wtorek, 31 maja 2016

Na spokojnie o wyniku

Emocje po wczorajszym niepowodzeniu wróciły już do normy. Pewnie, nadal jest mi przykro, ale trzeba ruszyć dalej. Przed nami jeszcze inseminacja. Tym razem z innymi lekami, od 3 dnia cyklu zamiast Clostilbegyt mam brać lek o nazwie Lametta. Tak swoją drogą na receptę z kliniki zapłacę prawie 80 zł, a na receptę na NFZ około 7 zł.

W tym miesiącu brak ciąży jakoś szczególnie mnie zasmucił. Pewnie wynika to z faktu że w naszym dość bliskim kręgu znajomych urodził się jeden maluszek (tydzień temu),  a dwie kolejne dziewczyny są w ciąży. Ł mówi mi, że mam się tym nie przejmować i nie porównywać do innych, że mamy jeszcze czas, że w końcu się uda, a zmartwienie się niczemu nie pomoże, a tylko będę mniej szczęśliwa. Wiem, że ma rację. Do tego jeszcze jak byłam rano oddać krew, razem ze mną było 6 osób w tym 4 kobiety w ciąży i to tak zaawansowanej że miałam wrażenie iż zaraz urodzą przy tej ladzie w rejestracji. Oczywiście przepuściłam je w kolejce, jedna odmówiła z komentarzem że tu jest klimatyzacja a na zewnątrz nie więc chętnie poczeka jak najdłużej :-D Z reguły nie wierzę w jakieś znaki od losu, ale wczorajszego poranka naiwnie pomyślałam, że może jednak los daje mi znać że niedługo też będę miała taki okrąglutki brzuch.

Staram się znaleźć pozytywy ten sytuacji, kolejna inseminacja za około dwa tygodnie co daje nam dwa aktywne weekendy. W ten najbliższy zamierzam przejechać mnóstwo kilometrów na rowerze, a na następny marzą mi się góry. Najlepiej to Tatry i albo powtórzyć Świnice z zeszłego sezonu albo w końcu Rysy, na które się już wybieramy od kilku lat. Jednakże bardziej realne są Beskidy, dużo bliżej i pogoda mniej kapryśna. Też będzie fajnie :-) idealnie byłoby spakować duże plecaki i przenocować gdzieś w górach w bazie namiotowej. Bardzo lubię wypady pod namiot, ale w lesie a tym bardziej w górach z namiotem nas jeszcze nie było. Tak więc mam nadzieję, że pogoda nie spłata mi figla, bo wiadomo że i rower jak i górskie wycieczki po inseminacji to nie jest najlepszy pomysł.

poniedziałek, 30 maja 2016

Wynik

 Dzisiaj będzie krótko, bo emocje się we mnie kotłują, jutro już bardziej na spokojnie napiszę coś więcej. Dzisiejsza beta wykonana pełne dwa tygodnie po inseminacji to 0,35.

piątek, 20 maja 2016

3 dni po inseminacji

Wizyta z samego rana, jeszcze przed pracą. Tę porę lubię najbardziej. Nie ma tłoku w poczekalni, lekarze nie czują presji kolejki, panie w rejestracji też jakieś spokojniejsze i szerszym uśmiechem. Klinika budzi się do kolejnego dnia by wraz z pacjentami walczyć o ciąże, a bardzo często nie jest to walka prosta.
Wizyta o 8:30. Najpierw krótka rozmowa o tym moim plamieniu. Pani Ważna wytłumaczyła, że mało prawdopodobne aby to było po inseminacji. Szyjkę macicy miałam dobrze otwartą, a i na tym cewniku (czy jakkolwiek nazywa się to czym podają nasienie) nie było ani kropelki krwi. Mówiła, że to plamienie i dziwne uczucie w brzuchu może być oznaką że coś zaczyna się dziać, w dobrym tego słowa znaczeniu. W tym momencie szlag trafił moje nastawienie i nadzieja dostała motywującego kopa. Tym razem planowałam podejść do sprawy na chłodno. Dobrze wiem jakie są statystyki inseminacji, więc w spokoju ducha chciałam czekać na to co los przyniesie. Założenia były całkiem niezłe, ale jedno zdanie z ust lekarza zaburzyło mój plan.
W badaniu wszystko wygląda dobrze, mam ładne endometrium, a pęcherzyki pękły. Zmieniła mi trochę leki. Wieczorem dalej biorę luteinę dopochwowo, ale tylko jedną tabletkę, za to rano mam brać luteinę w innej formie – podjęzykowo i cierpliwie czekać do testu ciążowego 30 maja.
Od razu kupiłam tę luteinę pod język i w drodze do pracy ją zażyłam. Rany jakie to jest paskudztwo! Sam zapach odrzuca, a to uczucie w ustach gdy tabletka się rozpuszcza jest bardzo nieprzyjemne. Najgorszy jest ten posmak w ustach. Nie pomaga ani woda ani guma do żucia.

wtorek, 17 maja 2016

Inseminacja podejście drugie

W niedzielę około 11 zrobiłam sobie zastrzyk. Niestety sama bo Ł. od samego rana brał udział w wyścigu rowerowym. Ręce tak mi się trzęsły, że miałam problem utrzymać szklankę z wodą, no ale dałam radę :) W poniedziałek poszliśmy normalnie do pracy. Ł. miał być w klinice o 14:30 ja mogłam być trochę później i dobrze, bo i tak musiałam się urwać z pracy. Generalnie to byłam lekko podekscytowana i jakiś delikatny stresik się pojawił, ale tylko gdzieś tam z tyłu głowy.

Dojechałam do kliniki i razem z Ł. czekaliśmy aż lekarz poprosi nas do gabinetu. Do tego momentu wszystko przebiegało tak jak poprzednim razem. Ciężko mówić o rutynie za drugim razem, ale znajomość kolejnych kroków działa uspokajająco na mnie. Ł. rozdzwonił się telefon. Praca. Dość pilna sprawa, ustaliliśmy że poczeka ze mną, ale do gabinetu wejdę już sama a on pozałatwia pracowe rzeczy i spotkamy się na obiedzie już po wszystkim. Nadszedł ten moment. Przyszła położna i poprosiła mnie do gabinetu. Szybki buziak i każde z nas poszło w swoją stronę. Jakież było moje zdziwienie gdy zostałam zaprowadzona do pokoju ze szpitalnym łóżkami i łazienką. Dostałam granatową koszulkę (za chwilę jeszcze do niej wrócę) i kazano mi się przebrać. Ze zdziwieniem zapytałam czy to aby na pewno do inseminacji, bo ostatnio było zupełnie inaczej. Okazało się, że popołudniu w ten sposób przeprowadzają inseminację, ponieważ mają duże obłożenie pacjentów i nie chcą zajmować gabinetów na to leżenie po wszystkim. W sumie logiczne.

Rozebrałam się i rozpakowałam koszulkę którą dostałam, a raczej koszulę albo koszulisko. Ja jestem dość drobna, a to coś było gigantyczne. Rękawy miałam za łokcie, a na długość to dochodziło do kostek. Materiału po bokach starczyło by mi na 3 takie wdzianka. Zresztą widać to na zdjęciu.

Granatową dostałam w klinice, a ta szara to jest moja sukienka w rozmiarze XXS. Wcale nie jest obcisła, po prostu dobrze leży i sięga mi do kolan. Różnica jest  gigantyczna :D

Już przebrana zostałam poproszona na sale zabiegową i wtedy stres mnie złapał na całego. To była zwyczajna sala zabiegowo-operacyjna. Ze stołem operacyjnym, z całym tym sprzętem i wyposażeniem. Brr. Wiedziałam jak wygląda sama inseminacja, ale to otoczenie raczej nie wpływało na mnie uspokajająco. Położyłam się i przyszła Pani Ważna. Zrobiła co miała zrobić. Tym razem trochę bolało i po wszystkim leżałam 30 minut.

Przebrałam się w swoje ubrania, odebrałam kartę informacyjną. Pęcherzyki tym razem dwa, ale za to ładniejsze, bo nie aż tak duże, 24 i 20 mm. Endometrium 10,1 mm. Parametry nasienia Ł. tak jak poprzednio były bardzo dobre. Umówiłam się na wizytę w najbliższy czwartek, aby sprawdzić czy pęcherzyki pękły i pojechałam się spotkać z Ł. Zjedliśmy obiad i wróciliśmy do domu. Brzuch lekko mnie bolał, ale wiedziałam że tak może być. Miałam wziąć jedną nospę i odpoczywać. Jakież było moje zdziwienie gdy zauważyłam idąc pod prysznic plamienie. Włączyła się lekka panika. Wiem, że po inseminacji to się może zdarzyć, ale mimo wszystko jakoś niespokojnie się czułam. Pisząc ten post, ponad 24 godziny po inseminacji, plamienie nie ustało, chociaż jest bardzo delikatne to jakaś lampka alarmowa jest cały czas w mojej głowie włączona. Rozmawiałam dziś telefonicznie z lekarzem i kazał się nie martwić, odpoczywać i niczego ciężkiego nie podnosić. Gdyby plamienie się nasiliło albo zamieniło w krwawienie to mam dzwonić i zobaczymy. Mam nadzieję, że nie będę musiała wykonać tego telefonu i sytuacja się nie zmieni, no chyba że na lepsze :) Teraz czekam do czwartkowej wizyty i zobaczymy co dalej.

sobota, 14 maja 2016

Przygotowania do próby drugiej

Standardowo już po negatywnej becie odstawiłam progesteron i czekałam na okres. A mu się jakoś nie śpieszyło i pojawił się dopiero piątek tydzień temu, czyli 5 dni później niż powinien. Poza tym, że był spóźniony to był taki sam jak zawsze. Jakby organizm nie mógł jakoś sobie wynagrodzić braku ciąży przez nie skręcające z bólu miesiączki. Tak chociażby co druga była łagodniejsza to by mnie bardzo ucieszyło.
Tak jak poprzednio od 3 dnia cyklu przez 5 dni brałam clostilbegyt po dwie tabletki dziennie. Tak swoją drogą okres przyszedł w najgorszy możliwy dzień, bo plan był taki by na podglądanie umówić się 10 dnia cyklu, bo ostatnio w 11 miałam już wyhodowane giganciki. Niestety 10 dzień cyklu wypada jutro, czyli w niedzielę. Po krótkim namyśle umówiłam się na wizytę dnia 9. W między czasie pojawiło się trochę logistycznych problemów, bo Ł we wtorek musi służbowo wyjechać. To jest wyjazd z tych nieprzekładalnych i na drugi koniec Polski, a niestety gdy się prowadzi własną firmę to nawet zwolnienie lekarskie nie pomoże.  Tak wiec jechałam dziś w lekkim stresie czy uda nam się to jakoś ogarnąć. Na całe szczęście czas inseminacji nadejdzie  w poniedziałek po południu. Jesteśmy umówienie na 14:30. Wyhodowałam 2 ładne, ani za małe ani gigantyczne jajeczka. Tak w sumie to nie wiem czy to jest dobra ilość po Clo... Muszę o to zapytać następnym razem. Z tego szczęścia, że uda nam się w poniedziałek to kompletnie już nie zakodowałam w głowie wielkości tych jajeczek ani grubości endometrium. No trudno, w końcu ważne jest to że jest dobrze, a nie ile mają milimetrów :)
Dzisiaj miałam wizytę u Pani Ważnej, czyli decydującej o wszystkim i prowadzącej nasz przypadek. W poniedziałek też jesteśmy do niej umówieni. Mówiła mi dzisiaj o pewnym leku, a raczej chyba o suplemencie diety KLIK. Niepokalanek to jest jakieś zioło które z tego co czytam to ma prawie mistyczne właściwości. Powiedziała coś w stylu "nigdy nie wierzyłam w takie rzeczy, ale zaczęłam go polecać pacjentkom i są rezultaty". Ja jakoś mam mieszane uczucia, tzn z założenia mój mózg chyba musi zobaczyć twarde naukowe dane. Poza tym na opakowaniu napisali, że może powodować silne reakcje alergiczne i to dość dużą czcionką i z wykrzyknikiem. Objawy klasyczne, głównie wysypka i duszności tak więc mam trochę stracha, bo ja to lubię czasem sobie życie urozmaicić w taki sposób, a jakoś nie marzę o zastrzykach i maściach sterydowych. Ostatnio taką akcje miałam we wrześniu, na wakacjach w Grecji. Koszmarek jednym słowem. Wracając do meritum to może któraś z Was słyszała o tym Niepokalanku albo go stosowała ?
A no i trzymajcie kciuki z racji że Ł ten weekend spędza na sportowo i bierze udział w wyścigu biegowo rowerowym to ja jutro muszę sama sobie zrobić zastrzyk, brrr.. Mam stracha!

poniedziałek, 2 maja 2016

14 dni później...

Dziś mijają dokładnie dwa tygodnie od inseminacji. Dostaliśmy w klinice kartę informacyjną z naszymi danymi, godziną zabiegu, informacją o podanych lekach, jakości nasienia i innych takich. Na samym dole była sekcja o zaleceniach po inseminacji. Aby nie pić alkoholu, zrezygnować ze sportu przynajmniej przez pierwszy tydzień, prowadzić zdrowy tryb życia, przyjmować kwas foliowy i progesteron. Na koniec była dość kluczowa podana informacja aby wykonać test ciążowy 14 dni po inseminacji, czyli dzisiaj.

Standardowo już po progesteronie czułam się paskudnie, a do standardowych objawów doszedł jeszcze jak na mnie dość duży apetyt. Nie ma to jak mdłości i ogromna ochota na jedzenie w tym samym czasie :-D Ćwiczyłam swoją silną wolę i nie pozwalałam sobie na zbyt wiele. Jakoś nie marzyłam o nadprogramowych kilogramach i niemożności dopięcia niektórych sukienek. Ciekawość mieszała się z niepewnością i strachem przed niepowodzeniem przez te dwa tygodnie. W końcu nie wytrzymałam tego czekania i w piątek, 11 dni po inseminacji, poszłam zbadać poziom beta hCG.

Wyniki były po południu. 1,99.  Wiem, że to malutko, ale stwierdziłam że to dopiero 11 dni, a beta hCG wydziela się od 6 do 8 dnia po zapłodnieniu, które mogło się wydarzyć do 48 godzin po inseminacji. Wszystko sobie ładnie zracjonalizowałam i w ten oto sposób nadzieja została rozbudzona do granic możliwości. W tej małej radości żyłam całe dwa dni. Dzisiaj rano kolejne badanie, byłam przekonana że poziom tego magicznego hormonu wystrzeli w kosmos!  O 11 miałam wizytę, wyników jeszcze nie było. Badanie pokazało ładne endometrium, czyste jajniki i brak śladów jakiegokolwiek plamienia, więc cudowne wieści. Krótko po 15 dostałam maila że wyniki są dostępne. Poziom beta hCG 0,53. Zero złudzeń. Czas się pozbierać, bo ruszamy z tym wszystkim od nowa. Odstawiam luteinę i czekam na okres.