piątek, 18 marca 2016

Let's get started!


Środowa wizyta już za mną. Odbyła się z lekkim poślizgiem, ale miałam z torbie super ciekawą książkę, więc czas całkiem przyjemnie mijał. O książce na pewno tutaj napiszę, ale najpierw muszę ją doczytać to końca.

Najpierw chwila rozmowy z panią doktor i hop na fotel. Wszystko wygląda dobrze, ale moje jajeczka nie rosną zbyt duże bez wspomagania ich lekami. Ustaliłyśmy, że czekam na okres (jakoś na początku kwietnia) i w 3 dni cyklu zaczynam brać clostilbegyt tym razem po dwie tabletki dziennie przez 5 dni. 10/11 cyklu umawiam się na kontrolne usg i wtedy też będziemy planować datę inseminacji, w zależności od wzrostu jajeczek. Ustaliłyśmy również, że do inseminacji robimy trzy podejścia góra cztery i nie więcej. Statystki po 3 próbie gwałtownie spadają, a powtarzając za lekarzem taka inseminacja to jest jednak duże obciążenie psychiczne dla organizmu, fizyczne zresztą też patrząc na to jak ja się czuję po luteinie.

Tak więc nadal czekamy, ale tym razem już na coś konkretnego. Zaczęło się coś dziać i to mi się podoba. Chociaż gdy w środę otwierałam drzwi do kliniki dopadł mnie jakiś taki stres czy nam się uda i czy wszystko pójdzie po naszej myśli. Przyczepiłam się do myśli, że nie pojedziemy na super wakacje bo będę w ciąży. Jakoś mimo iż znam szanse jakie daje inseminacje (wcale nie za duże) to jakoś mam takie wewnętrzne przekonanie, że to my będziemy tym pozytywnym przykładem,  że się udało.

poniedziałek, 14 marca 2016

Miesiąc przerwy

Gdy razem z Ł. zdecydowaliśmy o zrobieniu małej przerwy w staraniu się o maluszka to miałam mieszane uczucia. Wiedziałam, że muszę odpocząć i się zresetować, ale bałam się że będę miała ogromne poczucie straconego czasu. Za mną cały miesiąc spokojnego codziennego życia, bez wizyt w klinice, bez leków. Szczerze mówiąc nawet nie wiem kiedy w mijającym cyklu wypadły mi dni płodne. Nie było seksu pod tytułem "musi być dzisiaj i to najlepiej o tej godzinie", było spontanicznie wtedy kiedy naprawdę oboje mieliśmy ochotę. W zeszłym tygodniu dostałam okres i po raz pierwszy od dawna przyjęłam go spokojnie, bez żalu i bez łez.

Gdy podejmowaliśmy tą decyzję nawet nie wiedziałam jak mój organizm potrzebuje tej przerwy. Odpoczęłam. Wyspałam się. Jasne gdy budzik dzwoni rano mam ochotę udawać że nie słyszę, bo ciężko jest otworzyć oczy, ale w ciągu dnia nie jestem permanentnie zmęczona. Brak stresu i leków sprawił też że przytyłam i wróciłam do akceptowalnej przez siebie i lekarzy wagi. Dzięki temu też lepiej się czuję, nie jestem taka słaba. W sumie to nie znam zbyt wielu kobiet które się cieszą z 2kg na plusie :D Dla mnie 48kg jest wagą optymalną, nie czuję się za ciężka (jakoś 5 z przodu mnie przeraża przy wzroście 160 :P), a jednocześnie mam poczucie że się nie złamie przy większym wietrze.

W tym tygodniu wracamy na pole bitwy. W środę jadę na wizytę sprawdzić czy wszystko jest dobrze i zaplanować kolejne wizyty i zapewne przyjmowane leki. Po kolejnym okresie podchodzimy do inseminacji! W między czasie jedziemy na narty, już za 3 tygodnie będę się cieszyć alpejskim słońcem :)

Tak swoją drogą to zastanawiam się nad jakąś konsultacją u innego lekarza. Jestem zadowolona ze swojej pani doktor i ufam jej wiedzy medycznej, ale nie byłabym sobą gdybym nie chciała pokazać naszych wyników komuś innemu. Tak więc jeśli zagląda tutaj ktoś ze Śląska i ma do polecenia fajnego lekarza to bardzo proszę o informację albo tu w komentarzu albo mailowo niepozorna.marta@gmail.com

środa, 2 marca 2016

Ślub jak z bajki...


Piękna biała suknia wybierana przez kilka miesięcy, mnóstwo gości z rodziny i przyjaciół, piękne miejsce, pierwszy taniec, wspólne krojenie tortu, rzucanie welonem i tańce do samego rana. Tak w skrócie większość mi znajomych dziewczyn i kobiet (tych samotnych, w związkach i tych po ślubie już też) opisze swój idealny ślub i wesele. Czysta radość i sielanka..... brrr jak dla mnie czysty koszmar i to przez duże K.

Zaczęło się klasycznie pod koniec 2012 roku, bardzo romantycznie bo w Paryżu, w środku nocy pod wierzą Eiffla. Jego pytanie, moja odpowiedź, piękny pierścionek w dziecięcym rozmiarze ;) Po powrocie gratulacje od rodziny, przyjaciół, bliskich nam osób. Tak sobie żyliśmy tym naszym szczęściem aż do wiosny gdy zaczęły padać pytania co dalej, a my na to że w sumie to nie wiemy :D Ani Ł. ani ja nie mieliśmy żadnych marzeń dotyczących ślubu. Powiem więcej wszystkie imprezy tego typu to były dla nas raczej jak za karę niż z przyjemności. W końcu zebraliśmy się w sobie i ułożyliśmy (o my naiwni) plan działania. Ślub w 2014 roku, w grę wchodziły ciepłe miesiące od maja do połowy września. Zrobiliśmy listę kilku/kilkunastu fajnych miejsc w okolicy i poumawialiśmy się na spotkania. To był horror, po pierwsze oboje odnosiliśmy wrażenie, że każdy tylko patrzy jak tu nas naciągnąć na dodatkowe koszty (a im wyższej klasy restauracja tym sposoby były bardziej wyrafinowane). Generalnie nie mieliśmy ustalonego budżetu, ale gdy ktoś ewidentnie pasożytuje na przekonaniu iż to musi być wyjątkowo i idealnie to szlag jasny mnie trafiał. Drugim problem okazała się data, bo jeśli w weekend to nie wcześniej jak 2016, w tygodniu to może być 2015.

Po długich i szczerych rozmowach doszliśmy do wniosku że klasyczne podejście do tematu czyli ślub i duże wesele ani trochę nam nie odpowiada. Postanowiliśmy przełamać tradycję weselną i zorganizować zwykłe przyjęcie, bez tańców, dla najbliższych. Wybraliśmy datę 7 czerwca (egoistycznie pod wakacje w Tajlandii :D) poszliśmy do kościoła a później do restauracji zarezerwować termin. Z racji tego iż chcieliśmy restauracje na wyłączność z kilku względów (głównie organizacyjnych i przez wzgląd na liczbę gości) zaproponowano nam piątek. My bez problemów się na to zgodziliśmy. Mały problem był z księdzem i koniec końców zmieniliśmy kościół. Tak więc data 6.06.

Nadszedł czas na ślubne zakupy, z racji mojego mikro rozmiaru wiedziałam że będzie to sukienka szyta od podstaw. Wybrałam sobie salon i pojechałam z mamą. Według pani konsultantki byłam bardzo trudnym klientem. Z góry wiedziałam czego chcę. Długa, bez koronek, falbanek, cekinów, koła czy miliona halek i warstw. Im prościej tym lepiej. Przekonać do zmiany zdania się nie dałam. Tym sposobem sukienkę wybrałam po 30 min w pierwszy sklepie, podobno rekord :D

W tym naszym planie przewidzieliśmy też miejsce na znajomych, bo pomimo formy uroczystości był to dla nas ważny dzień. Rodzina ta najbliższa ( razem z nami 22 osoby) otrzymała klasyczne ślubne zaproszenia, natomiast znajomi (w liczbie ciut większej ;) ) otrzymali powiadomienie o ślubie kościelnym oraz zaproszenie na imprezę już po naszym powrocie z podróży poślubnej. Impreza planowana była w górach, przy ognisku. Całkiem na luzie.

Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że wszystkie te decyzje były słuszne. W dzień ślubu pogoda była bajeczna, w kościele poszło gładko, w restauracji było przyjemnie i tak rodzinnie bez pompy i zgiełku. W domu byliśmy grubo przed północą. Świętowanie ze znajomi też było fantastyczne. Wszyscy się dobrze bawili, a co najważniejsze my byliśmy szczęśliwi, bo jednak o to w tym wszystkim chodzi aby nie organizować tego dla innych, ale dla siebie.