piątek, 21 października 2016

Podsumowanie

Do napisania tego posta zbieram się już od kilku dni, ale jakoś natchnienia brak, a pogoda za oknem raczej nie pomaga. Zresztą gdy wracam z pracy to już tylko zjem obiad i uprawiam w pełni zasłużone nic nieróbstwo na kanapie :)

Dzisiaj jest jednak dobra okazja by coś napisać. Kilka minut po 6 Ł. zrobił mi ostatni zastrzyk!!! Koniec z kłuciem! :) Od 30 czerwca mój brzuch był kłuty codziennie, a przez jeden tydzień nawet po dwa razy. Tak więc okazja do świętowania jak najbardziej słuszna :)

Gdy ponad rok temu wybieraliśmy klinikę leczenie niepłodności byłam pełna obaw. Nasz wybór padł na GynCentrum w Katowicach i teraz już wiem, że to był trafiony wybór. Wydaje mi się, że miałabym takie same odczucia nawet gdyby nie powiodło nam się z pierwszym podejściem do in vitro.
Klinika jest w certum Katowic, ale mieści się zaraz na początku tego centrum i to przy zjeździe z drogi szybkiego ruchu, więc dojazd nawet w zakorkowane popołudnia nie stanowił problemu. W środku nie można się do niczego przyczepić, czysto, ładnie i pachnąco. Duża poczekalnia, dwie toalety (każda ma w środku bidet, umywalkę, toaletę, środki do higieny intymnej). Dodatkowo w każdym gabinecie również jest łazienka wyposażona we wszystko co potrzeba np. jednorazowe spódniczki czy kapcie.
Personel kliniki również jest bez zarzutu. Panie w rejestracji bardzo pomocne, miłe i uśmiechnięte. Położne i pielęgniarki również.
W klinice przyjmuje kilkoro lekarzy. Z każdym miałam przynajmniej jednorazowo kontakt i o żadnym nie mogę powiedzieć złego słowa. Co do ich kompetencji to wierzę, że są wysokie. Zresztą widać to po ich statystkach jak i wystarczy wygooglwać każdego z lekarzy i poczytać. Nie mówię tu o opiniach pacjentów, bo to jest bardzo subiektywne, ale o ich doświadczeniu, wykształceniu, odbytych kursach i stażach. Jedni lekarza są gadatliwi i zawsze uśmiechnięci, drudzy podchodzą do pacjenta z większą rezerwą i mówią tylko tyle ile trzeba i ani pół słowa więcej. To już bardziej zależy od osobowości i charakteru, kto co lubi.

Nie ma co ukrywać, że leczenie w klinice kosztuje. Koszty są duże. Ja od początku prowadziłam sobie listę ile i na co wydaliśmy, głównie z ciekawości. Podzieliłam je na dwie kategorie, przed i po in vitro.
Do pierwszego worka zaliczają się pierwsza wizyta i wszystkie badania zrobione na początku, wszelkiego rodzaju wymazy, cytologia, badania nasienia i hormonalne. Obserwacja cyklu, badanie wrogości śluzu i sonoHSG. 3 cykle zakończone inseminacją. Oczywiście dodatkowe badania krwi i wszystkie leki. Razem to wyszło ok.6 300 zł.

Druga kategoria to in vitro. Tu to można rozbić na dwie podkategorie. Cenę samej procedury i cenę leków. Klinika oferuje kilka dość atrakcyjnych programów. Jednym z nich jest 2+1, na który my się zdecydowaliśmy. Jego cena to 13 900 zł. Polega to na tym iż płaci się z góry za dwie procedury, a jeśli żadna z nich nie da ciąży stwierdzonej po 12 tygodniu, 3 procedura jest na koszt kliniki. Natomiast jeśli uda się za pierwszym razem to po 12 tygodniu ciąży zwracają 6 500 zł, czyli prawie połowę. W cenie tego pakietu jest wszystko. Wizyty przed i po (tzn po dodatnim teście ciążowym, do 12tygodnia każda wizyta i usg i badanie krwi jest w cenie), badania hormonalne, i cała reszta związana z punkcją, anestezjologiem, embriologiem, transferem itd. Dodatkowo trzeba zapłacić za mrożenie zarodka. 1 zarodek = 500 zł/rok. 
W grupie leków są uwzględnione zarówno te do stymulacji jak i te które przyjmowałam od punkcji aż do teraz. Nie będę ukrywać gdybyśmy korzystali z recept kliniki na leki po punkcji to kwota była by dużo wyższa. Przykładowo taka luteina 100mg 30 tabletek na nfz kosztuje coś 6 zł z groszami, bez refundacji pond 50. Nas leki wyniosły za wszystkie ok.2 000 zł. Z tego co czytam w internecie to za leki do stymulacji zapłaciliśmy stosunkowo niewiele, a to dlatego że to był krótki protokół, a ja bardzo dobrze na nie zareagowałam, więc nie było ich zbyt wiele.
Podsumowując od decyzji o in vitro, w klinice jak i w aptekach łącznie zostawiliśmy ok. 9 900 zł. Czyli zakładając że w moich zapiskach zaginęły pewnie jakieś rachunki z apteki można założyć że dla nas koszt jednej procedury in vitro z zamrożeniem jednego zarodka to 10 000 zł.  Kwota zawrotna i dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że mieliśmy ogromne szczęście, że przy podejmowaniu decyzji nie musieliśmy się martwić o to jak za to wszystko zapłacić. Dlatego mocno trzymam kciuki i mam ogromną nadzieję, że przynajmniej częściowe finansowanie z nfz powróci, bo in vitro powinno być dostępne dla każdego ( oczywiście z umiarem) kto ma problem z naturalnym poczęciem maluszka.

poniedziałek, 10 października 2016

Ufff...

Dawno mnie tu nie było. Ubiegły tydzień minął mi nawet nie wiem kiedy. Miałam do załatwienia dużo zaległych spraw, więc codziennie było coś do zrobienia. Do tego doszły małe problemy sprzętowe. Na telefonie mogę robić wszystko (no prawie ;) ), ale pisać to wolę klepiąc w klasyczną klawiaturę.

Od tygodnia pomimo tego, że za oknem szaro buro i deszczowo dla mnie świat nabrał kolorów i na nowo zaczął mnie cieszyć. Jesieni nadal nienawidzę z całego serca, zwłaszcza w obecnym wydaniu, ale... Od tygodnia ani razu nie wymiotowałam :D Po prostu szok! Mdłości też już prawie nie mam. Teraz tylko delikatnie i to tylko wieczorami. Porównując to co się działo 2 tygodnie temu i całe noce spędzone na podłodze w toalecie to jest bosko. Nadal męczę się szybciej niż przed ciążą, ale energii mam znacznie więcej niż w pierwszych 3 miesiącach. Jestem wstanie przetrwać dzień bez drzemki, fakt padam wtedy o 21, ale to zawsze coś. Wydaje mi się, że to zmęczenie wynika raczej z kiepskiego snu w nocy. Całe życie spałam na brzuchu, a teraz jak to Ł. mówi mam mały baniaczek i spanie na brzuchu odpada. Więc męczę się na boku, głównie lewym i na plecach, na których mogę leżeć niezbyt długo bo boli mnie kręgosłup. Do tego dochodzą pobudki. Nie wiem czy każda kobieta w ciąży tak ma, czy ja piję wyjątkowo dużo czy mam tak mały pęcherz, ale pobudki na siku w ciągu nocy są zawsze dwie. Nawet z tym kiepskim spaniem i bolącymi plecami uważam drugi trymestr ciąży za fantastyczny.

Czuję się na tyle dobrze, że postanwiłam wrócić do pracy, bo ani męcząca fizycznie ani stresująca, a to siedzenie w domu samej już mi obrzydło. Ł. ma całkiem przyjemne godziny pracy, bo koło 15 zawsze jest już w domu, więc popołudnia są dla nas, ale za to wraz z początkiem października 2 albo 3 całe weekendy w miesiacu od 8-20 spędza na uczelni. Zachciało się panu mężowi drugi kierunek skończyć, tak więc nie dość że byłam sama w tygodniu to jeszcze w weekendy. A w końcu jak często można się spotykać z koleżankim (które do połoudnia pracują) albo odwiedzać rodziców, babcie itp. Spróbuje popracować, jak się będę kiepsko czuła i nie będę dawała rady to zawsze mogę wrócić na L4. Mój plan zakłada pobyt w pracy do świąt, zobaczymy co z tego wyjdzie i czy Maleństwo nie będzie się buntowało przeciwko bardziej intensywnemu trybowi życia.

W między czasie byliśmy na ostatniej już wizycie w klinice ( co aż sie prosi o podsumowanie), a jutro idę na wizytę do nowej pani doktor. Tzn nie tak nowej, bo już konsultowała badania i wykonnywała usg prenatalne, ale od teraz to ona będzie prowadziła ciąże. Maluszek zdrowo rośnie, wywija kończynami, a ostatnio na usg próbował wsadzić rękę do buzi. Płeć jeszcze nie potwierdzona, bo Mały Człowiek nie współpracował i nie chciał pokazać co chowa między nogami ;)

No to tyle z nowości. Od teraz pewnie będę tu częściej, bo wraz z lepszym samopoczuciem pojawiło się milion myśli, wątpliwości i strachów.