wtorek, 26 stycznia 2016

Farmaceutyczny przekręt ;)

Czekając na wczorajszą wizytę w klinice zastanawiałam się nad tym co jest najważniejsze w leczeniu niepłodności. Czasu miałam sporo gdyż po raz pierwszy wizyta przesunęła się o całą godzinę. Sama wizyta przebiegłą bezproblemowo, pęcherzyki pięknie rosną tak więc od razu wczoraj wieczorem Ł.  zrobił mi zastrzyk na ich pęknięcie. W środę rano wracam na kolejne badanie. Sprawdzić czy pękły oraz będziemy badać wrogość śluzu. Muszę w klinice być najpóźniej 6 godzin po stosunku, wizyta przed 8 rano czyli czeka nas jutro wczesna pobudka ;)

Wracając do meritum, czyli co jest najważniejsze aby móc stawić czoła niepłodności. W przypadkowej kolejności oczywiście:
- zdanie sobie sprawy z problemu i chęć jego rozwiązana, niby oczywiste ale dość często słyszę chciałabym, ale się boję
- wybranie dobrej kliniki/lekarza i nie mówię tu tylko o rankingach skuteczności (chociaż dla mnie to też było ważne), czy kompetencjach lekarza, ale o poczuciu zaufania i wiary w osobę która jest odpowiedzialna za proces diagnostyki i leczenie. Nie można się przecież cały czas zastawiać czy aby na pewno to badanie jest potrzebne, dobre leki i czas ich przyjmowania. Trzeba ufać.
- wsparcie i zrozumienie. Dla mnie największym wsparciem jest Ł. Oboje nie mamy problemu rozmawiać szczerze i otwarcie, bez jego wsparcia było by to wszystko dużo trudniejsze.
- kwestie finansowe. Nie ma co się oszukiwać, leczenie niepłodności, zwłaszcza przy obecnej polityce rządu, kosztuje i to dużo.
Właśnie kwestie finansową chce dzisiaj rozwinąć, ponieważ kilka dni temu odkryłam jak te koszty są poniekąd sztucznie pompowane. Kosztów z naszym leczeniem nie podliczam, bo uważam że nie ma to  jakiegoś większego sensu. Jesteśmy w tej dobrej sytuacji, że nie musimy się tym przejmować. Brak refundacji in vitro (mimo iż nie jesteśmy jeszcze na tym etapie) nie boli mnie wcale, bo dobrze wiem że bez najmniejszego problemu podołamy finansowo, ale wkurza mnie to strasznie, bo wiem że są pary które bez refundacji nigdy nie zdecydują się na in vitro , a to się przecież wszystkim niepłodnym i chętnym parą należy! To nie powinna być decyzja stać mnie czy nie, a raczej czy chcę tego czy nie. Jednak mniejsza z tym, koszt jednej procedury in vitro w większości klinik jest dość podobny i stały. Nie ma większych możliwości by to mniej kosztowało.




Pozornie na zdjęciu są dwa różne leki. Numer pierwszy to Lutinus, a dwójeczka to Luteina. Pierwszy jest produkowany w Niemczech i tylko sprowadzany do Polski, drugi natomiast jest w 100% polskim lekiem podrukowanym przez grupę Adamed - swoją drogą jeden z moich wymarzonych pracodawców, czekam aż otworzą coś na Śląsku :D . Pierwszy za 21 globulek kosztuje (w zależności od apteki) 190-220 zł, a drugi za 60 globulek niecałe 7 zł. Tak 7 zł! Było o różnicach teraz będzie o podobieństwach. Oprócz nazwą handlową, wyglądem opakowania oraz ceną te globulki absolutnie się niczym nie różnią. Po 100mg progesteronu na globulkę. Odrobinę różnią się składnikami pomocniczymi ale (jestem chemikiem, a konsultowałam to jeszcze z kilkoma lekarzami i farmaceutą) nie ma to żadnego znaczenia na ich działanie, wchłanianie się czy cokolwiek innego. To tak jakby jedna osoba słodziła kawę cukrem sypanym, a druga cukrem w kostkach, efekt ten sam! W życiu bym na to sama nie wpadła, grzecznie z receptą chodziłam do apteki i tyle. Za drugim razem postanowiłam sprawdzić ile ten lek kosztuje w hurcie, tzn ile za niego płaci apteka. Z faktu że oboje moich rodziców pracuje w służbie zdrowia i z tego powodu znają całe mnóstwo lekarzy innych specjalności i farmaceutów postanowiłam spróbować. Gdy tata do mnie zadzwonił po co ja biorę tak drogie leki i wytłumaczył co i jak to prawie z krzesła spadłam. Początkowo myślałam, że się pomylił, ale przestudiowałam ulotki i doczytałam w książkach to naprawdę jest jedno i to samo. W całej tej sytuacji najbardziej denerwujący jest fakt że ani lekarz w klinice ani żadne farmaceuta (byłam w kilku aptekach, bo dostać ten Lutinus to nie taka łatwa sprawa) nawet się nie zająknął że jest polski odpowiednik za ok 3%ceny.

czwartek, 21 stycznia 2016

Londyn

Początkowo plan był taki, że wczoraj po pracy usiądę i napisze co mi po głowie chodzi. Jednak z komputerem wygrała siłownia, w sumie to dobrze. Ruch to zdrowie, ale dziś nóg nie czuje ;) Tak więc zacznijmy od początku...

Od 4 stycznia czyli to był 15 dzień cyklu po wizycie kontrolnej wróciłam do brania Lutinusa. Objawy były te same co zwykle: senność, nudności, obolałe piersi. Jednym plusem tej sytuacji było to, że piersi się nieznacznie (co przy niewielkim biuście jest zauważalne od razu) powiększyły ;D. Tak mi minęło całych 10 dni. 14 stycznia rano przed pracą szybkie badanie krwi i niecierpliwe oczekiwane na wyniki bety. Niestety wieczorem okazało się, że i tym razem nic z tego... To był chyba pierwszy raz kiedy przyjęłam tą wiadomość ze spokojem i stwierdzeniem "następnym razem". A to wszystko dlatego, że gorycz porażki osładzała mi wizja weekendu w Londynie, bo już za kilka godzin mieliśmy jechać na lotnisko.

Pobudka w piątek przed 4 zdecydowanie nie należała do przyjemnych, co tu ukrywać klęłam na czym świat stoi po co mi było rezerwować lot o 6 rano!!! Na szczęście na lotnisko mamy tylko pół godzinki, a i odprawiliśmy się przez internet, więc wszystko poszło sprawnie. Lądowaliśmy na lotnisku w Luton i początkowo do Londynu chcieliśmy jechać pociągiem, ostatecznie wybraliśmy jednak autobus. Przede wszystkim był o połowę tańszy (w dwie strony dla dwóch osób jakoś 36 , a pociąg 74), a jechał tylko półgodziny dłużej. Nie bez znaczenia był też fakt, że do autobusu musieliśmy tylko wyjść z budynku, a na pociąg jeszcze podjechać. Dotarliśmy na dworzec autobusowy Vitoria Station. Nocleg mieliśmy zaraz przy wejściu do Hyde Parku, ale od drugiej strony niż się znajdowaliśmy. Szybkie spojrzenie na mapę i zdecydowaliśmy iż jest ładna pogoda i idziemy na piechotę. To był jednak kawał drogi! A że to ja postanowiłam być naszym nawigatorem to trochę nam wydłużyłam trasę... Hyde Park nas zauroczył! Koniecznie musimy tam jeszcze wrócić latem albo wiosną. Byłam zachwycona do momentu jak zobaczyliśmy nasz hotel, i hmm po raz pierwszy booking.com tak nas rozczarowało. Pokój nie był zbyt dokładnie posprzątany, w łazience pęknięte lustro, jakieś kable wystające ze ściany za łóżkiem. Taki mały koszmarek. Postanowiliśmy się tym nie przejmować i wyruszyć na zwiedzanie miasta. Zaczęliśmy (ponowie) od przejścia przez Hyde Park i trafiliśmy do Muzeum Historii Naturalnej. Zrobiliśmy koncepcyjny błąd i oddaliśmy kurtki do szatni. Nie przewidzieliśmy, że prawie nikt tego nie robi i temperatura w środku jest ustawiona pod ludzi w kurtkach. Zwyczajnie zmarzłam. Muzeum było ogromne, wyposażone niesamowicie, aby dokładnie obejrzeć wszystkie eksponaty to jeden dzień to za mało. Gdy wyszliśmy z muzeum już się robiło ciemno, więc przeszliśmy się pod pałac Buckingham, później Big Ben i London Eye. Wieczór zakończyliśmy w przyjemnej włoskie restauracji właśnie w pobliżu London Eye. Niestety mieliśmy pecha, ponieważ od 11-22 stycznia jest przeprowadzana doroczna kontrola stanu technicznego.

Kolejny dzień ( a jakby inaczej) zaczął się od spaceru Hyde Parkiem do pałacu Buckingham. Załapaliśmy na zmianę warty. Trzeba przyznać że robią to z pompą. Później ponownie wróciliśmy pod Big Bena, swoją drogą dużo bardziej podoba mi się w ciągu dnia niż nocą. Pokręciliśmy się po okolicy i zachodnim brzegiem Tamizy ruszyliśmy do Tate Modern. Spędziliśmy tam kilka chwil i szczerze mówiąc poza nielicznymi wyjątkami ciężko jest mi docenić rodzaj sztuki tam prezentowany. Przeszliśmy Milenium Bridge na drugą stronę rzeki i szliśmy aż do Tower Bridge. Najsłynniejszy most w Europie robi bardzo przyjemne wrażenie. Jest po prostu piękny. Ten kontrast pomiędzy tak starym zabytkiem ,a  nowoczesnymi budynkami dookoła też robi pewnego rodzaju klimat. Wypiliśmy kawę i ruszyliśmy w drogę powrotną. Tym razem już tylko zachodnim brzegiem rzeki. Dzień zakończyliśmy ponownie pod London Eye z kubkiem cydru wypitym przy ognisku. Do hotelu wróciliśmy już metrem.

Nasz trzeci i ostatni Londyński dzień rozpoczęliśmy spacerem, tak tak znowu ten Hyde Park, na dworzec, aby w depozycie zostawić nasz bagaż. Tylko podręczny, ale zawsze wygodniej jest zwiedzać bez dodatkowego balastu. Z dworca poszliśmy na Trafalgar Square. Niestety w niedzielę pogoda przestała nam służyć (poprzednie dwa dni non stop świeciło słońce i było błękitne niebo) i po dojściu na miejsce ponad godzinę spędziliśmy przy kawie i ciastkach. W sumie przez przypadek weszliśmy do Galerii Narodowej i żałowaliśmy że mamy już tak nie wiele czasu. Do tego muzeum napewno będę chciała jeszcze wrócić. Przeszliśmy się kawałkiem chińskiej dzielnicy oraz Oxford Street i wsiedliśmy w metro. Wróciliśmy w okolice Muzeum Historii Naturalnej , bo chcieliśmy jeszcze zajrzeć do Muzeum Nauki. Powiem krótko warszawki Kopernik nawet się nie umywa do tego miejsca. Fanatycznie tam było, niestety mieliśmy tylko 40minut. Szybki spacer na dworzec i już wsiadaliśmy do autobusu na lotnisko. Podróż minęła bardzo szybko, bo ją przespałam ;) Na lotnisku bez problemu przeszliśmy przez kontrolę bezpieczeństwa co dało nam chwilę na szybkie zakupy. Lot miał być 20:20, krótko przed 20 spojrzeliśmy na tablicę aby sprawdzić w którą stronę mamy się udać do samolotu, a tam niespodzianka. Zamiast numeru bramki informacja, że lot jest opóźniony. Ostatecznie wylecieliśmy krótko po 23. Samolot Londyn-Katowice był opóźniony z powodu śniegu w ... Rumunii :D

Podsumowując londyński weekend był bardzo przyjemnym i fajnym sposobem aby oderwać się od codzienności, pracy, walki z niepłodnością. Gdybyśmy mieli teraz możliwość zamieszkania gdzieś za granicą to Londyn był by naszym pierwszym wyborem. O ile ja bym nie miała problemów z zostawieniem mojej tutejszej pracy i poszukiwaniu nowej o tyle Ł. raczej by miał ciężko przenieść swoją firmę do innego kraju, ale nigdy nic nie wiadomo ;)

niedziela, 10 stycznia 2016

Czasem mam ochotę krzyczeć!!!

Z faktu że staramy się o maluszka i leczymy w klinice nie robimy tajemnicy. Wiedzą nasi rodzice, przyjaciele. Z niektórymi rozmawiamy bardzo otwarcie i doskonale wiedzą na jakim etapie jesteśmy i co aktualnie w tym temacie się u nas dzieje, a niektórzy tylko wiedzą bez zbędnych szczegółów.
Osoby należące zazwyczaj (ale nie tylko) do tej drugiej grupy często naszą sytuacje kwitują jednym z następujących stwierdzeń: "za bardzo chcecie", "gdzie wam się śpieszy, na wszystko przyjdzie pora" "jak przestaniecie się starać to zaraz będziesz w ciąży, pojedziecie na wakacje to przestaniecie o tym myśleć i na pewno wrócisz w ciąży". Jak to słyszę to mam ochotę krzyczeń i tupać nogami ze złości.

Po prostu szlag mnie trafia, bo co to ma znaczyć że za bardzo chce? Jak to jest za bardzo chcieć? To znaczy, że bez problemu w ciąże zachodzą tylko te kobiety, które tego nie chcą. No i gdzie jest ta magiczna różnica pomiędzy chcieć, a za bardzo chcieć... Ja jej jakoś dostrzec nie umiem.

W pełni się zgadzam, że na wszystko przyjdzie pora i my właśnie doszliśmy do wniosku, że ona nadeszła teraz. Wiem, że dla wielu moich koleżanek ze studiów na dziecko jest jeszcze za wcześnie, że średni wiek na porodówkach to raczej po 30, ale na co mam czekać? Ja mam 27 lat, Ł.30, znamy się 9 lat, od ponad 3 mieszkamy razem. Mamy bardzo stabilną sytuację finansową, więc też nie musimy czekać na jakąś stabilizację czy martwić się kredytami na 50 lat. Nie uważam, że podjęliśmy tą decyzję pochopnie, przemyśleliśmy wszystkie za i przeciw, tak więc to jest nasza przemyślana i świadoma decyzja. Poza tym istnieje jeszcze coś takiego jak instynkt macierzyński ,a to nie jest budzik w telefonie który można wyłączyć albo ustawić drzemkę.

Mój faworyt: wystarczy przestać myśleć, zrelaksować się i wyjechać na wakacje, a ciąża pojawi się jak za dotknięciem magicznej różdżki. Oj ile bym dała żeby to było takie proste! Nie wiem co daje ludziom wiedzę i kompetencje w wyrażaniu takich opinii, ale moim zdaniem skoro się człowiek stara i nie wychodzi to raczej ciężko będzie "załapać" przypadkiem, jeśli nie będzie wiadomo kiedy są dni płodne i czy np jajeczka pękają. Doskonale wiem, że stres jest przeciwnikiem płodności i wakacyjny relaks może być pomocny. Próbowaliśmy. Dwukrotnie. Nie były to wyjazdy pod hasłem jedziemy i robimy dziecko, tylko zwykły urlop żeby oderwać się od pracy, obowiązków domowych. Nie było wtedy testów owulacyjnych czy patrzenia w kalendarz po prostu cieszyliśmy się sobą. Nie wyszło, ale wakacje były super :)

Osoby które wyrażają te opinie w większości mają jedną wspólną rzecz... są już rodzicami.