wtorek, 30 sierpnia 2016

Wakacyjnie

Nasz wakacje rozpoczęliśmy w sobotę od wizyty u lekarza. Na USG zobaczyliśmy mikro serduszko i maleństwo, które kształtem przypomniało mi lekko roztopionego żelka Haribo. Tydzień temu w sobotę miał 10mm. Pan doktor kazał na siebie uważać i życzył miłych wakacji. No to w drogę :) Do przejechania mieliśmy ponad 500 km, droga zleciała raz dwa bez żadnych korków. Nawet na A1 przy bramkach nie było postoju, inaczej wyglądała sprawa w drugą stronę, bo korek ciągnął się przez dobre 4 km, dlatego też postanowiliśmy ze naszą podróż powrotną rozpoczniemy popołudniu aby ominąć autostradowe godziny szczytu. Tydzień później okazało się to być strzałem w dziesiątkę.

Dojechaliśmy na miejsce. Ostatnie 4 km wąską, ale wciąż asfaltową drogą, w odróżnieniu od ostatnich 500 m, gdzie droga to była porostu ubita ziemia. Domek idealny. Nowiutki i jeszcze pachnący świeżością. Zwłaszcza w szafkach było czuć zapach nowości. Wyposażony idealnie, urządzony ze smakiem. Na dole salon (kanapa, stół i TV), kuchnia (płyta indukcyjna, piekarnik, zmywarka i wszystko co tylko może się przydać w kuchni) i łazienka z prysznicem. Na górze w przechodnim pokoju stała kanapa, a w sypialni było łóżko o iście królewskich rozmiarach 2x2,2, a w łazience tym razem była wanna. Na całym dole było ogrzewanie podłogowe, co było bardzo przyjemne w chłodniejsze wieczory. Najfajniejsze w tym wszystkim było to, że wystarczyło otworzyć okno albo wyjść na werandę i pachniało lasem, bo zaraz za płotem z dwóch stron rozciągał się las sosnowy. Widok cudowny!

Wioska, a raczej wioseczka w której mieszkaliśmy liczyła maks z 15 domów, za to można było spotkać wszelki wiejski dobytek od krów, przez gęsi, koguty, kury, kaczki na wszelkiej maści psów i kotów kończąc. Do najbliższego sklepu w jedną stronę 4,5km. W lasach było pełno jagód, grzybów, małych żabek i wiewiórek. Raz spotkaliśmy węża i jaszczurkę. Ł. z właścicielem domku dwa razy o 4 rano wybrał się na polowanie i miał okazję zobaczyć lisy i jelenie. Jednym minusem była gigantyczna liczba komarów. Całe dnie upływały nam na leśnych spacerach, czytaniu książek i graniu w scrabble. Relaks, lenistwo i nic więcej :) W najbliższej okolicy w lasach były ukryte bardzo urokliwe jeziorka. Nad największym powstał ośrodek z drewnianymi domkami letniskowymi i tam również można było wynająć łódkę. Raz się skusiliśmy i przez dwie godziny siedzieliśmy na środku jeziora czytając i nic nie robiąc. Bosko. Byłą też wieża widokowa, która głównie służyła leśniczym do obserwowania czy las się nie pali. Na górę było milion schodów, wąskich i krętych, zmęczyłam się potwornie, ale widok na górze wynagrodził wszystko.

Jednego dnia wybraliśmy nad morze, do Ustki. Na plaży było przyjemnie. Byliśmy na zachodniej, a razem z nami naprawdę niezbyt wielu ludzi i to bez parawanów, a jak już były to służyły faktycznie od ochrony od wiatru z jednej strony, a nie do odgrodzenia całej działki. Inaczej sprawa wyglądała po wschodniej stronie (miasto jest przedzielone portem), bo tam nawet przed 18 ludzi tyle że ciężko by było ręcznik rozłożyć i oczywiście parawany w zatrważającej ilości. Promenada w Ustce to moim zdaniem nic specjalnego. Może jest fajnie poza sezonem, ale ja nie lubię spacerować w takim tłumie z milionem kramów na których można kupić dosłownie wszystko.

Spędziliśmy naprawdę super tydzień na Kaszubach. Od dawna nie spędzaliśmy wakacji w Polsce, a jak już to aktywnie, albo chodzenie po górach, albo spływ kajakowy i spanie pod namiotem lub rowerowo. Tym razem było spokojnie i naprawdę jesteśmy zadowoleni.












Wracaliśmy w sobotę, w niedzielę z samego rana pojechałam do szpitala zrobić badania aby mięć je na poniedziałkową wizytę. Na dzisiejszej wizycie położna wypisała mi kartę ciąży :) Pan doktor zbadał i ginekologicznie i usg. Maluszek ma już piękne 25 mm i jest idealnej wielkości jak na 8 tydzień i 5 dzień ciąży. Wyniki też są ok, jedynie tarczyca jest w dolnej granicy normy, ale nadal w normie. Trzeba to po prostu jeszcze raz skontrolować. Kolejna wizyta równo za 2 tygodnie. Od jutra czyli od wtorku wracam do pracy. Miewam lepsze i gorsze momenty, to przez mdłości i niskie ciśnienie. Chce spróbować popracować przez 4 dni do końca tygodnia i wtedy w zależności od samopoczucia zdecyduję czy zostaję w pracy czy jednak L4.

środa, 17 sierpnia 2016

Seks

Dzisiaj będzie trochę nieprzyzwoicie. Tak więc jeśli ktoś z tych co tylko raz w miesiącu, pod kołdrą i po ciemku to hmm lojalnie uprzedzam :)

Seks od zawsze był dla mnie istotnym elementem związku. Nie ma co się oszukiwać jesteśmy razem już kawał czasu i bywały okresy, że nie mogliśmy się od siebie odkleić po bardziej oschłe (co nie znaczy że nasze libido spadało do poziomu 0). Prawda też jest taka, że bywają okresy kiedy żadne z nas nie miało ochoty, bo mega ciężki dzień w pracy, czy po prostu niewyspanie albo niestrawność. Bywa i tak. Oboje jesteśmy dość otwarci i nie mamy problemu rozmawiać o seksie w gronie znajomych. Oczywiście nie są to rozmowy typu "no bo wiecie my to wczoraj dwa razy i to na stole w kuchni albo pod prysznicem" ale takie ogólne, co zresztą chyba jest normalne wśród dorosłych i dojrzałych emocjonalnie osób. Mamy też wśród swoich znajomych osoby, który głośno i publicznie deklarowały wstrzemięźliwość aż do ślubu.Nie rozumiem, ale akceptuję. Zazwyczaj wynikało to z dość głębokiej wiary, ale nawet oni nie mają oporów aby rozmawiać na tematy związane z seksem.

Czasem w internecie bądź prasie zdarzają się artykuły wpisujące się w kategorie "zwyczaje seksualne polaków". Statystki, które są tam podawane są tak skrajnie różne, że według niektórych wyrabiamy normę krajową a według niektórych ciągniemy się w ogonku. Jak dla mnie nie ważna jest ilość, ale jakość. Generalnie każdemu w miarę potrzeb. Gorzej jeśli dwie osoby mają skrajnie różny temperament, my na szczęście nie mamy tego problemu.

Gdy zaczęliśmy się starać o maluszka to nadal świetnie się bawiliśmy pilnując tylko by wszystko skończyło się w sposób jaki powinno. Gdy trafiliśmy do kliniki to ta radość z seksu i spontaniczność została zabita. Pomimo tego, że koniec końców było przyjemnie to zabrać się do rzeczy gdy nie koniecznie ma się ochotę a trzeba koniecznie dziś, teraz i natychmiast to pewnie sami wiecie... Planowanie seksu jest kiepskie, a gdy robi to lekarz i to z wyznaczeniem konkretnej godziny to już w ogóle. Zwłaszcza, że bywały to godziny poranne (jak np 6 rano w tygodniu). Spoko i tak wstajemy o tej porze, ale ja nie jestem rannym ptaszkiem. Do mnie z rana to lepiej nie mówić, a nawet i nie patrzeć, a tu trzeba pracować nad potomstwem - ciężkie zadanie. Gdy nadszedł etap inseminacji to nasze życie seksualne wróciło do normy. Jedyne czego trzeba było pilnować to kilku dniu wstrzemięźliwości przed a tak to hulaj duszo ;) Było tak pięknie aż do punkcji, a właściwie to do kilku dni przed punkcją gdy jajniki już nie dawały o sobie zapomnieć. Po punkcji to wiadomo nie wolno, bezpośredni po transferze też nie. Czas pierwszej , drugiej , trzeciej wizyty i zawsze pytałam co z seksem czy już jest bezpiecznie. Pierwsze dwa razy usłyszałam zobaczymy na kolejnej wizycie. Natomiast ostatnim razem stanowcze nie. Wczesna ciąża, ryzyko skurczy macicy tak więc jakakolwiek forma kontaktów seksualnych wykluczona. Oh no! Bo ja nie czuję się jakoś rewelacyjnie. Mdli mnie bez żadnego stałego harmonogramu, więc może dopaść zawsze, wszędzie i po wszystkim. Zdarzają się wymioty. Męczę się jakbym ważyła ze 100 kg ( a waga nadal nie pokazuje 50) i miała z 70 lat (a do 30 zostało 2,5) . Spać bym mogła 24/24, ale... Gdy człowiek przez większość swojego dorosłego życia robi coś regularnie, a to coś jest bardzo przyjemne, a potem nagle koniec to ochotę ma ogromną. Taką długą przerwę to ostatnio mieliśmy w 2009 gdy Ł. wyjechał na wymianę studencką. Tak więc oprócz tego, że odliczam dni do kolejnej wizyty by sprawdzić czy mój lokator ma się dobrze (co jest priorytetem i nawet gdybym miała leżeć plackiem 9 miesięcy i nawet stopą nie ruszać to bym to zrobiła) to też czasem pomyślę sobie, że może już w sobotę będzie zielone światło :D

Na koniec śmieszna historyjka. Ściągnęłam sobie ciążową aplikację na telefon - Moja Ciąża. Kazała wpisać kilka danych takich jak imię, data ostatniej miesiączki, wzrost i waga z czasu przed ciążą. W dniu transferu domowa waga pokazała 48,5 i tyle też wpisałam, równy miesiąc później czyli 15 sierpnia wyskoczył komunikat aby wpisać aktualną wagę. Stanęłam na wadze i wpisałam 49,3 na co aplikacji pokazała komunikant: "Skontaktuj się z lekarzem. Masz nadwagę." aż parsknęłam śmiechem :D

sobota, 13 sierpnia 2016

O sercu słów kilka

Stres przed dzisiejszą wizytą sięgał zenitu. Ledwo wmusiłam w siebie śniadanie. Byliśmy przed czasem, więc trzeba było trochę poczekać, rozmawialiśmy o jakiś bzdurach i trochę się uspokoiłam. Wizyta zaczęła się od badania, z tego strachu aż mi nogi na fotelu drżały... Pan doktor coś mruczał i mierzył, aż w końcu powiedział że widać że coś pulsuje. Zrobił zbliżenie, włączył dźwięk i tak o to po raz pierwszy usłyszeliśmy bicie serca mojego lokatora!

Wszystko jest prawidłowo, tętno takie jak powinno i zarodek rozwija się w dobrym czasie.  Kolejna wizyta w kolejną sobotę. Leki nadal te same w tych samych dawkach. Mam odpoczywać i się oszczędzać, więc zgodnie z lekarskim zaleceniem szczęśliwa idę na drzemkę :-D

czwartek, 11 sierpnia 2016

Spać!

Czas do sobotniej wizyty ciągnie mi się niemiłosiernie. Niby to tylko 9 dni od poprzedniej, ale w moim odczuciu to jakby co najmniej z miesiąc czekania.

Dni miewam słabe i gorsze. Rzadko kiedy mogę powiedzieć, że w tej chwili akurat nic mi nie dolega. Najbardziej męczące są mdłości i słabość. Ja generalnie miewam kłopoty z ciśnieniem. Jest za niskie. Kiedyś nawet podejrzewano, że to może być wada serca, ale przepadano mnie dogłębnie i wyszło że już tak mam i muszę z tym żyć. Czasem mam tak niskie ciśnienie, że trupa bym mogła zawstydzić ;) Można z tym żyć. Jest kilka zaleceń (np. wysypiać się, więcej solić, wypić lampkę wina, pić dużo wody) i nawet się nie czuję że coś człowiekowi dolega. Jednakże teraz taka lampka wina wieczorem to raczej tylko w wyobraźni, a ochotę na takie dobre czerwone półwytrawne wino mam ogromną :D

Najgorzej z tym spaniem jest, bo spać bym mogła non stop. Ubiegły weekend to prawie cały przespałam. W piątek po pracy zjedliśmy obiad, wzięłam leki o 18 i spałam do 20:30, wstałam trochę pofunkcjonowałam i o 22 byłam już w łóżku i tak spałam do 10 ( z jedną nocną pobudką na wizytę w toalecie i o 6 pobudka na leki). W sobotę zjedliśmy obiad koło 14 i zaraz po nim zasnęłam do 18, do łóżka trafiłam przed 22. W niedzielę pobudka koło 9 i tym razem zasnęłam już po śniadaniu. Tak więc pożytku ze mnie zero ;)

Od soboty zaczynam urlop! W czasie weekendu jedziemy do znajomych w Beskidy. Zresztą jak co roku w okolicach 15 sierpnia organizują dużą imprezę i przyjeżdża mnóstwo ludzi. Ognisko, kiełbaski i gwiazdy nad głowami. Kiedyś to były imprezy do samego rana ze spaniem w śpiworach na trawie. Teraz trochę się to zmienia. Coraz więcej par przyjeżdża z maluchami albo w ciąży, więc jest bardziej spokojnie i kameralnie, ale wciąż super :) Pierwszy tydzień będę odpoczywać w domu, a drugi spędzimy na Kaszubach. Nigdy nie byłam w tamtych rejonach, więc na pewno będzie ciekawie. W sumie to nie pamiętam, kiedy ostatnio spędzaliśmy urlop w kraju, ale ja się nie czuję na siłach na jakieś dalsze podróże. Marzy mi się leżak, słońce, szum fal, zapach kremu do opalania na całym ciele, a to w ciąży raczej nie wskazane, więc w tym roku odpuszczamy.

Jest 9:30 czyli za jakieś 48 godzin będziemy już po wizycie....

czwartek, 4 sierpnia 2016

Jestem w ciąży!

Od ostatniego wpisu z jednej strony dużo się wydarzyło, a z drugiej większość czasu zlewa się w całość. Równo tydzień temu byłam na pierwszej wizycie po transferze (13dpt). Zbadali mi poziom progesteronu i trochę zmienili leki. Biorę duphaston 2 razy dziennie po tabletce, a luteinę 2 razy po dwie tabletki. Nadal też z samego rana Ł. kłuje mi brzuch fragminem. Wtedy nie było usg, bo to było ciut za wcześnie aby było coś widać, a i lekarka powiedziała że nie zrobi badania aby nie podrażniać macicy. Miałam chęć badać betę nawet i co drugi dzień, ale moje żyły odmówiły współpracy i już progestereon pobierany był z nadgarstka, więc dałam sobie z tym spokój.

Ł. kilka razy dziennie pyta jak się czuje, a ja mam raz gorsze raz ciut lepsze dni. Generalnie to mnie mdli i to bezwzględnu czy przed czy po jedzeniu, aczkolwiek najbardziej z samego rana i późnym popołudniem. Mam wrażenie że szybciej się męczę i bolą mnie piersi. Najbardziej zaskakującym objawem jest płacz - wzrusza mnie wszystko. Smutna audycja w radiu czy nieprzyjemny news w wiadomościach (tak,tak płaczę sobie jadąc autem, co więcej czasem dlatego że nie zdążyłam przejechać na zielonym).  O filmach to nawet nie mówię. Wczoraj oglądaliśmy 'dzień niepodległości 2' (zdecydowanie nie polecam). Film słaby i to bardzo, jakoś nie specjalnie wzruszający, ale wczoraj jak zabili kosmite, który chciał zniszczyć ziemię to płakałam jakby mi kota czy też pieska zabijali. Rozpacz w czystej postaci z której 15 minut później sama się śmiałam. 

Do pracy, po mimo tego że nie tryskam dobrym samopoczuciem chodzę. Nie mam fizycznie ciężkiej, pracuję szarymi komórkami przy biurku albo przy stole w laboratorium i to na siedząco. Poza tym został mi jeszcze tydzień do urlopu. Wolne mam od 12 do 30 sierpnia. Jeśli się będę gorzej czuła to już nie wrócę do pracy. 

Dzisiejsza wizyta jeszcze w weekend wydawała się być dość odległa, a przyszła tak szybko. W pracy na szczęście było dzisiaj co robić, więc okazji do zmartwienia nie było zbyt wiele. Generalnie staram się wprowadzić w życie plan cieszenia się z ciąży, a nie zamartwiania czy wszystko będzie dobrze. Wizyta bez opóźnienia, co mnie zaskoczyła bo byłam wciśnieta w wypełniony grafik. Poziom bety, na wczoraj w 20 dpt 4080, został pochwalony. Strasznie się bałam usg, tego że nic nie będzie albo okaże się że to ciąża pozamaciczna. Na szczęście jest piękny pecherzyk ciążowy. Cytując lekarza "jest i jest taki jaki powinien być na tym etapie". Nic innego nie chcialam usłyszeć. Tak więc mogę już głośno powiedzieć JESTEM W CIĄŻY :-D. Wszystko wskazuje na to, że zagnieźnił się jeden zarodek, więc to tylko pokazało że warto było spróbować z dwoma, bo może gdyby był tylko jeden to byłby ten którego nie ma. Kolejna wizyta za 10 dni. Pechowo ten dziesiąty dzień wypada w niedzielę 14, a potem 15 jest święto, więc również zamknięte. Dlatego też wizyta 13 w sobotę i jeśli wszystko pójdzie dobrze to o godzinie 9:15 powinniśmy usłyszeć serduszko! Emocje się we mnie kłębią i myśli mam milion, ale o tym następnym razem. Teraz czas pod prysznic i do łóżka odpoczywać. :-) 

Ps. Coś mi mówi, że mogłam popełnić kilka błędów, ale telefon mi ich nie podkreśla. Jutro przejrzę na komputerze i poprawię, więc proszę o wyrozumiałość, ale już ledwo widzę na oczy.