wtorek, 19 kwietnia 2016

Inseminacja

Przygotowania do inseminacji rozpoczęłam w niedzielę. Z samego rana o nieludzkiej porze coś koło 7 zadzwonił budzik, wyjęłam ovitrelle z lodówki i jeszcze na godzinę wróciłam do łóżka. Drugi budzik dzwonił o 8 i kilka minut później Ł. już się wbijał igłą w mój brzuch. Brr nienawidzę igieł! Cały dzień minął mi dość leniwie, hamak i książka czego chcieć więcej ;) Trochę się stresowałam nadchodzącym dniem. Bałam się że moje pęcherzyki pękną za szybko, albo że Ł nie zdąży naprodukować wystarczająco dużo pływaków od sobotniego wieczora.

W złączniku do umowy z kliniką była informacja że do zabiegu inseminacji wskazane jest mieć pełny pęcherz. Tę samą informację usłyszałam od lekarza w sobotę. Postanowiłam się do tego aspektu gruntownie przygotować. Poszperałam w internecie i wyszukałam takie informacje jak pojemność pęcherza, ile wody należy wypić i po jakim czasie powinien być pełny. Z racji, że do różnego rodzaju for internetowych mam dość ograniczone zaufanie to skupiłam się na stronach i opracowaniach ściśle naukowo medycznych. Znalazłam, przeprowadziłam testy i sądziłam że już wszystko o swoim pęcherzu wiem :D Byłam w wielkim błędzie ;)

Nadszedł poniedziałek i równo o godzinie 8 stawiliśmy się w klinice. Trochę papierologi i już lekarz sprawdzał jak tam moje jajeczka. Uff nie pękły. Za to jeszcze urosły, miały 29, 27 i 24 mm, a endometrium 11mm. Potem przyszedł czas na Ł. No i zaczęło się czekanie. Na obróbkę nasienia czekaliśmy godzinę. Im dłużej czekaliśmy tym ja byłam bardziej zdenerwowana. W między czasie okazało się że moje skrupulatne wyliczenia co do ilości wypitych płynów w odpowiednim czasie okazały się bardzo, ale to bardzo błędne! Poczułam się oszukana przez swój pęcherz :D tej wody było zdecydowanie za dużo, tak za dużo że miałam obawy że nie wytrzymam. W końcu nadszedł ten wyczekiwany moment i zostaliśmy zaproszeni do gabinetu. W czasie gdy ja wskakiwałam na fotel, pani doktor chwaliła Ł. że piękne plemniki naprodukował i to w dużej ilości. Co za ulga! Sama inseminacja trwała może 2 minuty. Było zupełnie bezboleśnie, gdyby nie wkładanie wziernika to nic bym nawet nie czuła. Po wszystkim poleżałam 15 minut na fotelu i do domu. W środę muszę podjechać sprawdzić czy wszystko pękło jak należy. Jak do tej pory zawsze pękało więc się tym nie stresuje. 

sobota, 16 kwietnia 2016

11 dc

Już od wczorajszego wieczora czułam lekkie poddenerwowanie dzisiejszą wizytą. Miałam obawy czy pęcherzyki urosły i ile ich będzie, czy nie będą za małe. Jakież było moje zdziwienie gdy usłyszałam, że mam aż 3 pęcherzyki i to o średnicy 22 mm. Widocznie alpejskie powietrze im służy i postanowiły zaszaleć ;) Ciekawa jestem jak to jest (muszę zapytać o to na następnej wizycie) oba jajowody mam drożne i wszystko jest w porządku z lewym jak i z prawym jajnikiem, a praktycznie zawsze takie ładne produkuje tylko prawy. Lewy też tam coś daje radę, ale raczej takie mikruski z niego wychodzą.Trochę są za duże te moje pęcherzyki... Pani doktor ma pewne wątpliwości czy wytrzymają do poniedziałku. No nic zobaczymy... a na razie plan jest taki. Z racji, że parametry nasienia Ł są bardzo dobre, a szkoda by było gdyby się okazało że wszystko mi do poniedziałku popękało i się zmarnowały tu cytat "takie piękne jajeczka" to dziś wieczorem miło spędzamy czas w łóżku. Jutro o 8 rano robię sobie zastrzyk, a w poniedziałek mocno zaciskając kciuki z samego rana pojawiamy się w klinice. Najpierw szybkie usg, a jeśli wszystko będzie dobrze to podchodzimy do inseminacji.
Tak więc cały weekend trzymam kciuki, żeby za szybko nic mi nie pękło! :)

wtorek, 12 kwietnia 2016

Wyjazdowo


No i wróciliśmy! Było bosko i bajecznie. Prawdę mówiąc taką typowo alpejską pogodę ze słońcem i błękitnym niebem mieliśmy przez 1,5 dnia, a tak to mgła, chmury , ale stoki każdego dnia były przygotowane rewelacyjnie. Byliśmy już w kilku miejscach na nartach i Cervinia jak do tej pory wygrywa. Szkoda tylko, że to jest 1507 km od domu. Trasy bardzo zróżnicowane, widokowo przepięknie Jeździliśmy i po włoskich jak i po szwajcarskich stokach... No i mieszkaliśmy przy samym stoku. Jeździło mi się tak dobrze, że przed ostatniego dnia coś mnie podkusiło pobawić się w snow parku, dobrze że to już była końcówka dnia bo efekty mojego skakania widać na zdjęciu powyżej :D Na szczęście nic poważnego, tylko skręciłam kciuk w prawej ręce (i tak jestem praworęczna :P), ale bolało okrutnie, teraz jest już lepiej, więc w piątek spędziłam czas z książką na stoku zamiast z nartami na nogach. Fajnie, że udało nam się wjechać na lodowiec po stronie szwajcarskiej, widoki z prawie 4000 m.n.p.m robią piorunujące wrażenie, tylko oddycha się tam paskudnie. A na schodach to każdy dostanie zadyszki.
W czasie wyjazdu nadszedł okres, zaczęłam brać Clo. Teraz w sobotę (w 11 dni cyklu) jadę pooglądać jak tam wszystko urosło i w poniedziałek podchodzimy do inseminacji. Na razie się tym nie stresujemy, bo zaległości w pracy, pranie po wyjeździe i codzienne życie bez sprawnego kciuka zajmuje tyle czasu że na stres go już nie starcza. Swoją drogą nie sądziłam że wyciśnięcie pasty lewą ręką albo zapięcie stanika to będę przeszkody prawie nie do pokonania.



Nasz widok z łóżka!






Zazwyczaj to mieliśmy takie widoki, ale wystarczy jeden dzień z błękitnym niebem i się o tym zapomina :)