poniedziałek, 25 lipca 2016

Mamy to!

Krótko i treściwie. Beta hcg 10 dzień po transferze dwóch zarodków wynosi 97,12!!!  Radość miesza się ze strachem :-D

Czekam i czekam

Weekend minął nam bardzo przyjemnie. Byliśmy u znajomych w Warszawie. Przyjechaliśmy w piątek prosto do centrum i trafiliśmy na fantastyczny koncert w "pokoju na lato". Znajomi znajomych grali. Swoją drogą bardzo fajne miejsce do słuchania muzyki, zwłaszcza tak spokojnej bo kontrast z dość intensywnym ruchem samochodowym dodawał klimatu wykonywanym utworom. Sobotę spędziliśmy poza miastem, niecałe 100 km od Warszawy. Wybraliśmy się na kajaki, ja byłam księżniczką :D Tzn Ł. wiosłował za nas oboje, bo jednak wiosłowanie raczej nie mieści się w kategorii odpoczynku i oszczędzania się. Pogoda dopisała idealnie, ciepło ale nie za gorąco, przyjemny wietrzyk i piękne widoki. Niedziela upłynęła nam pod znakiem totalnego luzu. Mega leniwy poranek, powolne śniadanie i zebraliśmy się do parku łazienkowskiego. Z kocykiem i książkami. Spędziliśmy tam coś około 3 godzin, które upłynęły nam na słodkim lenistwie. Na wspomnienie zasługuje jeszcze niedzielny obiad w hinduskiej restauracji. Mieści się ona tak zwany rzut kamieniem od Pałacu Kultury i wygląda bardzo niepozornie. Przechodząc obok, a nie znając ich kuchni nawet by mi przez myśl nie przeszło aby tam wejść i coś zjeść. Jedzenie mają GENIALNE! Serio tak dobrej hinduskiej kuchni nigdzie nie jadłam. Wszystko jest idealnie doprawiane, a porcje są takie że ciężko jest je pokonać. Gdyby ktoś miał ochotę przetestować to http://www.injachirestauracja.pl/ .

Jak już pisałam weekend był bardzo przyjemny i mimo że dużo się działo, było też sporo czasu na odpoczynek. Jednakże cały czas moją głowę zaprzątała myśl dzisiejszego testu...
Teraz muszę się do czegoś przyznać. W piątek rano (7 dzień po transferze) nie wytrzymałam i poszłam oddać krew. Sama nie wiem jak to się stało, jechałam na zakupy a nagle podawałam kartę stałego klienta w laboratorium :D Według rozpiski którą znalazłam w internecie, przy podaniu 2-3 dniowego zarodka beta hcg zaczyna być wydzielana w 7 dobie po transferze, tak więc byłam świadoma, że mnie poniosło. Na karcie informacyjnej z kliniki była informacja aby nie wykonywać testu wcześniej niż 10 dni, bo leki przyjmowane przed punkcją mogą zafałszować wyniki. Dlatego też trzymam swoją radość na wodzy, bo dzisiejszy wyniki wszystko zweryfikuje, ale w piątek mój biom bety wynosił 20,65 !!! :D

niedziela, 17 lipca 2016

Transfer :)

Na początek trochę odbiegnę od głównego tematu tego wpisu. W mijającym tygodniu okazało się jaki świat jest mały ;) Konsultację przed punkcją miałam u innego ginekologa i to właśnie jego nazwisko widniało na recepcie. Bezpośrednio po punkcji podjechaliśmy do mojego taty aby przepisał mi te same leki ale na nfz. Okazało się że doskonale zna tego lekarza z kliniki. Byli w jednej grupie na studiach, a i zawodowo teraz dość często mają ze sobą kontakt.

Telefon z kliniki w czwartek przed 9. Oczywiście wyrwali mnie ze snu, ale dzwonili z dobrymi wiadomościami! Z tych 6 jajeczek zapłodniły się 4, jedna nie ruszyła wcale, a jednej dawali jeszcze szansę. Transfer umówiony na piątek o 9.

Byłam podekscytowana, ale spokojna. Sama siebie nie poznaję, bo od czasu punkcji spokój aż ze mnie bije. W czasie rozmowy (ze znajomym już ginekologiem z dwóch akapitów wyżej) okazało się, że z tych 4 to 3 są piękne, idealne i lepsze by być nie mogły. Jeden jest trochę leniwy. Zdecydowaliśmy się na transfer dwóch zarodków. My tego chcieliśmy od początku, ale gdyby lekarz kręcił nosem na ten pomysł to oczywiście zgodzilibyśmy się z jego opinią. Jedynym argumentem przeciw była moja drobna budowa ciała, ale jak to lekarz powiedział "nie takie kruszynki dały radę z mnogą ciążą". Poza tym, że ważę 50 kg, a nadgarstek to niektóre 10latki mają grubszy to nie ma absolutnie żadnych przeciwwskazań. Jestem świadoma, że jeśli się uda i obydwa zarodki zostaną ze mną na dłużej to bliźniacza ciąża raczej nie będzie w kolorach tęczy, ale damy radę. Poza tym podwójny transfer zwiększa szansę na pozytywny wynik bety.

Sam transfer przebiegł bezboleśnie. Szczerze mówiąc to nie różnił się niczym od inseminacji. Dziś jest drugi dzień po transferze. Nie doszukuję się żadnych objawów, bo doskonale wiem że gdyby były to był by to wytwór mojej wyobraźni. Bolą mnie piersi i są bardzo wrażliwe na dotyk, mam też nudności, ale wszystko to za sprawą progesteronu. Przyjmuję na dobę 6 tabletek po 100mg. Jestem nastawiona pozytywnie, specjalnie się nie martwię. Test będę robić 25 w poniedziałek, mam nadzieję że się nie rozczaruję... Jeden zarodek mrozili od razu, a tego leniwca spróbują dohodować do blastocysty. Pewnie jutro będą dzwonić co i jak.

Odpoczywam w domu, przerwę od pracy mam do przyszłego wtorku, a potem zobaczymy jak będzie i co powie lekarz. Po transferze nie przerzuciłam się nagle na jakąś super zdrową dietę, bo my generalnie cały czas staramy się zdrowo zjeść, a ciastko z kremem albo pizza od czasu do czasu jeszcze nikogo nie zabiły, więc nie ma co popadać w paranoję. Skoro i tak siedzę w domu to w czasie tego tygodnia chciałabym zrobić porządek ze zdjęciami, bo uzbierało sie ich tyle że masakra. Jeśli będę się dobrze czuła to w kolejny weekend wybieramy się do Warszawy. Ł. ma tam spotkanie służbowe, a już od jakiegoś czasu znajomi nas do siebie zapraszają, więc połączymy jedno z drugim :)

środa, 13 lipca 2016

O punkcji słów kilka(set)

Jak się okazuje nadmiar wiedzy szkodzi. Czasem lepiej jest sobie żyć w błogiej nieświadomości, ale od początku.

Piątkowe USG.   Wszystko wygląda super, jest wystarczająco dużo komórek jajowych o odpowiedniej wielkości. Jest na tyle dobrze, że już nie muszę przyjmować Gonalu f na ich wzrost. Umówiony termin punkcji: wtorek 8:30, a przyjechać mamy na 7:30. W niedziele o 20:30 Ovitrelle, a Cetrotide bez zmian. Mój plan zakładał, że w sobotę napiszę o tym wszystkim i jak nastroje przed punkcją. Jednakże popełniłam podstawowy błąd i postanowiłam zaspokoić głód wiedzy o tym jak to będzie. Na blogach jest mnóstwo opisów punkcji, jedne kobiety zniosły lepiej, drugie gorzej. Jednak wszystkie te opisy były raczej o stronie emocjonalnej i samopoczuciu przed i po punkcji. Mi chodziło o informacje jak to wygląda. Z czego opis typu przy pomocy usg, przez sklepienie pochwy lekarz za pomocą długiej igły pobiera komórki jajowe mi zdecydowanie nie wystarczało. Okazało się, że wystarczy wpisać w Gogolach "ovarian puncture ivf", a otwiera się przed nami cały nowy świat. Kilka pierwszych stron przewinęłam od razu, bo były to jakieś grafiki, czy informacje z programów śniadaniowych czy właśnie blogi, generalnie bardziej popularno niż naukowe. Im dalej tym było więcej czysto naukowych opracowań. Dotarłam do video szkoleniowego wykorzystywanego na jednej z amerykańskich uczelni medycznych. To był ten moment kiedy internet powinien mi sie zepsuć albo żeby wystąpiła awaria prądu. Nic takiego się niestety nie wydarzyło. Pokazane było wszystko i to nie na animacji tylko to był film wraz z dogłębnym opisem (po raz pierwszy przeklinałam znajomość angielskiego :D). Widok tej igły mnie przeraził. Wpadłam w panikę! W ten o to sposób zafundowałam sobie 3 bezsenne noce i ogromną ilość stresu. Obiecałam sobie nigdy więcej! Po tym filmie, tak na wszelki wypadek, trzymałam się od komputera z daleka aby mnie nie kusiło, dlatego też piszę dopiero teraz.

Dzień punkcji. Pobudka przed 6. Prysznic, Ł. w tym czasie zjadł śniadanie, bo ja musiałam być na czczo (8godzin). O 6 :30 wyszliśmy z domu, aby mieć zapas czasu na jakiś korek albo inne  zdarzenie drogowe. Byłam tak zestresowana że podróż minęła mi pod znakiem mdłości i powstrzymywania łez. Na miejscu było już trochę lepiej, bo miałam się czym zająć. Mnóstwo papierków do podpisania, rozmowa z lekarzem. W tym czasie Ł. poszedł oddać nasienie. Wrócił do mnie, a po chwili poprosiła mnie położna. Szybki buziak i poszłam. Kazali się przebrać, założono mi wenflon, a w między czasie rozmawiałam z panią anestezjolog. Bardzo przyjemna kobieta. Śmiała się z mojego sposobu wypełnienia ankiety anestezjologicznej, napisałam wszystko nawet dawki witamy d i kwasu foliowego ;)
Zaraz po rozmowie poszłam na salę zabiegową. Do koszulki miałam przypięty identyfikator z moimi danymi który musiałam oddać embriologowi. Ręce tak mi się trzęsły, że nie umiałam go odpiąć. Położyłam się na tym stole/fotelu ginekologicznym. Przypięli mi nogi i usłyszałam od anestezjologa, że zaraz poda mi środki uspokajające i mam się nie przestraszyć, bo w między czasie lekarz zrobi usg. Ja już nie pamiętam jak on mnie dotknął. Odpłynęłam natychmiast. Obudziłam się już na łóżku, z podłączoną kroplówką. Przyszedł do mnie Ł i ze mną chwile posiedział. Podobno rozmawialiśmy, ale nie wiele pamiętam. w kroplówce była glukoza aby nawodnić i trochę dokarmić organizm. Normalnie po glukozie można już jechać do domu. Ja dostałam jeszcze lek przeciwbólowy i kroplówkę na podniesie ciśnienia, bo było stanowczo za niskie. Trochę tam poleżałam. W między czasie dowiedziałam się, że pobrali 12 jajeczek.

Jeszcze przed punkcją dostałam od lekarza kartę informacyjną ze sposobem przyjmowania leków, zaleceniami, informacją czym się martwić i numerem kontaktowym. Mówił, że on o tym wszystkim rozmawia przed  nie po bo z jego doświadczenia wynika że pacjentki chcą jak najszybciej wrócić do domu.

My wróciliśmy i poszłam spać. Byłam senna i trochę powoli mi się myślało po tych lekach przeciwbólowych. Generalnie czuje się dobrze. Dzisiaj brzuch trochę pobolewa, ale odpoczywam. Leżę lub siedzę i staram sie za dużo nie chodzić. Na stojąco boli bardziej. Nie mam żadnego krwawienia, jedyne co to pojawiło się lekkie plamienie ale to po zastosowaniu luteiny . Najwidoczniej musiałam coś podrażnić aplikatorem.

Rano dzwonili z kliniki na 12 komórek, tylko 6 była klasy M2, czyli tej najwyższej do zapłodnienia. Niby wystarczając, bo tylko 6 mogą zapłodnić, ale chcieliśmy pozostałe oddać do adopcji, być może komuś by pomogły. Transfer najpewniej w piątek. Jutro będą dzwonić z informacją jak tam nasza hodowla się czuje i ze szczegółami transferu.

Już tylko napisze kilka słów o lekach, bo wyszło mi trochę długaśne czytadło. A więc od wczoraj przyjmuję:
- Zamur 250 - co 12 godzin 1 tabletkę do końca opakowania (bodajże jest ich 10)
- Fragmin 5000 - zastrzyki podskórne, raz dziennie o tej samej porze.
- Luteina - 2 tabletki dopochwowo co 8 godzin

Lekarz mówił, że jeśli będę spięta i zdenerwowana przed transferem to mogę przyjąć relanium, ale jak narazie nie widzę takiej potrzeby. Jestem obecnie oazą spokoju. Nawet o nasze zarodki za bardzo się nie martwię, bo żyję w przekonaniu (może błędnym) że skoro dobra jakość moich jajeczek i plemników Ł to na szkiełku musi im się udać wyhodować piękne zarodki! 

czwartek, 7 lipca 2016

Na bogato

Wizyta na 18:30, czyli na spokojnie po pracy dojechałam do Katowic i miałam jeszcze godzinę czasu aby zjeść jakiś obiad. Nie wiem czy to jest reakcja na stres czy też na leki, ale jednego dnia mam wilczy apetyt a drugiego mdłości na samą myśl o jedzeniu. Trochę zaczyna mnie dół brzucha pobolewać.
Dzisiaj miałam wizytę u dwóch lekarzy, tzn jedna pani doktor wykonywała usg a druga analizowała i dobierała leki. Ta od leków to była Pani Ważna. Wizyta odbyła się w ten sposób, bo Pani Ważna prowadziła dziś szkolenie dla lekarzy z kliniki i przyszła tylko na chwilę aby przepisać receptę.
Pani od USG (sprawdziłam ją sobie w googlach, kilka lat temu obroniła prace doktorską z niepłodności i invitro, mam już ściągnięty ten dokument do przeczytania :D )była bardzo delikatna, początkowo nawet mnie zaskoczyła bo absolutnie nic nie czułam, a trochę się bałam ponieważ naczytałam się w internecie że takie usg w trakcie stymulacji jajników może nie być zbyt przyjemne. Jakież było moje zdziwnie gdy po bezbolesnej prawej stronie przesunęła głowicę na lewą stronę. Nie powiem, że bardzo bolało i nie dało się wytrzymać, ale było to uczucie na pograniczu dyskomfortu, a bólu.
Moje obawy, że trzeba będzie przerwać stymulację, bo nie wyhoduję nawet dwóch jajeczek ( takie są warunki w umowie) okazały się delikatnie mówiąc na wyrost. Okazało się, że bardzo dobrze reaguje na leki. Jajnik prawy jak do tej pory wyprodukował jajeczka o wielkości 11,11,12,13,14,15 i 19 , a lewy 9,10,13,14,14,15,17,19. Łącznie 15 :D Endometrium 9 mm. Teraz mogę się martwić, że endometrium będzie za duże do czasu transferu, albo że jajeczek jest tyle że się przestymuluje. Generalnie zostały moje jajniki pochwalone jako chętne do współpracy.
Kolejna wizyta w piątek. Dalej mam przyjmować Gonal f w dawce 150 jednostek (rano), a wieczorem Cetrotide. Te zastrzyki są już trochę bardziej skomplikowane i sama strzykawka wygląda dużo straszniej, ale damy radę.

piątek, 1 lipca 2016

Kolejny ważny krok

Jeszcze 48 godzin temu nie widziałam co będzie dalej. Jaki i kiedy będzie kolejny krok. Wizytę miałam umówioną na godzinę 18, czyli jechałam zaraz po pracy. Na szczęście droga Gliwice - Katowice to czysta przyjemność i niecałe 25 minut ;) Byłam trochę przed czasem, ale to nawet dobrze bo przy rejestracji była dość duża kolejka co mnie zdziwiło, bo dalej w poczekalni było tylko kilka osób.

Pani doktor stwierdziła, że szkoda iż nie wyszło, ale w takim razie trzeba działać dalej. Zapytała co sądzimy o in vitro i wypytała o kilka rzeczy. Po raz kolejny poprzeglądała nasze wyniki badań i stwierdziła, że jeśli jesteśmy gotowi możemy zaczynać od razu, bo wszystkie potrzebne badania mamy wykonane i są aktualne.  Od razu znaczy się od tego cyklu (wizytę miałam jak się okazało jego ostatniego dnia). Powiedziałam jej, że raczej myśleliśmy o kolejnym. Stwierdziła, że też dobrze, pozostawia to już naszej decyzji, ale ona by się skłaniała by spróbować już teraz. Decyzję swą argumentowała tym, że aktualnie cały czas (ale nie aż tak długi, by trzeba mu dać odpocząć) byłam na lekach i organizm jest zmotywowany do pracy i dobrze nafaszerowany wszystkim co potrzeba. Ustaliłyśmy, że pogadam z Ł. w domu, a receptę dostanę tak czy siak bo albo wykupię od razu albo za miesiąc. Szybkie szkolenie u położnej jak wykonywać zastrzyki i pełna emocji jechałam do domu.

O tym czy podchodzić do in vitro czy też nie, nie musieliśmy już z Ł. rozmawiać. Temat mamy przegadany od dawna. Tak na poważnie rozmawialiśmy o tym od momentu gdy pojechaliśmy do kliniki po raz pierwszy, rozmawialiśmy chyba o wszystkich aspektach tych zdrowotno/fizycznych, psychicznych jak i finansowych i naprawdę nie wiem co moglibyśmy sobie jeszcze powiedzieć więcej. Fakt boję się tego wszystkiego jak cholera, ale znam siebie i doskonale wiem że to wynika  z tego że ja urodziłam się tchórzem (mnie stresuje nawet wizyta u lekarza rodzinnego. Mam bardzo małą strefę komfortu i jestem raczej osobą skrytą, więc jeśli ktoś obcy, bo lekarz mimo iż znany to jest dla mnie obcy, wypytuje mnie o różne rzeczy i dotyka nawet w rękę to nie czuje się zbyt komfortowo, aczkolwiek pracuje nad tym by nie być dzikiem jak to Ł. mówi), a nie z tego że nie czuję się gotowa. Boję się też bólu, bo ja raczej z tych nie odpornych  i płaczących jestem.

Podjęliśmy decyzję i PRÓBUJEMY.

Próbujemy protokołem krótkim z antagonistą. Wczoraj wykupiliśmy leki. Gonal f 900. Mam go przyjmować codziennie rano od drugiego dnia cyklu przez 6 dni, czyli do 7 dnia (w dawce 150 jednostek) i tego samego dnia mam wizytę. To są zastrzyki, w takim penie jak do insuliny, wygląda strasznie i okropnie bałam się tego dzisiejszego porannego zastrzyku. Okazało się, że nie potrzebnie. Ł. tak mocno złapał mi brzuch, że ja nawet nie poczułam kiedy wbił się igłą :D Oczy miałam oczywiście zamknięte, więc się mocno zdziwiłam że już po wszystkim ;)

Tym sposobem musieliśmy trochę zrewidować nasze plany weekendowe, chcieliśmy jechać w góry pod namiot. Ze względu na to iż ten lek trzeba przetrzymywać w lodówce, namiot jest trochę problematyczny. Pojedziemy tylko na jeden dzień w sobotę (jeśli pogada da radę, bo na obecną chwilę prognozy dla Babiej Góry są średnie), to się nawet dobrze składa bo już umówiliśmy się ze znajomymi na sobotni wieczór :)