piątek, 19 lutego 2016

Wietrzymy

Mijający tydzień był jakiś koszmarny. Jakiś taki zabiegany, nie wiem czy to tyle rzeczy mieliśmy do zrobienia czy jakoś tak nie ogarnięci byliśmy. No ale nastał piątek. W pracy trochę luźniej, więc jest też czas aby napisać co dalej będzie z naszą walka o maluszka.

Ostanie niepowodzenie i negatywny wynik testu ścięły mnie z nóg. Poczułam się jakoś tak beznadziejnie. Trochę czasu przepłakałam, ale dużo też rozmawialiśmy o tym co teraz robimy, co czujemy.

Wspólnie doszliśmy do wniosku, że trzeba zrobić sobie przerwę. Wywietrzyć głowy. Odpocząć psychicznie, bo takie porażki co 28 dni mogą człowieka w depresje wpędzić, a przecież chęć posiadania dziecka nie może zniszczyć naszej radości życia. Przede wszystkim jednak ja muszę odpocząć fizycznie. Zregenerować się. Przez ostatnie 5 cykli każdego miesiąca przez 15 dni brania leków czułam się fatalnie. Nie mogłam się wyspać (bo w każdej pozycji bolały piersi, a na plecach spać nie potrafię), całe dnie było mi niedobrze, bolał mnie brzuch. Czuję się już tym zmęczona. Robimy przerwę na 2 cykle, a w między czasie jedziemy na narty :)

Kolejnym naszym krokiem w leczeniu jest inseminacja. Mam co do niej mieszane uczucia, statystki nie są powalające. Opinie lekarzy też są podzielone, ale na obecną chwilę jest to nasz jedyny możliwy sposób. Do kliniki trafiliśmy w październiku. Mamy wykonane wszystkie możliwe badania, niczego nie trzeba leczyć. Na papierze wszystko wygląda idealnie... Lekarz mówi, że nie ma sensu próbować więcej razy z lekami (clostilbegyt, ovitrelle, luteina) i naturalnym seksem. Pozostaje inseminacja albo in vitro... A żeby móc podejść do in vitro trzeba mieć dokumentacje medyczną przynajmniej sprzed roku. Poza tym in vitro to już bardziej poważna sprawa, bardziej obciążająca organizm lekami i nie jest to takie hop siup i już. Tak więc zdecydujemy się na tą inseminację, bo może akurat my będziemy tym pozytywnym (ale strasznie niskim) procentem szczęśliwców którym się udało...

poniedziałek, 15 lutego 2016

Liebster award!

Nominacja od Uczucia Niechciane. Dziękuje bardzo! Ja nikogo nie nominuję, ponieważ tam gdzie zaglądam albo już pojawiły się takie posty albo blogi dostały już nominacje. Jest też kilka takich miejsc, w których raczej nie ma miejsca na taką zabawę. Natomiast jeśli ktoś by chciał dobrowolnie przejąć "pałeczkę" to na samym dole znajdziecie pytania :)

1. Pytania, które zawsze sprawiają Ci trudność?
Z całego serca nie znoszę pytań typu jakie trzy słowa do Ciebie najbardziej pasują. Koszmar każdego szkolenia i konferencji.

2. Schabowy czy czekolada?
Zdecydowanie czekolada!

3. Czy masz jakiś rytuał związany z blogowaniem?
Nie, zwłaszcza że zazwyczaj piszę pod wpływem emocji.

4. Z domu nie wyjdę bez...
...telefonu, szminki i pierścionka.

5. Gdyby można było cofnąć czas...
...to szybciej zaczęłabym pracować nad swoją pewnością siebie.

6. Najzabawniejsza wpadka...
To w sumie nie moja, ale z moim udziałem. Jakieś 2 lata temu jadę sobie spokojnie samochodem, standardowe dmuchanie na światłach... Pan policjant każe zjechać na bok i pokazać dokumenty. Torebka oczywiście w bagażniku, a w niej wszystko. Trochę to trwało zanim znalazłam prawo jazdy. Pan policjant patrzy i mówi "bo ja myślałem, że pani jest za młoda aby móc prowadzić samochód" :D tak dla jasności dodam, ze prawo jazdy posiadam od 9 lat!

7. Mam słabość do...
...książek.

8. Trafiasz szóstkę w totka i nie możesz znaleźć kuponu, jak reagujesz?
Przekopuje ponownie moją torbę jest 99,99% szansy że on tam jednak jest.

9. Największa ekscytacja...
Zawsze przed podróżą. Do tej pory największa ekscytacja była przed wakacjami w Tajlandii.

10. Nigdy...
Doświadczenie nauczyło mnie, żeby nigdy nie mówić nigdy ;)

11. A gdy w końcu spełnisz największe marzenie to...
... będę najszczęśliwszą kobietą na świecie, a i zapewne pojawi się kolejne największe marzenie.


Moje 10 pytań. Jeśli masz ochotę to zapraszam i zostaw proszę ślad w komentarzu. Bardzo chętnie przeczytam co Ci w głowie siedzi :)

1. Piwo, drink czy wino?
2. Książka czy film?
3. Wakacje na leniucha czy aktywnie?
4. Rower czy bieganie?
5. Ulubiona kuchnia?
6. Pończochy czy rajstopy?
7. Idealna randka to...?
8. Najfajniejsze miejsce do spędzania wakacji?
9. Posiadasz jakieś niezwyczajne umiejętności? (patent żeglarski, malowanie obrazów, gra na skrzypcach, prawo jazdy na ciężarówki itp.)
10. Najbardziej lubię...?

niedziela, 14 lutego 2016

Gorzki smak porażki

Środowy poranek. Pobudka kilka minut przed 6. Codzienny rytuał, wspólne śniadanie i Ł. wychodzi. Potem ja zaczynam się zbierać. Dzień jak zwykle, a jednak odczuwam pewne podekscytowanie i stres gdzieś mnie tam łaskocze z tyłu głowy. Z domu wychodzę kilka minut przed 8. Jadę do laboratorium, wyjątkowo jest tłok. Płacę i czekam w kolejce, w między czasie przepuszczam kobietę w ciąży (już tak dużej, że to pewnie tuż tuż) i mamę z kilkumiesięcznym maluszkiem. Myślę sobie to dobry znak. Generalnie jestem pozytywnie nastawiona i przekonana, że będzie dobrze.
W pracy dzień mija całkiem przyjemnie co jakiś czas odświeżam stronę z wynikami. Im dłużej czekam tym bardziej się denerwuje, ale dalej trwam sobie w swojej szczęśliwej bańce przekonana, że przez najbliższe 9 miesięcy ani na sekundę nie zostanę sama. Wybija 17 - czas do domu, a ja dalej nic nie wiem. Razem z Ł. odwiedzamy jego rodziców, zajadamy się plackami ziemniaczanymi i oboje czekamy na wynik.

Wychodzimy od rodziców i już pod autem patrzę na telefon i są! Uff nareszcie! Klikam pobierz, otwieram i oczom nie wierzę. Momentalnie widzę jak przez mgłę... Poziom betaHcg 0,39... Łzy same naszły do oczu i już tam zostały na cały wieczór. Zabolało jak nigdy. Musiałam się wypłakać. Ja to generalnie beksa jestem i jak uronię kilka (czasem i kilkaset ;) ) łez to mi lepiej. Długo się nie umiałam uspokoić. Ł. przytulał i starał się pocieszyć, wytłumaczyć. Miał całkiem niezłe argumenty, ale ja wtedy byłam cała na nie. Długo rozmawialiśmy, doszliśmy wspólnie do kilku ważnych wniosków, ale o tym innym razem.

Dziś już mi lepiej, poukładałam sobie w głowie. Przepracowałam ten niewypał. W czwartek znajomi zaproponowali krótki wypad do Wisły na narty w sobotę. Dobrze mi zrobiło takie oderwanie od codzienności i spędziliśmy naprawdę fajny dzień.

Mimo wszystko takie uczucie żalu gdzieś tam pozostało, a Ł. ostrzegał żebym się nie cieszyła na zapas...

poniedziałek, 8 lutego 2016

Pułapka

Za około 48 godzin (raczej ciut więcej niż mniej) będę znała już wyniki beta hcg. Na badanie idę w środę przed pracą. Mam ogromną nadzieję, że wyniki będzie pozytywny. Powiem więcej serce mi podpowiada że musi być dobrze, ale z doświadczenia wiem, że może być różnie. Zamiast radości mogą być łzy smutku, żalu i poczucia beznadziejności. Dlatego też staram się ostudzić swoje przekonanie że się nam udało, bo rozczarowanie wtedy chodź odrobinę mniej zaboli.

Razem robimy wszystko by nie wpaść w pułapkę starania się o dziecko. Mam koleżankę, która jest na podobnym etapie i ona nie planuje przyszłości, bo może będzie wtedy w ciąży. Ogromnie jej tego życzę, tylko że nie do końca rozumiem takie podejście.
Moja ciąża ucieszy mnie jak nic innego, ale nie chcę rezygnować z życia przez potencjalną ciążę. Takie życie od wizyty do wizyty, z odliczaniem dni cyklu jest wystarczająco niefajne, a więc trzeba robić wszystko by poniekąd korzystać z tej "wolności" jaką daje nam bycie tylko we dwoje. Dlatego też na kwiecień mamy zaplanowany wyjazd do Włoch na narty. Jeśli będę do tego czasu w dwupaku to super, wtedy albo pojedziemy razem i ja będę wdychać świeże alpejskie powietrze i odpoczywać albo Ł. pojedzie sam. Żaden problem. Na długi weekend majowy zastanawiamy się nad Sycylią i kursem kitesurfingu i ponownie jeśli będę w ciąży i będzie wszystko dobrze i lekarz wyrazi pozytywną opinię pojedziemy razem albo zrezygnujemy z wyjazdu. W ten sam sposób planuje nasze weekendy gdy będzie już ciepło, mam obmyślonych kilka wycieczek rowerowych i górskich wypraw. Jedyna rzecz którą odłożyliśmy to wakacje letnie. Marzył nam się rejs statkiem po ciepłych morzach. Nie odrzuciliśmy całkowicie tego pomysłu, ale postanowiliśmy trochę poczekać. Zawsze jest też fajnie zapakować rzeczy do bagażnika i spędzić fajne dwa tygodnie np. w Chorwacji bez żadnego większego planu. Spędziliśmy już tak jedne wakacje i było naprawdę fajnie. Podsumowując posiadanie dziecka jest naszym największym marzeniem, ale nie chcemy przestać cieszyć się życiem w oczekiwaniu na jego spełnienie....

wtorek, 2 lutego 2016

Aż strach myśleć...

Gdybym miała podsumować zeszły tydzień to minął mi pod znakiem jeżdżenie do kliniki. Wizyty miałam w poniedziałek, środę i piątek. Każdego dnia u innego lekarza. Mam jedną panią doktor, która zleca wszystkie badania itp, jest moim lekarzem prowadzącym, ale ciężko by mi było na każdą wizytę umawiać się do niej. Jeśli tylko jest taka możliwość to staram się umawiać albo przed albo po pracy. Pracuję od 9-17, a potrzebuje 30-40 minut aby dojechać, więc to nie daje wielkiego pola manewru przy wyborze lekarza. W końcu to wszystko jedno który zobaczy czy już pęcherzyki pękły.... a w tym miesiącu jakieś takie uparte były.

Poniedziałkowa wizyta - jeden piękny pęcherzyk z prawej strony, w domu zastrzyk na jego pęknięcie i do dzieła ;) W  środę byłam umówiona na 8 - kontrola pęcherzyka i badanie wrogości śluzu. Taki seks zaraz po przebudzeniu przed 6 rano to hmm powiedzmy że raczej tego nie powtórzymy... Wyniki wyszły dobre, na całe szczęście nie zabijam w sobie plemników, ufff. Trochę zmartwiły mnie pęcherzyki, bo poniekąd znikąd pojawił się drugi z lewej strony, a ten z prawej jeszcze nie pękł. Był na granicy ale trzymał się dzielnie. Tak więc musiałam podjechać znowu w piątek. Tym razem okazało się, że wszystko pękło i jest ciałko żółte. Standardowo dostałam progesteron. Tylko, że tym razem w większej dawce (nie 100, a 200mg/dobę). Tak więc od piątku zaczęło się czekanie. 10 lutego mam zrobić test.

W poprzednim miesiącu byłam negatywnie nastawiona, byłam przekonana że nic z tego tym razem nie będzie i rozczarowanie negatywnym wynikiem testu ciążowego też było przez to niewielkie. Teraz jest inaczej. Czuję iskierkę, a właściwie to całą iskrę, nadziei. Doskonale wiem, że to jest dużo za wcześnie na jakiekolwiek objawy, a te które są to z powodu leków. Źle się czuję po tym progesteronie, mam mdłości, jestem senna, bolą mnie piersi i czuję się jakaś taka spuchnięta na brzuchu. To wszystko występowała też poprzednimi razami, ale jednak trochę inaczej się czuję... Wiem, że to jest irracjonalne, ale mój zwykle ścisły umysł trzymający się faktów i twardych danych jakoś w tym miesiącu płata mi figle i rozbudza nadzieje na pozytywny wynik...