poniedziałek, 21 listopada 2016

Półmetek

Półmetek ciąży już za mną. We wtorek tydzień temu stuknął mi 20 tydzień, wtedy też byliśmy na całościowym przeglądzie Maluszka. Pani doktor sprawdziła wszystko od czubka głowy po paluszki u stóp. Piękną mamy dziewczynkę :) Tydzień temu ważyła ok 340 g. Rozwija się prawidło. Łukasz się śmieje, że charakter ma po mnie, bo uparta jak osioł :D Z tego badania można mieć fajną pamiątkę w postaci filmu, warunek jest tak taki że dzieciaczek musi chcieć współpracować. Nasz nie wykazywał takiej chęci. Pani doktor dość mocno próbowała zachęcić Malucha do zmiany ułożenia, ale nic z tego. Twarz wtuliła w łożysko i jedne co to udało się zrobić kilka zdjęć i to też widać na nich tylko pół twarzy. Zaskakujące jest to, że podczas badania w ruchu i to dość intensywnym były wszystkie kończyny. Nogi ciężko było uchwycić aby policzyć paluszki u stóp, a i ręce mocno rozrabiały aby na koniec wylądowały przy twarzy co już całkowicie zasłoniło widok ;) Tak więc Dziewczynka rusza się mocno, a ja ledwo co czuję. Wieczorem jak się położę to i owszem COŚ tam poczuje, ale głowy bym nie postawiła że to mój lokator.
W połowie ciąży na plusie mam 5 kg. Brzuszek rośnie jak szalony, piersi trochę wolniej ale też zauważam postępy. Intensywnie smaruje się różnymi kremami, balsamami, bo jakoś wkręcił mi się lęk przed rozstępami. Głęboko wierze w to że uda mi się ich uniknąć. Mdłości i wymioty to na szczęście już przeszłość. Nadal też nie wiem jakie to uczucie posiadania zgagi. Tylko plecy mnie bolą i po całym dniu trochę nogi puchną. I to też tak dziwnie, bo powyżej kostki do kolana, łydki wtedy wyglądają gdybym miała na nich cellulit.
Tak się przyjemnie złożyło, iż tydzień temu byliśmy na usg połówkowym, a teraz w czwartek mam zwykłą wizytę, więc tylko 10 dni przerwy w podglądaniu.
Jak na razie mój plan z pracą do świąt wydaje się być w miarę realny. Jasne czasem mi się nie chce, bo miałam ciężką noc, albo po prostu mam gorszy dzień, ale jakoś nie chcę jeszcze rezygnować. Zwłaszcza, że od 1 grudnia będę pracować już tylko po 6 godzin i odejdzie mi parę obowiązków, więc też luźniej będzie. 

sobota, 12 listopada 2016

Wieści z chorobowego frontu

Listopad w tym roku nam nie służy. Za oknem przeważnie szaro, buro i ponuro, a rano trzeba szyby w aucie skrobać. To znaczy trzeba by było gdybym rano wychodziła z domu. Od ponad tygodnia siedzę w domu i choruje. Dopadło mnie przeziębienie, ale nie takie zwykłe. Bolą mięśnie, głowa pęka, gardło boli tak jakbym miała w nim ze sto żyletek, a o oddychaniu nosem mogę zapomnieć. Na szczęście jest już lepiej, a i gorączka nie wzbiła się wyżej niż 37,5. Najgorzej było nocami, bo dusiłam się w pozycji leżącej. Oddychać umiałam tylko na siedząco, więc kilka nocek zaliczałam właśnie w tej pozycji.
Wszystko oczywiście konsultowane z lekarzem i ginekologiem. Nawet dostałam jakieś leki dla kobiet w ciąży i już wychodzę na prostą. Niby byłam całymi dniami w domu i odpoczywając miałam milion pomysłów na różne posty, ale już sił na napisanie czegoś logicznego było zdecydowanie zbyt mało. No ale mamy długi weekend, mi już lepiej, aczkolwiek dalej chusteczki muszą być na wyciągnięcie ręki :)
Maluszek na szczęście miewa się doskonale. Dalej kiepsko czuję ruchy, ale wieczorem jak już się położę, to COŚ czuje. To pewnie dzieciaczek, ale to jest takie delikatne jakby gazy w jelitach, ale nie do końca. Ciekawa jestem kiedy nabiorę pewności, że to dzieciaczek rozrabia. Zobaczymy co powie pani doktor na wizycie, a to już nie długo. W najbliższy wtorek idziemy na drugie badania prenatalne. Trochę się nimi stresuję czy aby na pewno wszystko na 100% jest dobrze, ale mam w sobie dużo większy spokój niż przed pierwszymi.
Wracając do niezbyt dobrego listopada.... W zeszłym tygodniu mieliśmy awarie w domu z kaloryferem i wodą w tle. Pewnego popołudnia spokojnie podgrzewam obiad w kuchni i nagłe słyszę takie jakieś dziwne dźwięki zakończone donośnym syknięciem i szum wody. Pierwsza myśl coś się stało z pralką w łazience. Nic się nie dzieje. Patrzę do pokoju a tam fontanna. Wystrzelił zawór z kaloryfera. Jakim cudem to nie wiem, nikt do tej pory nie jest wstanie stwierdzić co było przyczyną. Woda tryskała na maksa, do tego stopnia że nie byłam w stanie nakręcić z powrotem tego zaworka, szybko tylko poniosłam komputer na biurko i odłączyłam prąd, a w dziurę kaloryfera wsadziłam palec ;) Idealnie pasował. W między czasie do domu wrócił Ł, ale w jednym pokoju wody, zanim zatkałam źródło wycieku, było już po kostki. Zbieranie wody, osuszanie, wycieranie. Ł. musiał wynieść meble z naszego jeziorka, trochę to trwało zanim mieliśmy suchą podłogę. Na całe szczęście strat żadnych. Na ścianie nic nie widać, komputer przeżył kontakt z wodą, najbardziej baliśmy się o podłogę, bo w całym mieszkaniu mamy parkiet i już mieliśmy wizję, że nam go wybije od tej wilgoci. Minął ponad tydzień i wszystko jest w porządku, bo remont podłogi to jest ostatnia rzecz na którą mam teraz ochotę. Zresztą o sprawach budowlano-remontowych będzie następnym razem, Tymczasem porzucam klawiaturę i wracam pod kocyk zajadać owocki :)