko :) Więc polecam! Niestety wszystkie nasze starania nie przyniosły absolutnie żadnego rezultatu. Zapadła decyzja o cesarskim cięciu i czas przyśpieszył. Nawet nie zdążyłam się przestraszyć. Położna pomogła mi się przebrać, położyłam się na łóżku, Ł. dał buzi i już byłam na sali operacyjnej. Wtedy dopadł mnie strach. Na szczęście dookoła było dużo znajomych i życzliwych twarzy. Plusy posiadania taty chirurga ;) był cały czas w okolicy. Znieczulanie nie bolało i wszystko poszło bardzo sprawnie. Moment gdy usłyszałam Dziewczynkę i pokazali mi ją taką nagusieńką z czarną czuprynką to był chyba najwspanialszy moment w życiu. Do tej pory mam łzy w oczach na to wspomnienie. Oczywiście koncertowo się popłakałam i nie mogłam się uspokoić. Nawet podali mi coś na uspokojenie. Zabrali Małą do sali obok, gdzie (ponownie plusy posiadania chirurga w rodzinie) czekał już Ł i tulił Dziewczynkę tak długo aż mnie nie przewieźli na odział. Dostałam naszą kruszynkę do tulenia i tak minęło nam kilka pierwszych godzin.  W między czasie tylko położne sprawdzały jak się czujemy i nikt nam nie przeszkadzał. Mała spędziła ze mną w ten sposób prawie 4 godziny.
Kornelia  urodziła się o 12:35, miała 54 cm i ważyła 3375g i jest największą Dziewczynką o czarnej czuprynce jaką tylko mogłabym sobie wyobrazić.

Sam pobyt w szpitalu na oddziale już z Nelą wspominam bardzo dobrze ( w odróżnieniu od patologi ciąży), personel - zarówno położne, jak i pielęgniarki zajmujące się dziećmi- były fantastyczne. Pomocne, miłe, uśmiechnięte, życzliwe. Leki przeciwbólowe miałam bardzo dobrze dobrane, bo bolało, ale nie aż tak jak myślałam że będzie boleć. Kolejnego dnia rano z pomocą fizjoterapeutki wstałam z łóżka (ponownie ta pionizacja nie byłą taka straszna jak się obawiałam) i wzięłam prysznic.

Obydwie czułyśmy się na tyle dobrze, że w niedziele wielkanocną około 14 byliśmy już we trójkę w domu!

czwartek, 13 kwietnia 2017

Mamy córkę!

Dzisiaj po 12 poznaliśmy naszą Dziewczynkę. Próbowałam naturalnie, nawet doszliśmy dość daleko ale ostatecznie skończyło się cesarką. Dziewczynka jest śliczna i okazem zdrowia o pojemnych płuckach. Ja też czuję się całkiem nieźle, zobaczymy co będzie rano po wstaniu... Tymczasem cały czas się tulimy!

wtorek, 11 kwietnia 2017

Spadające morale

Na początek z góry przepraszam za wszelkie błędy - piszę z telefonu i bloger coś wariuje.
Miało się dziać, miałam tulić Dziewczynkę... Plan był zacny, nikt tylko nie przewidział jednego scenariusza, który był tak nie prawdopodobny że nawet nie brano go pod uwagę.
Zaczęło się pięknie. Szybkie przyjęcie, od razu na porodówkę, szybkie badanie które tylko pokazało że nic się nie zmieniło. W USG wszystko pięknie. Test oksytyconą. Nie taki straszny trochę bolało ale raczej tak jak w czasie mocnego okresu. Test wyszedł pięknie. Pięknie tzn że łożysko mam super wydolne i ani trochę nie wygląda na 41tydzień. Szyjka nic się​ po oksy nie ruszyła. Więc ani nie mogli mi zostawić kroploweczki ani zrobić cięcia. Wisze sobie w próżni. W między czasie byłam badana tyle razy (a raz to aż gwiazdy z bólu zobaczyłam) że zaczęłam mocno plamić i jeszcze nie urodziłam a już wszystko boli. Plusem jest to że przynajmniej powstało prawie 3 cm rozwarcie. Jutro rano założą mi cewnik z balkonikiem na dojrzewanie szyjki na 24 godziny i albo to pomoże i sztucznie wywołamy skurcze albo cięcie.
Leżę na patologi ciąży i źle mi tu. Niewygodnie, wszystko boli, a czwartek wydaje się być oddalony o całe lata świetlne.

niedziela, 9 kwietnia 2017

Mamy plan!

Wczorajsze badanie i ktg nie wykazało żadnych zmian. Dziewczynka ma się dobrze. Ja natomiast mam zero skurczy, długą szyjkę, a rozwarcie bez zmian. Generalnie mój brzuch oglądali już chyba wszyscy :D Zgodnie twierdzą, że szyjka się nie skraca dlatego iż Maluszek jest ułożony nad miednicą i nie ma szans aby sam z siebie zszedł do kanału.

Czas ma wtorku. Wtedy też będę tydzień po terminie. Dlaczego nie wtorek, a nie poniedziałek? Powód jest banalny. To właśnie we wtorek dyżur ma i pani doktor, nasza położna i kilku jeszcze znajomych ginekologów. Generalnie obsługa full wypas ;). Mamy się zgłosić koło 8 do szpitala. Zapadła decyzje że bez względu na rozwój sytuacji we wtorek będę tulić Dziewczynkę. Spróbujemy zrobić test oksytocyną (1,5 godziny pod kroplówką i ktg) jest szansa że pojawią się jakieś skurcze i to sprowokuje iż Dziewczynka trochę się przemieści, a szyjka zacznie się skracać. Jeśli tak się wydarzy to już podłączą mnie na dłużej pod oksytocynę i będę próbować rodzić naturalnie. Natomiast jeśli nic się nie zmieni albo zmieni się zbyt mało i lekarze stwierdzą, że nie widzą szans powodzenia to jeszcze we wtorek będę miała cesarskie cięcie.

Cieszę się, że zapadały jakieś decyzje. Jeszcze tylko 2 noce przede mną w dwupaku. Z jednostronny już się nie mogę doczekać wtorku, a z drugiej bardzo się boję. Boję się tego, że nie wiem jak to będzie. Jak rozwinie się sytuacja. Mętlik w głowie i natłok myśli spowodował, że poprzednia noc była ciężka. Bezsenność i ból bioder to chyba najgorsze nocne połączenie, ale cieszę się, że mogę czekać w domu, a nie w szpitalu na patologii ciąży.

środa, 5 kwietnia 2017

Po terminie...

Minął 4 kwietnia, a ja dalej w dwupaku. Aplikacja która odliczyła mi dni do porodu pokazuje dzisiaj +1. Wiem, że ten termin to jest +/- dwa tygodnie, ale pewnie jak większość kobiet (a podobno wychodzi to tylko 4%) miałam nadzieję, że urodzę w terminu. A tu cicho sza i raczej nie zapowiada się ani dziś, ani jutro ani łatwo, ale po kolei.

Sobota 1 kwietnia. Prima aprilis. Nie wiem po kim nasze dziecko odziedziczy poczucie humoru, ale właśnie w sobotę postanowiło zrobić nam bardzo brzydkiego psikusa. Pobudka, śniadanie jak zwykle i się ogarniam aż tu nagle uświadomiłam sobie, że jeszcze nie poczułam Dziewczynki. Lekki stresik. Najadłam się ciastek, czekolady wszytko zapiłam zimną wodą i sokiem pomarańczowym i położyłam się na lewym boku. I cisza. Nic, a nic. Po 40 minutach ledwo wyczuwalne dwa ruchy. I znowu nic. Więc poziom stresu straszny. Szybki telefon do położnej. Kazała mocno poruszać brzuchem, a jak nadal nic nie będzie to przyjechać na ktg. Oczywiście Dziewczynka miała za nic moje próby. Chwilę później już siedzieliśmy w samochodzie. Dawno się tak nie bałam. Przyjechaliśmy, podpięli mi ktg, a w Dziewczynkę wstąpił diabeł :D Zapis ktg wręcz idealny! Po prostu miała lenia. Przy okazji położna mnie zbadała. Rozwarcie ledwo na palec, szyjka ani trochę krótsza, no i na ktg ani pół skurczu.

Poniedziałek 3 kwietnia. Wizyta przed 8 rano. Najpierw ktg. Zapis ponownie idealny, ale nadal brak jakiekolwiek skurczu. Szybka wizyta u lekarza. Rozwarcie według pani doktor nie na palec, a ledwo co na opuszek. Szyjka długa, kompletnie nie zgładzona. Główka wciąż wysoko, za wysoko.

Wtorek 4 kwietnia. Wieczorem byliśmy umówieni ze znajomą położną. Taką zaufaną, z którą mam kontakt telefoniczny. To właśnie ona będzie przy porodzie. Najpierw ktg. Trwało godzinę, bo Maluszek znowu postanowił pofikać. Tak intensywnie fikała, że dwa razy włączył się alarm o braku tętna płodu. Gdybym w tym czasie nie czuła jak się rusza to słowo daje zawał murowany, a to po prostu Dziewczynka tak mocno kopała po czujniku, że on nie był w stanie pracować. Na szczęście szybko znudziły się jej takie zabawy i wszystko było dobrze, oczywiście nadal bez skurczów. Położna zmierzyła mi miednicę i tyle dobrze, że jest całkiem ok. Potem badanie. Od soboty zero zmiany w rozwarciu, skróceniu szyjki, czy jej zgładzeniu. Główka nadal stanowczo za wysoko. Dlatego też szyjka mi się nie skraca, bo dziecko nie napiera tylko gdzieś tam sobie wyżej pływa. Jej zdaniem i drugiej położnej na dyżurze mam kiepskie szanse na poród naturalny. Podobno fizjologicznie mój brzuch jest mocno odstający nad spojeniem łonowym i dlatego Dziewczynka nie chce zejść niżej i zacząć napierać na kanał rodny. Dają szansę do soboty. Jeśli nic się nie zmieni, nic się nie ruszy to najpewniej skończę cesarką... Do domu wróciliśmy po 22. Głowa mi pęka od myśli. Boję się jak diabli. Ta niepewność jak to będzie. Kolejne ktg w czwartek wieczorem, potem w sobotę. A tymczasem myję okna, piekę ciastka, spaceruję póki pogoda dopisuje i staram się nakłonić Dziewczynkę do współpracy.

niedziela, 26 marca 2017

Takiej to nie zadowolisz...

Kobietę jest ciężko zadowolić, a kobietę na końcówce ciąży to chyba się nie da. Dziś mamy niedzielę, czyli mój 38+5 tydzień ciąży. W czwartek byłam na wizycie, na którą szłam ze spakowaną torbą i bojowym nastawieniem: w weekend urodzę. A tu psikus. Tak jak moje wyniki ostatnio spadały to teraz mój organizm wziął się w garść i jest lepiej. Tak, tak powinnam się cieszyć, ale zniknął powód to wywoływania porody. Z jednej strony to dobra wiadomość, bo jestem świadoma że Dziewczynce w brzuchu jest dobrze, nabiera jeszcze odporności i nie ma co na siłę jej poganiać, ale z drugiej już tak bardzo bym chciała ją tulić w swoich ramionach. Przekonać się na własne oczy, że wszystko jest dobrze i zacząć nasze życie we troje. A Dziewczynka głucha na argumenty ;) Szyjkę mam długą jak u żyrafy, twardą, a łożysko prawie jak nowe. Pani doktor powiedziała, że bardzo się zdziwi jeśli coś zacznie się dziać przed 4 kwietnia. Zaleciła dużo seksu i porządki domowe :D Kolejna wizyta 3 kwietnia. Wtedy też zrobimy KTG. Natomiast jeśli z szyjką do tego czasu nic się nie ruszy to dostanę jakieś leki aby ją trochę zmiękczyć. No nic zobaczymy jak będzie. Nie pozostaje mi nic innego jak uzbroić się w cierpliwość i czekać, aczkolwiek ta końcówka, każdy dzień i każda noc ciągnie się niesamowicie powoli.

piątek, 17 marca 2017

Końcóweczka

Dotrwaliśmy. Do wyliczonego terminu porodu zostało mi 18 dni. Co jest trochę płynne, bo inny termin wychodzi z usg, inny z ostatniej miesiączki, a jeszcze inny z daty transferu czy punkcji jajników. Jednakże te różnice są niewielkie. W zeszłym tygodniu byłam na wizycie (36+0) i pani doktor oznajmiła, że gdyby Dziewczynka miała już ochotę poznać świat zewnętrzny to ona nie widzi żadnych przeciwwskazań. Wszystkie narządy są w pełni rozwinięte, tylko jeszcze dobrze by było gdyby nabrała trochę masy. W zeszłym tygodniu było 2500g, według jakiś tabelek, wyliczeń i mądrej maszyny do usg wychodzi z tego że w terminie porodu Dziewczynka powinna ważyć 3000-3300 g.
Tak więc wszyscy jesteśmy gotowi!

Co tu ukrywać końcówka ciąży jest ciężka. Ciężka w dwóch aspektach. Fizycznym i emocjonalnym. huśtawka hormonalna i łzy - momentami sama siebie nie poznaję. Ostatnio nawet doszłam do wniosku, że mdłości w początkowych miesiącach były przyjemniejsze. Fizycznie jest ciężko, brzuch ciąży i ciągnie. Biodra bolą, tak samo jak kręgosłup. Pojawiają się jakieś pojedyncze skurcze, nie są one bolesne ale powodują duży dyskomfort. Pewne czynności higieniczne też sprawiają coraz większy problem i wymagają dość dużej gimnastyki. Bez pomocy Ł. było by mi bardzo ciężko. Kondycję mam fatalną! Sapie jak stara babcia. A po codziennym (albo prawie codziennym) spacerku przeklinam każdy z 43 schodów gdy wchodzę do domu :D Marzę o windzie! Najbardziej brakuje mi snu, bo sypiam tragiczne. Pomiędzy 22 gdy idziemy spać, a 6 rano gdy Ł. wstaje do pracy średnio mam 5 pobudek. A to potrzeba wizyty w toalecie, a to z bólu bioder, a to znowu Dziewczynka szaleje w brzuchu. W ciągu dnia wcale nie jest lepiej. Drzemki po 40 minut i finito. Do tego dochodzą problemy z ciśnieniem i żelazem. Coraz bardziej zbliżam się do anemii, ale pani doktor nie chce mi wprowadzać leków na samej końcówce.

Kolejna wizyta 23 marca, czyli już całkiem niedługo. Wtedy też będziemy rozmawiać o porodzie. Najprawdopodobniej będę próbować rodzić siłami natury. Byłam już na konsultacji u anestezjologa i nie mam żadnych przeciwwskazań do znieczulenia zewnątrz-oponowego. Dziewczynka jest obrócona główką w dół, więc jeśli tylko jej główka i moja miednica będą ze sobą współgrały to chcę spróbować. Pomimo tego iż boję się bardzo. Bólu, tego czy dam radę, czy wszystko będzie dobrze. Aczkolwiek cesarskie cięcie budzi we mnie podobne odczucia. W tym wszystkim najważniejsze jest oczywiście zdrowie Dziewczynki i lęk czy aby na pewno wszystko będzie dobrze. Biorąc pod uwagę wszystkie czynniki o których pisałam w poprzednim akapicie, pani doktor wspominała o indukcji porodu naturalnego ciut wcześniej niż wyliczony termin, ale pod warunkiem że szyjka zacznie się chodź trochę skracać, a w ktg będzie zaznaczona jakaś aktywność skurczowa. Im dalej w las tym moje wyniki są gorsze, więc i lekarz i położna mają obawę że jeśli mnie przetrzymają do tego 4 kwietnia lub dłużej, mogę fizycznie nie być w stanie urodzić. Więc czekamy do czwartku i zobaczymy co dalej, no chyba że Dziewczynka zrobi nam jakiegoś psikusa trochę wcześniej ;)

poniedziałek, 13 marca 2017

Potrzeby młodego człowieka

Dzisiaj będzie o potrzebach małego człowieka - tych materialnych, a przynajmniej o moich wyobrażeniach tych potrzeb. Czyli o wyprawce, która niecierpliwie czeka na Dziewczynkę. Piszę to głównie po ty aby za kilka miesięcy bez problemu móc tutaj wrócić i ocenić nasze wybory co by ewentualnych błędów przy drugim dziecku nie popełnić.

Chyba najłatwiejszym elementem kompletowania wyprawki były ubranka. Po rozeznaniu w internecie i wśród znajomych mam ile czego i w jakim rozmiarze zasiadłam do komputera i zakupy po raz pierwszy sprawiały mi radość. Starałam się nie zachować zdrowy rozsądek i umiar co do ilości i chyba nawet mi się udało :) Skupiłam się na 4 sklepach: h&m, smyk, reserved i endo. Kolorystycznie to jest różnie, na pewno nie mamy ciuszków typowo dziewczęcych czyli różowo-różowych z różem na czele :D Dominują kolory neutralne, czyli szarości, biele, beże, granaty, żółcie, ale róż i typowo "kobiece" elementy też się pojawią. Bierze się to z tego, że ani ja ani Ł. fanami słodkiej różowości nie jesteśmy, a nie ma co ukrywać takiemu maluchowi to wszystko jedno w jakich kolorach i wzorach podbija świat, byle by tylko było wygodnie, sucho i ciepło :)

Kosmetyczno - higieniczne zakupy też były raczej z tych prostszych. Zaufałam doświadczeniu położnych i zdałam się na produkty polecane właśnie na szkole rodzenia. Zwłaszcza, że są to rozwiązania bliskie mojemu światopoglądowi. Po co używać specjalistycznych środków do kąpieli maluszka, gdy nie wiemy czy będzie miał jakieś problemy skórne. Sama woda z dodatkiem naturalnych kosmetyków powinny wystarczyć. Tak samo jak nie widzę (przynajmniej na obecną chwilę) potrzeby wsmarowywania w to małe ciałko mnóstwa kremów, oliwek czy balsamów. Zawsze jeśli będzie taka potrzeba to wiem co należy zakupić, a że najbliższa apteka czynna 24h 7 dni w tygodniu jak i tesco mamy 3 minuty od domu to też nie widzę potrzeby aby robić zapasy na jakieś " a może się przydać".
Tak jak większość rodziców zamierzamy korzystać ze standardowych pieluch jednorazowych, te eko-wielorazówki jakoś do mnie nie przemawiają z wrodzonego lenistwa. czy to będą pampersy czy jakieś pieluchy z lidla czy biedronki to czas pokaże. Oczywiście pieluszki tetrowe, bambusowe, muślinowe i otulacze zajmują mi pół szuflady, ale one to do zupełnie innych celów ;) Jednym chyba nietypowym wyborem jest sprzęt do kąpieli, zamiast standardowej wanienki zdecydowaliśmy się na wiaderko (klik).

Jednym z najważniejszych wyborów i naszym pierwszym zakupem dla Dziewczynki był fotelik samochodowy. Priorytetem dla mnie było bezpieczeństwo i wyniki w testach zderzeniowych. Wiem, że każdy ma mieć prawo inne zdanie na ten temat, ale ja uważam ze dziecku można kupić używane wszystko i na większości rzeczy można pooszczędzać, ale fotelik to jest ta rzecz gdzie cena nie powinna być naszym priorytetem. Przeczytałam chyba wszystko co można na ten temat i ostatecznie wybieraliśmy pomiędzy fotelikiem recaro privia, a kiddy evoluna isize. Ostatecznie wybór padł na ten drugi (klik). Głownie za sprawą tego iż można go rozłożyć do trochę bardziej płaskiej pozycji (ale nie do idealnie leżącej). Jest to fotelik montowany tylko i wyłącznie z bazą isofix (nie ma opcji by zapiąć go pasami), co w naszym przypadku nie było żadnym problem gdyż oboje mamy w samochodach ten system. profilaktycznie sprawdziłam każdy dziadek też go posiada ;). Przemontowanie tej bazy z samochodu do  samochodu gdy już wiemy jak się za to zabrać zajmuje około minuty, więc to żaden problem. Jednym minusem tego rozwiązania może być fakt, że w małych samochodach gdy zamontuje się fotelik to tracimy miejsce dla pasażera z przodu ( u mnie na przykład przedni fotel dotyka schowka), ale już w standardowych samochodach n ie ma tego kłopotu.

Po wyborze fotelika przyszedł czas na wózek. Naszym założeniem było to aby był lekki, można było do niego zamontować fotelik, łatwy w składaniu i wszedł do mojego bagażnika, bo do bagażnika Ł. to pewnie damy radę wstawić cały wózek bez składnia ;) Chcieliśmy też wózek 2w1, czyli gondola i spacerówka. Dużym utrudnieniem było to, że nie zrobiliśmy założenia ile chcemy na wózek przeznaczyć, co z perspektywy czasu wiem że było błędem, bo ułatwiło i zawęziło by nam to wybór. Tym sposobem przeszliśmy przez raczej tańsza półkę wózków (ok2 tys) typu Adamex czy Anex, poprzez średniaków (3,5tys) Xlander, Mutsy kończąc na tych już drogich (ok 5 tys) typu Joolz.
Co tu ukrywać w wózku Joolz zwłaszcza w jednej z limitowanych serii zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Wizualnie był idealny. Super się prowadził, był dopracowany z każdym najmniejszym detalu i generalnie skradł moje serce. Jego głównym minusem była cena właśnie, ale decydującym aspektem było składanie. Zupełnie nie intuicyjne, ale to bym  mu jeszcze wybaczyła i się nauczyła, no problem. Problemem była spacerówka kubełkowa, która składała się w dwóch częściach tzn stelaż osobno i całe siedzisko nieskładane osobno, takiego zestawu to żadnym cudem nie zapakowałabym do mojego samochodu. Adamex i Anex odpadły głównie z powodu wagi (zwłaszcza Adamex), i to były też wózki dość toporne tzn przy moich 160cm i niewielkiej posturze (pomijając brzuch) były po prostu śmiesznie duże. Może my też mieliśmy pecha do oglądanych modeli w sklepie, ale to też były wózki w których najczęściej coś tam skrzypiało czy budziło nasze wątpliwości. Bardzo pobadał mi się Xlander, zwłaszcza jego umiarkowana terenowość, ale nie współgrał z fotelikiem. Ostatecznie stanęło na Mutsy Igo (klik). Z testów na sucho jestm bardzo zadowolona. Jest lekki i rozłożenie czy złożenie nawet z brzuchem nie stanowi żadnego problemu, ciekawa jestem jest się sprawdzi z pasażerem w środku

Eh miało jeszcze być o pokoju dla malucha bądź kąciku sypialnym, ale to już następnym razem, bo coś długie czytadło mi z tego powstało.

niedziela, 26 lutego 2017

3 trymestr

W jednym z poprzednim wpisów roztaczałam wizję częstszego pisania i generalnie zrealizowania miliona planów. W mojej wyobraźni te miesiące wolnego od pracy, a jeszcze z Dziewczynką w brzuchu miały wyglądać jak sielanka. Spotkania ze znajomymi, spacery, dużo pieczenia i gotowania, jakieś wycieczki. Generalnie miał to być aktywny czas dla mnie, dla nas. A tu trzeci trymestr spłatał mi psikusa. Plan jest realizowany na jakimiś minimalnym poziomie. Gdzie czasem zrobienie najprostszego obiadu jest wszystkim co potrafię.

Ogólnie rzecz ujmując nic się nie dzieje. Dziewczynka pięknie się rozwija, wagowo jest około 50 percentyla czyli idealnie. Rusza się regularnie, więc nie funduje mi mini zawałów serca. Czasem tylko jak się wypnie z prawej strony to się zastanawiam czy przypadkiem w tym miejscu skóra mi nie pęknie i nie zobaczę swojego dziecka ciut wcześniej ;) W sumie to upatrzyła sobie prawą stronę, tam jest jej chyba najwygodniej, bo bardzo często tam sobie urządza dzikie harce :D Na trzecich badaniach prenatalnych nawet pokazała nam buźkę i mamy piękne zdjęcia - chyba pierwsze, bo tak to zawsze się chowała. Wszystko jest wzorcowo. U mnie też całkiem ok, cały czas walczę z anemią, ale dzielnie trzymam się po dobrej stronie, minimalnie bo minimalnie ale daję rade. Tylko to moje ciśnienie. Wiem, że w ciąży wysokie ciśnienie jest bardzo niebezpieczne, więc z dwojga złego lepsze za niskie, no ale bez przesady. Ja miewam ciśnienie na poziomie 80/50 lub niżej. Wyższe tylko u lekarza bądź po wejściu po schodach ;) To też pewnie jest przyczyną mojej słabości i generalnie słabego samopoczucia. Energii to więcej ma moja prawie 80 letnia babcia i kondycję pewnie też. Męczy mnie dosłownie wszystko, a do tego bardzo źle sypiam. Za to odpowiadają moje biodra. O ile w ciągu dnia jest całkiem znośnie to w nocy zaczyna się mały koszmarek. Na jednym boku nie jestem w stanie leżeć dłużej niż 1h/1,5h  i tak się kręcę i budzę. Ciągiem śpię nie dłużej niż 2 godzin, więc to też odbija się na moim samopoczuciu. Za to nadal na palcach jednej ręki policzę przypadki puchnięcia nóg czy zgagi. Kręgosłup też jakoś specjalnie mi nie dokucza. Na szczęście humor dopisuje i wiem, że to stan przejściowy. Czasem tylko pozazdroszczę niektórym blogowym koleżanką energii :)

Do wyliczonego terminu porodu zostało mi 37 dni. Jak to będzie to jeszcze nie wiadomo. W 37 tygodniu sprawa się rozjaśni po wymierzeniu główki bezimiennej i mojej miednicy. Pozostaje jeszcze sprawa czy Panienka obróci się głową w dół, bo raz już tam była ale chyba się jej nie spodobało i fiknęła po przekątnej ;)

Brzuszek mam już spory, co by nie powiedzieć ogromny. Co przy moich 160 cm i generalnie drobnej budowie ciała wygląda dość nietypowo. Na plusie mam ok. 13 kg. I zdecydowaną większość w brzuchu, bo tak obiektywnie rzecz ujmując nie wyglądam na tyle kilogramów ile pokazuje waga. Co jest pocieszające :) Za to cieszę się z większego biustu. Zawsze był drobny i teraz też o nim nie można powiedzieć duży, ale przejście z miseczki A na B bardzo mi się spodobało!
 W zeszłym tygodniu wybraliśmy się z Ł. na sesję brzuszkową. Bardzo ciekawa jestem efektów, bo do tej samej pani fotograf planujemy wybrać się również we trójkę. Bardzo odpowiada nam jej stylistyka. Bez zbędnych dodatków czy akcesoriów. Prosto, naturalnie i neutralne kolory.

Na pojawienie się Dziewczynki jesteśmy gotowi w 95%. Na dniach gotowość (ta materialna wiążąca się ze wszystkim co taki maluch może potrzebować do życia) wzrośnie do 100% wtedy też pewnie, jeśli tylko siły pozwolą, popełnię wpis o przygotowaniach, zakupach i decyzjach.


piątek, 3 lutego 2017

Szkoła rodzenia

W tym tygodniu byliśmy na ostatnich zajęciach w szkole rodzenia. Chociaż moim zdaniem sama nazwa jest dość niefortunna.

Długo zastanawiałam się jaką szkołę wybrać. Z góry skreśliłam wszystkie ukierunkowane tylko w jedną stronę jak np eko, czy naturalne. Chciałam aby były poruszane wszelkie możliwe kwestie i sposoby, a nie tylko zgodne z przekonaniami prowadzącej. Zależało mi też aby zajęcia prowadził ktoś kompetentny z doświadczeniem. Nasz pani doktor poleciła nam dwie położne. Wtedy wybór już był prosty, bo jedna z nich była nam już znana z opowieści znajomych (chodzili do niej na zajęcia jak i również wynajęli ją do porodu). Tak się złożyło, że pani Kasia prowadzi również szkołę rodzenia w szpitalu w którym będę rodzić.
Zajęcia były całkowicie bezpłatne. Odbywały się raz w tygodniu, przez 6 tygodni i trwały mniej więcej 1,5 godziny chociaż czasem przeciągało się do dwóch godzin. Dużym plusem był fakt iż każde zajęcia prowadziła inna położna pracująca w tym szpitalu, co pozwoliło nam poznać prawie 50% personelu i wyrobić sobie pewną opinię. 5 na 6 położnych było naprawdę super i chciałabym aby któraś z nich towarzyszyła mi w tym ważnym i ciężkim momencie. Natomiast jedna pani była z tych co jak spotkam to się chyba zapłaczę i w życiu nie urodzę. Co tu ukrywać pani raczej starsza (chociaż to nie zawsze ma znaczenie) i z dość konserwatywnym podejściem do porodu - tylko na leżąco, z automatu nacinane krocze itd. Tak więc zrobię wszystko aby nie mieć tej "przyjemności".

Pierwsze zajęcia były o spakowaniu torby, o tym jak wyglądają skurcze przepowiadające, jak rozpoznać te właściwe, kiedy należy przyjechać do szpitala i o sposobach przygotowania krocza - tak aby było  ciut bardziej elastyczne.
Drugie zajęcia to były stricte o porodzie czyli procedury w szpitalu, jak to wygląda, generalnie suche fakty połączone z wizytą na porodówce.
Trzecie też dotyczyły porodu ale było już ciut bardziej praktycznie, tzn o metodach łagodzenia bólu (zarówno o muzykoterapii i jak znieczuleniu zewnątrz-oponowym, więc każdy znajdzie coś dla siebie). Co mi się najbardziej podobało było o różnych pozycjach i sposobach w jaki można sobie pomóc w czasie skurczu.
Kolejne zajęcia były o obsłudze noworodka, trochę teorii o higienie i pielęgnacji, ale głównie ćwiczenia praktyczne na lalkach, jak ubrać, jak nosić, jak przewijać i kąpać. To właśnie po tych zajęciach zdecydowaliśmy, że zamiast wanienki, do kąpania Dziewczynki kupimy wiaderko.
Piąte spotkanie było w całości poświęcone karmieniu piersią i powiem szczerze były to najnudniejsze zajęcia, ale to właśnie z tych zajęć mam najwięcej notatek, a więc wiedzy przekazanej było sporo. Tylko forma suchego wykładu jakoś mi nie podpasowała.
Ostatnie zajęcia były o połogu, a co najważniejsze o pierwszej pomocy. Co zrobić jak się dziecko zakrztusi, coś połknie, zacznie się zanosić czy przestanie oddychać. Było o bezdechu i nauczyłam się jak robić masaż serca takiemu maluszkowi. Perspektywa jest przerażająca, ale taką wiedzę to jednak powinien mieć każdy rodzic.
Z perspektywy czasu, pomimo że czasem nie chciało nam się jechać na zajęcia, uważam że podjęliśmy dobrą decyzję. Nie był to zmarnowany czas, a nie o wszystkim byłabym wstanie przeczytać w internecie czy książkach. Dużo było takiej wiedzy praktycznej, wynikającej z doświadczenia tych kobiet jako położonych i jako mam. Fajnie też w jakimś minimalnym stopniu było poznać położne pracujące na oddziale, bo zawsze milej jest zobaczyć jakąś znajomą twarz :)

niedziela, 22 stycznia 2017

Wieści z chorobowego frontu

Przeziębienie w ciąży to koszmar. Najpierw chory był Ł. Standard -ból głowy, gardła i katar. Tak sobie przechorował cały tydzień. Ja wtedy zwiększyłam zażywanie wszystkiego co zdrowe. Produkcja domowych soków też podskoczyła i wierzyłam że uda mi się przetrwać. Nawet już mówiliśmy, że tym razem się udało, bo Ł. już zdrów a mi absolutnie nic nie dolegało. Tak było do czwartkowego wieczoru. Wtedy zaczęłam wyczuwać kłopociki w postaci lekkiego bólu głowy i jakiegoś drapania w gardle. W piątek obudziłam się z okropnym bólem gardła, a w ciągu dnia doszedł katar gigant. I w ten o to sposób, zamiast radośnie spędzać mijający weekend w Wiśle na świeżym powietrzu i spacerach zalegam pod kocem. Zmieniam tylko miejsca z jednej kanapy na drugą, a potem do łóżka i tak w kółko. Tym razem jakoś wyjątkowo męczy nie to bycie osłabioną.

W czwartek rano byliśmy u lekarza. Zarówno ze mną i jak z Dziewczynką wszystko dobrze. Maluszek ułożony poprzecznie, szyjka macicy długa że ho ho czyli żadnych zagrożeń. Wyniki wszystkie prawie w normie. Cały czas jestem na pograniczu anemii, ale dzielnie się trzymam po tej dobrej stronie mocy ;) Walczę też o trochę wyższy poziom białka - ale tu już trochę gorzej mi idzie. Ważne że nie spada. Dziewczynka dalej ma zapędy do sportów walki, bo kopie i wypycha się z niesamowitą siłą. Waży już 1400g co według maszyny do usg powinno dać 3400g w wyliczonym terminie porodu. Jednakże pani doktor kazała się jeszcze nie przyzwyczajać do tej myśli i powiedziała, że bardziej realną wagę Dziewuszki poda ok 37 tygodnia. Na początku lutego idziemy na ostatnie już badania prenatalne. Ciekawa czy tym razem uda nam się uzyskać jakieś ładne ujęcie, czy znowu panienka postanowi się na nas wypiąć albo zasłonić twarz. Ł. mówi że ma to po mnie tzn nie chęć do publicznych pokazów i występów ;) . W czasie wizyty rozmawialiśmy też o opcjach porodu, ale o tym kiedy indziej. Na obecną chwilę mam za duży natłok myśli w głowie aby to jakoś sensownie ubrać w słowo. W każdym bądź razie strach nie zmalał, ale przynajmniej mam nieco jaśniejszy obraz sytuacji.

A teraz znikam znowu pod kocyk, do wtorku muszę czuć się i wyglądać trochę lepiej. Idziemy do fotografa robić zdjęcie dla babci na urodziny. Od dawna mówiła, ze chciałabym takie aktualne zdjęcie wszystkich wnuków, a zebrać 6 osób w wieku od 13-31 lat w jednym miejscu i o tej samej porze to graniczy prawie w cudem, więc ostatnie o czym marzę to aby przełożyć umówione spotkanie.

środa, 11 stycznia 2017

Starch ma wielkie oczy?

Chyba większość kobiet w ciąży przyzna mi racje, że ciąża to piękny stan. Pomimo dodatkowych kilogramów, bolących bioder, pleców, puchnących nóg czy różnych innych ciążowych dolegliwości moment w którym czuć ruszającego się Maluszka jest cudowny i wyjątkowy. Oczywiście zdarza mi się narzekać na to że za szybko się męczę, jestem niewyspana czy wkurza mnie fakt że zawiązanie butów czasem sprawia problem.

Do niedawna negocjowałam z Dziewczynką aby dała mi pospać w nocy i nie kopała o 3 rana jak szalona, tak było do soboty. W piątek zjadłam kolacje o 19 (rano jechałam na badanie krwi, więc trzeba było na czczo) i poszłam spać, rano po 6 obudziłam się nieźle spanikowana bo Dziewczynka jakoś się nie ruszała. Wytrzymałam do 8 i pojechałam do szpitala, pobrali mi krew, wypiłam glukozę i od razu zgłosiłam się na usg. Z Dziewczynką oczywiście wszystko w porządku , nawet miała nogę na głowie, pani doktor wyjaśniła że maluchy raczej nie lubią głodówki przed badaniem i dlatego są wtedy spokojniejsze i albo przesypiają ten czas albo ruszają się bardzo powoli i leniwie. Wytłumaczyła też, że nawet taka Kruszyna ma prawo do lekkiego lenistwa w brzucha. Kamień spadł mi z serca.

Dla mnie ciąża oprócz tych pozytywnych aspektów, których jest znacznie więcej to kojarzy mi się też ze strachem i niepokojem. Początkowo to był strach, czy aby na pewno jest to ciąża w macicy, potem o bijące serduszko, jeszcze później badania genetyczne, połówkowe itd. Od kiedy wyraźnie czuję ruchy, a na każdym usg wszystko jest jak najbardziej w normie to strach o prawidłowy rozwój naszego dziecka zszedł na dalszy plan. Głęboko wierzę, że w kwietniu urodzi nam się zdrowe i piękne dziecko. Natomiast im bliżej terminu wpisanego w karte ciąży tym bardziej boje się porodu.
Zanim w ogóle byłam w ciąży i na samym jej początku, jednym akceptowalnym przeze mnie rozwiązaniem było cesarskie cięcie. Innej opcji nawet nie brałam pod uwagę i mówiłam o tym głośno i wyraźnie. Może zbyt głośno... Pewnego pięknego popołudnia podzieliłam się tym z własnym ojcem, który zburzył mój obraz cesarskiego cięcia. Jak to chirurg opowiedział, pokazał i nastraszył ze wszystkimi możliwymi szczegółami, a przy okazji naobiecywał że w czasie porodu naturalnego będę mieć najlepszą opiekę i jakiegoś super anestezjologa który specjalizuje się w znieczuleniach do porodu.

Tym sposobem trafiliśmy na szkołę rodzenia. W szpitalu. Jest całkiem za darmo co jest jej dodatkowym plusem, wyposażona całkiem nieźle. Jej głównym atutem jest to, że każde zajęcia (jest ich 6 po 1,5h) prowadzi inna położna pracująca w tym szpitalu. Patrząc na to, że ogólnie jest ich bodajże 13 to na samych zajęciach mam okazje bliżej poznać prawie 50% z nich. Do tej pory byliśmy 3 razy. Miałam nadzieję, że będę wychodziła stamtąd jak oaza spokoju w pełni przekonana że dam radę. Nic bardziej mylnego. Boje się jak cholera. Pomimo tego, że 2 z 3 położnych były naprawdę super (jakbym spotkała tą 3 to prędzej Ł. urodzi niż ja dam się jej dotknąć :D ) i dużo opowiadały, tłumaczyły, pokazywały i było czuć bijące od nich takie ciepło i zaangażowanie. Dowiedziałam się też kilku przydanych i ważnych rzeczy, ale wciąż nie jestem w 100% przekonana do porodu siłami natury.

Jak dla mnie to cc od pn różni się tym, że przy porodzie naturalnym boli w trakcie , a po cięciu boli później. Plusem porodu naturalnego jest to iż praktycznie od razu wraca się do formy, a plusem cesarskiego cięcia jest możliwość zaplanowania. To przy cc wiadomo kiedy, o której i jak to dokładnie będzie wyglądało i ile trwało, a przy porodzie naturalnym to jest jedna wielka ruletka. Ł. mnie wspiera, chociaż chyba nie do końca rozumie te emocje. Wiem, że to musi być moja decyzja i wiem również że jakakolwiek ona nie będzie, otrzymam wsparcie. Pomimo tego że nie ma chyba bardziej logicznego ciągu jak to że jeśli jesteś w ciąży to musisz urodzić to mam marzenie aby do kwietnia wymyślili metodę bezbolesnego i bezinwazyjnego wyciągania Maluszka z brzucha ;)

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Wracam!

Po ponad miesiącu czas na nowy wpis :) Cały grudzień tzn. do świąt chodziłam jeszcze do pracy, a po pracy to już uprawiałam tylko relaks na kanapie z książką zamiennie z drzemkami. Przygotowania do Świąt raczej mnie ominęły. Zazwyczaj moją świąteczną specjalnością są wypieki i to te drobne czyli ciastka, ciasteczka, pierniki. W ilości hurtowej. W zeszłym roku (nie licząc ciast) na święta zeszło mi 9,5 kg mąki, więc możecie sobie wyobrazić tą skalę ;) Produkcja trwała cały miesiąc, bo upiec to jedno, a potem trzeba było jeszcze te maleństwa udekorować. W tym wypadku moja chęć dążenia do perfekcji bardzo spowalniała proces. W tym roku było skromnie, bo jednak trzeba mierzyć siły na zamiary, a mnie brzuszek jednak dość mocno ogranicza. Wchodząc na wagę patrzę z przerażeniem, bo na plusie mam +8,5kg co jest dość zaskakujące bo tak prawdę mówiąc rośnie mi tylko brzuszek i trochę piersi. Pani doktor każe się nie przejmować i mówi że przy mojej wyjściowej wadze mam zapas jeszcze 10 kg, co jakoś specjalnie mnie nie pociesza. Mam nadzieję, że po porodzie ładnie będzie to spadać w dół :)
.
Święta to był czas spędzony w rodzinnym gronie, dla mnie dość ciężki, bo Maleństwo postanowiło zostać bokserem i treningi odbywa nocami, albo o innej porze dnia jak leżę. Nigdy bym nie pomyślała że taka kruszynka potrafi kopać na tyle by człowieka to obudziło i zabolało. Do tego dochodzi dość silny ból kręgosłupa i bioder, ale teraz już zwolniłam tempo i jest trochę lepiej. Większość czasu odpoczywam i spędzam na przyjemnych rzeczach.

We wtorek 27 grudnia byliśmy na pierwszym spotkaniu w szkole rodzenia. I tak przez kolejne 5 wtorków. Było całkiem sympatycznie i merytorycznie, ale o tym kiedy indziej.
Już jutro zaczynam 27 tydzień ciąży czyli 3 trymestr. Powoli zaczynamy robić zakupy dla naszej bezimiennej Dziewczynki :) Fotelik do samochodu i wózek już wybrane i zamówione. Łóżeczko wstępnie też wiemy jakie. Dzisiaj przyszła pierwsza paczka z ubrankami. Na ile można korzystam z wyprzedaży, które zaczęły się po Świętach. Na moje szczęście w sklepach intranetowych jest dużo większy wybór niż w tych stacjonarnych, bo chodzenie po sklepach nie należy do moich ulubionych czynności. Aczkolwiek gdy dzisiaj otworzyłam tę paczkę i zobaczyłam te maleńkie bodziaki, spodnie, pajacyki czy pieluchy to aż się wzruszyłam. Nawet teraz łzy zbierają mi się w oczach. Zresztą ja ostatnio płaczę kilka razy dziennie, czasem nawet nie potrzebuje powodu co powoduje że Ł. się ze mnie podśmiewa.