poniedziałek, 21 listopada 2016

Półmetek

Półmetek ciąży już za mną. We wtorek tydzień temu stuknął mi 20 tydzień, wtedy też byliśmy na całościowym przeglądzie Maluszka. Pani doktor sprawdziła wszystko od czubka głowy po paluszki u stóp. Piękną mamy dziewczynkę :) Tydzień temu ważyła ok 340 g. Rozwija się prawidło. Łukasz się śmieje, że charakter ma po mnie, bo uparta jak osioł :D Z tego badania można mieć fajną pamiątkę w postaci filmu, warunek jest tak taki że dzieciaczek musi chcieć współpracować. Nasz nie wykazywał takiej chęci. Pani doktor dość mocno próbowała zachęcić Malucha do zmiany ułożenia, ale nic z tego. Twarz wtuliła w łożysko i jedne co to udało się zrobić kilka zdjęć i to też widać na nich tylko pół twarzy. Zaskakujące jest to, że podczas badania w ruchu i to dość intensywnym były wszystkie kończyny. Nogi ciężko było uchwycić aby policzyć paluszki u stóp, a i ręce mocno rozrabiały aby na koniec wylądowały przy twarzy co już całkowicie zasłoniło widok ;) Tak więc Dziewczynka rusza się mocno, a ja ledwo co czuję. Wieczorem jak się położę to i owszem COŚ tam poczuje, ale głowy bym nie postawiła że to mój lokator.
W połowie ciąży na plusie mam 5 kg. Brzuszek rośnie jak szalony, piersi trochę wolniej ale też zauważam postępy. Intensywnie smaruje się różnymi kremami, balsamami, bo jakoś wkręcił mi się lęk przed rozstępami. Głęboko wierze w to że uda mi się ich uniknąć. Mdłości i wymioty to na szczęście już przeszłość. Nadal też nie wiem jakie to uczucie posiadania zgagi. Tylko plecy mnie bolą i po całym dniu trochę nogi puchną. I to też tak dziwnie, bo powyżej kostki do kolana, łydki wtedy wyglądają gdybym miała na nich cellulit.
Tak się przyjemnie złożyło, iż tydzień temu byliśmy na usg połówkowym, a teraz w czwartek mam zwykłą wizytę, więc tylko 10 dni przerwy w podglądaniu.
Jak na razie mój plan z pracą do świąt wydaje się być w miarę realny. Jasne czasem mi się nie chce, bo miałam ciężką noc, albo po prostu mam gorszy dzień, ale jakoś nie chcę jeszcze rezygnować. Zwłaszcza, że od 1 grudnia będę pracować już tylko po 6 godzin i odejdzie mi parę obowiązków, więc też luźniej będzie. 

sobota, 12 listopada 2016

Wieści z chorobowego frontu

Listopad w tym roku nam nie służy. Za oknem przeważnie szaro, buro i ponuro, a rano trzeba szyby w aucie skrobać. To znaczy trzeba by było gdybym rano wychodziła z domu. Od ponad tygodnia siedzę w domu i choruje. Dopadło mnie przeziębienie, ale nie takie zwykłe. Bolą mięśnie, głowa pęka, gardło boli tak jakbym miała w nim ze sto żyletek, a o oddychaniu nosem mogę zapomnieć. Na szczęście jest już lepiej, a i gorączka nie wzbiła się wyżej niż 37,5. Najgorzej było nocami, bo dusiłam się w pozycji leżącej. Oddychać umiałam tylko na siedząco, więc kilka nocek zaliczałam właśnie w tej pozycji.
Wszystko oczywiście konsultowane z lekarzem i ginekologiem. Nawet dostałam jakieś leki dla kobiet w ciąży i już wychodzę na prostą. Niby byłam całymi dniami w domu i odpoczywając miałam milion pomysłów na różne posty, ale już sił na napisanie czegoś logicznego było zdecydowanie zbyt mało. No ale mamy długi weekend, mi już lepiej, aczkolwiek dalej chusteczki muszą być na wyciągnięcie ręki :)
Maluszek na szczęście miewa się doskonale. Dalej kiepsko czuję ruchy, ale wieczorem jak już się położę, to COŚ czuje. To pewnie dzieciaczek, ale to jest takie delikatne jakby gazy w jelitach, ale nie do końca. Ciekawa jestem kiedy nabiorę pewności, że to dzieciaczek rozrabia. Zobaczymy co powie pani doktor na wizycie, a to już nie długo. W najbliższy wtorek idziemy na drugie badania prenatalne. Trochę się nimi stresuję czy aby na pewno wszystko na 100% jest dobrze, ale mam w sobie dużo większy spokój niż przed pierwszymi.
Wracając do niezbyt dobrego listopada.... W zeszłym tygodniu mieliśmy awarie w domu z kaloryferem i wodą w tle. Pewnego popołudnia spokojnie podgrzewam obiad w kuchni i nagłe słyszę takie jakieś dziwne dźwięki zakończone donośnym syknięciem i szum wody. Pierwsza myśl coś się stało z pralką w łazience. Nic się nie dzieje. Patrzę do pokoju a tam fontanna. Wystrzelił zawór z kaloryfera. Jakim cudem to nie wiem, nikt do tej pory nie jest wstanie stwierdzić co było przyczyną. Woda tryskała na maksa, do tego stopnia że nie byłam w stanie nakręcić z powrotem tego zaworka, szybko tylko poniosłam komputer na biurko i odłączyłam prąd, a w dziurę kaloryfera wsadziłam palec ;) Idealnie pasował. W między czasie do domu wrócił Ł, ale w jednym pokoju wody, zanim zatkałam źródło wycieku, było już po kostki. Zbieranie wody, osuszanie, wycieranie. Ł. musiał wynieść meble z naszego jeziorka, trochę to trwało zanim mieliśmy suchą podłogę. Na całe szczęście strat żadnych. Na ścianie nic nie widać, komputer przeżył kontakt z wodą, najbardziej baliśmy się o podłogę, bo w całym mieszkaniu mamy parkiet i już mieliśmy wizję, że nam go wybije od tej wilgoci. Minął ponad tydzień i wszystko jest w porządku, bo remont podłogi to jest ostatnia rzecz na którą mam teraz ochotę. Zresztą o sprawach budowlano-remontowych będzie następnym razem, Tymczasem porzucam klawiaturę i wracam pod kocyk zajadać owocki :)

piątek, 21 października 2016

Podsumowanie

Do napisania tego posta zbieram się już od kilku dni, ale jakoś natchnienia brak, a pogoda za oknem raczej nie pomaga. Zresztą gdy wracam z pracy to już tylko zjem obiad i uprawiam w pełni zasłużone nic nieróbstwo na kanapie :)

Dzisiaj jest jednak dobra okazja by coś napisać. Kilka minut po 6 Ł. zrobił mi ostatni zastrzyk!!! Koniec z kłuciem! :) Od 30 czerwca mój brzuch był kłuty codziennie, a przez jeden tydzień nawet po dwa razy. Tak więc okazja do świętowania jak najbardziej słuszna :)

Gdy ponad rok temu wybieraliśmy klinikę leczenie niepłodności byłam pełna obaw. Nasz wybór padł na GynCentrum w Katowicach i teraz już wiem, że to był trafiony wybór. Wydaje mi się, że miałabym takie same odczucia nawet gdyby nie powiodło nam się z pierwszym podejściem do in vitro.
Klinika jest w certum Katowic, ale mieści się zaraz na początku tego centrum i to przy zjeździe z drogi szybkiego ruchu, więc dojazd nawet w zakorkowane popołudnia nie stanowił problemu. W środku nie można się do niczego przyczepić, czysto, ładnie i pachnąco. Duża poczekalnia, dwie toalety (każda ma w środku bidet, umywalkę, toaletę, środki do higieny intymnej). Dodatkowo w każdym gabinecie również jest łazienka wyposażona we wszystko co potrzeba np. jednorazowe spódniczki czy kapcie.
Personel kliniki również jest bez zarzutu. Panie w rejestracji bardzo pomocne, miłe i uśmiechnięte. Położne i pielęgniarki również.
W klinice przyjmuje kilkoro lekarzy. Z każdym miałam przynajmniej jednorazowo kontakt i o żadnym nie mogę powiedzieć złego słowa. Co do ich kompetencji to wierzę, że są wysokie. Zresztą widać to po ich statystkach jak i wystarczy wygooglwać każdego z lekarzy i poczytać. Nie mówię tu o opiniach pacjentów, bo to jest bardzo subiektywne, ale o ich doświadczeniu, wykształceniu, odbytych kursach i stażach. Jedni lekarza są gadatliwi i zawsze uśmiechnięci, drudzy podchodzą do pacjenta z większą rezerwą i mówią tylko tyle ile trzeba i ani pół słowa więcej. To już bardziej zależy od osobowości i charakteru, kto co lubi.

Nie ma co ukrywać, że leczenie w klinice kosztuje. Koszty są duże. Ja od początku prowadziłam sobie listę ile i na co wydaliśmy, głównie z ciekawości. Podzieliłam je na dwie kategorie, przed i po in vitro.
Do pierwszego worka zaliczają się pierwsza wizyta i wszystkie badania zrobione na początku, wszelkiego rodzaju wymazy, cytologia, badania nasienia i hormonalne. Obserwacja cyklu, badanie wrogości śluzu i sonoHSG. 3 cykle zakończone inseminacją. Oczywiście dodatkowe badania krwi i wszystkie leki. Razem to wyszło ok.6 300 zł.

Druga kategoria to in vitro. Tu to można rozbić na dwie podkategorie. Cenę samej procedury i cenę leków. Klinika oferuje kilka dość atrakcyjnych programów. Jednym z nich jest 2+1, na który my się zdecydowaliśmy. Jego cena to 13 900 zł. Polega to na tym iż płaci się z góry za dwie procedury, a jeśli żadna z nich nie da ciąży stwierdzonej po 12 tygodniu, 3 procedura jest na koszt kliniki. Natomiast jeśli uda się za pierwszym razem to po 12 tygodniu ciąży zwracają 6 500 zł, czyli prawie połowę. W cenie tego pakietu jest wszystko. Wizyty przed i po (tzn po dodatnim teście ciążowym, do 12tygodnia każda wizyta i usg i badanie krwi jest w cenie), badania hormonalne, i cała reszta związana z punkcją, anestezjologiem, embriologiem, transferem itd. Dodatkowo trzeba zapłacić za mrożenie zarodka. 1 zarodek = 500 zł/rok. 
W grupie leków są uwzględnione zarówno te do stymulacji jak i te które przyjmowałam od punkcji aż do teraz. Nie będę ukrywać gdybyśmy korzystali z recept kliniki na leki po punkcji to kwota była by dużo wyższa. Przykładowo taka luteina 100mg 30 tabletek na nfz kosztuje coś 6 zł z groszami, bez refundacji pond 50. Nas leki wyniosły za wszystkie ok.2 000 zł. Z tego co czytam w internecie to za leki do stymulacji zapłaciliśmy stosunkowo niewiele, a to dlatego że to był krótki protokół, a ja bardzo dobrze na nie zareagowałam, więc nie było ich zbyt wiele.
Podsumowując od decyzji o in vitro, w klinice jak i w aptekach łącznie zostawiliśmy ok. 9 900 zł. Czyli zakładając że w moich zapiskach zaginęły pewnie jakieś rachunki z apteki można założyć że dla nas koszt jednej procedury in vitro z zamrożeniem jednego zarodka to 10 000 zł.  Kwota zawrotna i dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że mieliśmy ogromne szczęście, że przy podejmowaniu decyzji nie musieliśmy się martwić o to jak za to wszystko zapłacić. Dlatego mocno trzymam kciuki i mam ogromną nadzieję, że przynajmniej częściowe finansowanie z nfz powróci, bo in vitro powinno być dostępne dla każdego ( oczywiście z umiarem) kto ma problem z naturalnym poczęciem maluszka.

poniedziałek, 10 października 2016

Ufff...

Dawno mnie tu nie było. Ubiegły tydzień minął mi nawet nie wiem kiedy. Miałam do załatwienia dużo zaległych spraw, więc codziennie było coś do zrobienia. Do tego doszły małe problemy sprzętowe. Na telefonie mogę robić wszystko (no prawie ;) ), ale pisać to wolę klepiąc w klasyczną klawiaturę.

Od tygodnia pomimo tego, że za oknem szaro buro i deszczowo dla mnie świat nabrał kolorów i na nowo zaczął mnie cieszyć. Jesieni nadal nienawidzę z całego serca, zwłaszcza w obecnym wydaniu, ale... Od tygodnia ani razu nie wymiotowałam :D Po prostu szok! Mdłości też już prawie nie mam. Teraz tylko delikatnie i to tylko wieczorami. Porównując to co się działo 2 tygodnie temu i całe noce spędzone na podłodze w toalecie to jest bosko. Nadal męczę się szybciej niż przed ciążą, ale energii mam znacznie więcej niż w pierwszych 3 miesiącach. Jestem wstanie przetrwać dzień bez drzemki, fakt padam wtedy o 21, ale to zawsze coś. Wydaje mi się, że to zmęczenie wynika raczej z kiepskiego snu w nocy. Całe życie spałam na brzuchu, a teraz jak to Ł. mówi mam mały baniaczek i spanie na brzuchu odpada. Więc męczę się na boku, głównie lewym i na plecach, na których mogę leżeć niezbyt długo bo boli mnie kręgosłup. Do tego dochodzą pobudki. Nie wiem czy każda kobieta w ciąży tak ma, czy ja piję wyjątkowo dużo czy mam tak mały pęcherz, ale pobudki na siku w ciągu nocy są zawsze dwie. Nawet z tym kiepskim spaniem i bolącymi plecami uważam drugi trymestr ciąży za fantastyczny.

Czuję się na tyle dobrze, że postanwiłam wrócić do pracy, bo ani męcząca fizycznie ani stresująca, a to siedzenie w domu samej już mi obrzydło. Ł. ma całkiem przyjemne godziny pracy, bo koło 15 zawsze jest już w domu, więc popołudnia są dla nas, ale za to wraz z początkiem października 2 albo 3 całe weekendy w miesiacu od 8-20 spędza na uczelni. Zachciało się panu mężowi drugi kierunek skończyć, tak więc nie dość że byłam sama w tygodniu to jeszcze w weekendy. A w końcu jak często można się spotykać z koleżankim (które do połoudnia pracują) albo odwiedzać rodziców, babcie itp. Spróbuje popracować, jak się będę kiepsko czuła i nie będę dawała rady to zawsze mogę wrócić na L4. Mój plan zakłada pobyt w pracy do świąt, zobaczymy co z tego wyjdzie i czy Maleństwo nie będzie się buntowało przeciwko bardziej intensywnemu trybowi życia.

W między czasie byliśmy na ostatniej już wizycie w klinice ( co aż sie prosi o podsumowanie), a jutro idę na wizytę do nowej pani doktor. Tzn nie tak nowej, bo już konsultowała badania i wykonnywała usg prenatalne, ale od teraz to ona będzie prowadziła ciąże. Maluszek zdrowo rośnie, wywija kończynami, a ostatnio na usg próbował wsadzić rękę do buzi. Płeć jeszcze nie potwierdzona, bo Mały Człowiek nie współpracował i nie chciał pokazać co chowa między nogami ;)

No to tyle z nowości. Od teraz pewnie będę tu częściej, bo wraz z lepszym samopoczuciem pojawiło się milion myśli, wątpliwości i strachów.

piątek, 30 września 2016

Burza przed ciszą

Data 4.10.2016 jest w moim kalendarzu zaznaczona wykrzyknikiem, dużym i czerwonym. Właśnie w najbliższy wtorek zaczynam 14 tydzień ciąży, czyli 2 trymestr. Według dwóch ginekologów, jednego chirurga, dwóch pielęgniarek, całej masy koleżanek i (prawie) całego internetu drugi trymestr powinien być wspaniały. Bez mdłości, wymiotów, słabości generalnie wszyscy rysują mi jego wizję jakby świat miał nagle zabarwić się na różowo i miały pojawić się jednorożce. Intuicja mi jednak podpowiada, że jednak odrobinę mnie oszukują...

Nie wiem czy to chwilowy spadek formy, ale ostatni tydzień to jest jakiś dramat i to w trzech aktach. Przed poprzednim weekendem złapałam przeziębienie. Na szczęście szybko je wygoniłam domowymi sposobami. Tegorocznym odkryciem jest sok/syrop z pigwy, razem z herbatą zdziałał cuda :) Weekend przeleżałam w łóżku i zrobiłam milion planów na tydzień. Chciałam się zapisać na warsztaty szycia na maszynie, wybrać się na zakupy, zrobić porządek w szafie, a tu klops. Forma spadła okrutnie. Mdłości męczą mnie od początku ciąży raz słabiej raz mocniej, ale da się z nimi żyć. Wymioty pojawiały się sporadycznie, ale wszystko uległo zmianie. Od tygodnia rano i wieczorem czule obejmuję toaletę. Już nawet mam dużą poduszkę blisko ubikacji, bo od kafelek na podłodze mi zimno. Żołądek wywraca mi na drugą stronę. Rano jeszcze jakość sobie radzę, nie jest tak źle, ale wieczory są koszmarne. Najchętniej bym spała na siedząco, bo wtedy jakoś najmniej mnie mdli. Co zaskakujące zaczęły mnie również drażnić zapachy. Pasta do zębów miętowa to zło, tak samo jak krem do rąk, zapach herbaty, o zapachu octu (kochani sąsiedzi rozbili na klatce schodowej) już nie wspominając. Tak więc z całych sił zaciskam kciuki, aby przepowiednie o drugim trymestrze okazały się prawdziwe.

W poniedziałek idę do lekarza, może coś poradzi na te wymioty, bo kropelki imbirowe to hmm nawet jako placebo już nie działają. Ciekawa też jestem czy potwierdzi płeć maluszka, bo aż mnie korci aby zacząć planować jakieś zakupy.

czwartek, 22 września 2016

Badania prenatalne

We wtorek byliśmy na badaniach prenatalnych. To oczekiwanie było najgorsze, wiem że powinnam unikać stresów i Ł. cały czas mi powtarza że mam być spokojna, bo to nie tylko o mnie chodzi. Ale jak tu zachować spokój gdy chodzi o zdrowie własnego dziecka. Klinika w której się leczymy prowadzi również badania prenatalne i oczywiście namawiali nas by wykonać je u nich. My jednak wybraliśmy zupełnie inne miejsce. Z racji tego, że oboje moi rodzice pracują w służbie zdrowia, a tata w szpitalu w którym jest jedna z lepszych porodówek i oddziałów patologi ciąży na Śląsku to wybór lekarza prowadzącego ciąże mieliśmy bardzo ułatwiony. Tak się złożyło, że pani doktor prowadząca (PDP) wykonuje również badania prenatalne, więc oczywistym faktem było że to właśnie do niej się zgłosimy.

Nadszedł czas badania. Punktualnie co do minutki o godzinie 18 zostaliśmy poproszeni do gabinetu. Najpierw gratulacje ( PDP zna już naszą historię i konsultowałam z nią nasze wyniki przed invitro), później lista pytań. Począwszy od chorób w rodzinie, jakiś dotychczasowych nieprawidłowości, ale też pytanie o datę transferu, pobrania komórek jak i rodzaj ich zapłodnienia. To wszystko było potrzebne aby wyliczyć prawdopodobieństwo chorób genetycznych. Jeszcze przed USG zaleciła wykonanie testu PAPPA, ja do niego po przeczytaniu chyba całego internetu nie byłam przekonana, ale zalecała, więc się zdecydowaliśmy.

Maluszek był piękny i tak dobrze widoczny, że aż ciężko było uwierzyć że taka mała istotka żyje sobie w moim brzuchu. Trochę się wiercił, ale generalnie dał sobie zbadać wszystko co było trzeba. Wszystko jest prawidłowe. Organy, kości i wszystkie przepływy czy też przezierności były piękne i idealne. Nawet już paluszki było widać. Maluch ma 5,5 cm. Serducho mu biło szybko bo aż 171 razy na minutę, PDP powiedziała że nie trzeba się tym przejmować bo zazwyczaj w czasie takich badań maluchom udzielają się emocje i to dlatego. W czasie wcześniejszych badań było idealne 160. Podpytaliśmy też o płeć. PDP powiedziała aby ścian jeszcze nie malować, ani nie da sobie nic za tą informację obciąć, ale na jej oko będzie dziewczynka.
 Jak wyszliśmy z gabinetu to kamień spadł mi z serca. Czułam się tak lekko i było mi tak dobrze, że z tego wzruszenia w samochodzie się popłakałam. Kolejne badania prenatalne za równe 8 tygodni, czyli w 20 tygodniu ciąży.

Sposób prowadzenia badania przed PDP tylko potwierdził, że to był dobry wybór lekarza. Cały czas do nas mówiła i opowiadała co widzi i co to oznacza. Gdybym tylko mogła to bym sobie tą naszą Kruszynkę chciała codzienne pooglądać na monitorze. Tak swoją drogę to chyba się dzieciakowi to podglądanie nie spodobało, bo mdłości, które na chwile się uspokoiły powróciły ze zdwojoną siłą i to nie tylko w postaci mdłości ale i wymiotów. Wczoraj cały wieczór zaprzyjaźniałam się z podłogą w toalecie, tak więc jak to Ł. mówi czuję się jak rozjechany kot. Pomimo tego iż czuję się gorzej to gdy wiem, że z Małym Człowiekiem wszystko dobrze to jakoś łatwiej znosić te niedogodności.
Ze zmian w swoim ciele to wciąż mam tylko 1kg na plusie w porównaniu do dnia punkcji, tak więc po raz pierwszy w życiu dobiłam do prawidłowej wagi i żaden lekarz już by się nie krzywił iż za chuda jestem :D Za to rośnie brzuszek, u koleżanek na podobnym etapie ciąży jeszcze nie było nic widać, a ja jak ubiorę koszulkę albo bardziej przylegający sweter to widać już zarysowany brzuszek. Co jest o tyle kłopotliwe że czas na znienawidzone zakupy, bo dopinają mi się tylko jedne spodnie :D Czas też się wybrać po nową bieliznę, bo piersi też trochę urosły tzn na tyle że dotychczasowe staniki to już za bardzo gniotą, więc ku radości Ł. aktualnie nimi gardzę ;)

wtorek, 13 września 2016

Razem

Jesteśmy w ciąży. Takie z zdanie z moich ust nie padnie nigdy. W ciąży jestem ja, a nie Ł, ani tym bardziej my oboje. Oboje spodziewamy się dziecka i oboje zostaniemy rodzicami. Każde z nas przeżywa moją ciąże w różny sposób. Siłą rzeczy, to tylko mnie trapią mdłości i wymioty, to tylko ja dostaje codziennie zastrzyki w brzuch, to ja nie mogę wielu rzeczy jeść ani robić i to mnie dopadają ciążowe hormony które robią ze mną płaczliwą i emocjonalną kluchę. Za to Ł musi codziennie rano patrzeć na moje łzy gdy wbija się igłą w brzuch, znosi z anielską cierpliwością moje wieczne "nie mam siły", i głaszcze po głowie z dużym współczuciem gdy męczą mnie mdłości. Nie ma co ukrywać kobieta w tej sytuacji zawsze ma pod górkę bardziej niż facet. Mimo, że to ja odczuwam wszystkie dolegliwości, to też ja będę szybciej i silniej czuła ruchy naszego Małego Człowieczka. Nie uważam, że ciąża i tematy dookoła to tylko moja sprawa i nie powinnam do tego mieszać męża. Na każda wizytę do lekarza idziemy razem. Głównie dlatego, że na tych wizytach jest sprawdzane jak czuję się nasze dziecko. NASZE to jest słowo klucz i pomimo że jest w moim brzuchu, to w takim samym stopniu się o nie martwimy i w takim samym stopniu jesteśmy ciekawi co tam u niego słychać. Nie wyobrażam sobie sama chodzić na te wizyty. Ł. przydaje się też z kilku prozaicznych powodów, przypomni że chciałam o coś zapytać, zapamięta odpowiedź lekarza i jak mi już emocje opadną to wszystko przypomni.

Do wczoraj myślałam, że tak to wygląda u wszystkich tych, którzy mają ochotę wspólnie przejść tę drogę. Rozumiem też pary, które podchodzą do tego bardziej "zadaniowo" niż emocjonalnie i nie odczuwają potrzeby wspólnych wizyt. Jednak chyba jest też inna kategoria przyszłych rodziców... Tych którzy by chcieli, a z powodu własnych ograniczeń nie mogą. Wczoraj rano zaciekawiało mnie od którego tygodnia ciąży jest wykonywane usg przez brzuch, a nie dopochwowo. Czysta ciekawość i nic więcej. Oczywiście wpisałam odpowiednią frazę w googlach i znalazło mi milion odpowiedzi. Kliknęłam na pewne forum i przeżyłam pierwszy szok. Pytanie było skonstruowane podobnie, czyli: "Od kiedy w ciąży jest wykonywane USG przez brzuch..." ale to nie koniec ponieważ druga część pytania brzmiała "... bo na takie dopochwowe wstydzę się iść z mężem". Odrobinę mnie zatkało. Ja wiem, że to może nie być komfortowa sytuacja, ale kto jak kto to ale mąż/partner skoro jesteśmy w ciąży, a on jest ojcem to raczej widział już te kluczowe części ciała. Tutaj głównym powodem niechęci był wstyd, troszkę to dla mnie nie zrozumiałe, ale wciąż akceptowalne. Jednakże kilka postów niżej jakaś pani również wyraziła zainteresowanie tematem, że od kiedy, bo też by chciała iść z mężem, ale mąż powiedział że nie chce oglądać gdy ktoś inny obojętnie czy kobieta czy mężczyzna wkładają coś w jego żonę i to coś w dodatku ma na sobie prezerwatywę. No ręce mi opadały. Nie wiem może ja po prostu nie znam takich osób, którym wizyta u ginekologa kojarzy się z seksem czy w jakikolwiek sposób jest erotyczna. Dla mnie lekarz to lekarz. Ten do którego obecne chodzę może być uznany za przystojnego, ale ani razu leżąc na fotelu ginekologicznym nie przeszło mi przez myśl  nic związanego z seksem. To jest troszkę abstrakcyjne jak dla mnie. Zrobiło mi się żal tej kobiety, która chciałaby poczuć wsparcie męża, a który zamknął się w jakieś "klatce" ze swoimi myślami.

No to tyle moich przemyśleń :D Teraz czas na Małego Człowieka, bo wczoraj byliśmy na wizycie. Wszystko pięknie i wzorcowo. Mały Człowiek ma już 4,5 cm i dokładnie było widać głowę, ręce, nogi, nawet kolana :) Cudowny widok. Za tydzień idziemy an badania prenatalne i wtedy to sobie dokładnie pooglądamy tego Małego Człowieczka. Z takich ciekawostek to dostałam krople na mdłości, po powrocie do domu kochany mąż w szklance wody rozpuścił 10 kropelek i dał mi do wypicia. W szklance były równo dwa łyki. Pierwszy przeszedł gładko, natomiast drugi w połowie drogi zawrócił kierunek i ledwo zdążyłam do toalety. Krople przeciw mdłością okazały się działaś na mnie silnie wymiotnie :D rano podeszłam do próby numer dwa, tym razem 10 kropli na łyżkę z wodą co by ograniczyć ilość płynu, bo paskudne są straszne. Tym razem zostały w żołądku, ale poprawy to ja nie zauważam, daje im2 dni, po tym czasie jeśli nie poczuję się lepiej to idą w odstawkę.

PS. Zobaczcie sobie FILMIK , tylko uprzedzam jak Ł. mi wczoraj pokazał to moje wzruszenie osiągnęło bardzo wysoki poziom.

piątek, 9 września 2016

Ciążowe dolegliwości

Po urlopie dzielnie przez tydzień chodziłam do pracy. Moje dni wyglądały następująco: pobudka, praca, obiad, drzemka, Ł. mnie budził brałam prysznic i wracałam spać. Tak więc od wtorku jestem na L4. Pracy nie mam męczącej ani tym bardzo fizycznej, ale jak to w każdej pracy trzeba być w formie przez cały czas, a nie tylko przez 30% czasu pracowego. Mdłości i senność da się przetrzymać, ale czynnikiem decydującym o moim tymczasowym odpoczynku było zbyt niskie ciśnienie. Generalnie wszystko co wymaga stania mnie przerasta, suszenie włosów, kolejki do kasy w sklepie, gdy siedzę jest dobrze, ale czasem zrobi mi się ciemno przed oczami i uginają się nogi gdy wstaję. Tak więc zapadła decyzja o odpoczynku.

Ciekawa jestem czy okaże się prawdą iż w 12 tygodniu nieprzyjemne symptomy ciąży ustąpią. Najbardziej denerwujące są mdłości, bo kończą mi się już pomysły co mogłabym jeść :D generalnie posiłki dzielę na dwie kategorie te po których mdli mnie tylko trochę oraz te po których kończę z głową w toalecie. Na kompletnie czarnej liście znajdują się jajka, truskawki, śliwki, kawa (nawet sam zapach), mleko, tłuste potrawy np placki ziemniaczane. Największym problem są śniadania, bo niby musli czy granola z mlekiem brzmią super i były by super gdybym je jadła bez mleka, chleb też stanowi wyzwanie :D próbowałam już chyba każdego możliwego rodzaju pieczywa pszenne, pszenno-żytnie, żytnie, słonecznikowy chleb, orkiszowy, wieloziarnisty i co tylko mają w piekarni po każdym jednym mój żołądek wyprawia rewolucję.

Widzę też zmiany na ciele. Przede wszystkim piersi są większe i takie twardsze, przez co pewnie bardzo wrażliwe na dotyk. Waga jakoś specjalnie nie rośnie, dzisiaj rano było 50,2. Brzuch mam tak odrobinkę zaokrąglony, tak jakbym się bardzo objadła przez co niektóre bardzo obcisłe jeansy powędrowały w odstawkę, bo nie było mi w nich zbyt wygodnie. Codziennie wieczorem wcieram w siebie intensywnie oliwkę, bo jakoś wkręcił mi się lęk przed rozstępami, więc robię wszystko by się nie pojawiły. W najbliższy poniedziałek jedziemy do lekarza, ostatnio nasz mały człowieczek był oglądany dwa tygodnie temu - ale ten czas się ciągnie od wizyty do wizyty. Natomiast 20 września jesteśmy umówieni na badania prenatalne.

W związku moją przerwą w pracy, to dni mijają mi bardzo podobnie. Bardzo jednostajne, zwłaszcza że nie mam nadmiaru sił. Powoli ogarniam zdjęcia na komputerze. W weekend wybieramy się na koncert Natalii Przybysz. Są dni miasta, ale stanie i to w tłumie zbytnio mi nie posłuży, więc mamy zarezerwowany stolik w pobliskiej restauracji, oczywiście na zewnątrz. Więc takie dwa w jednym pyszne jedzonka + dobra muzyka :)

Tymczasem zmykam na przedobiednią drzemkę, bo popołudniu idziemy do rodziców Ł, więc głupio by było zasnąć u nich na kanapie ;)

wtorek, 30 sierpnia 2016

Wakacyjnie

Nasz wakacje rozpoczęliśmy w sobotę od wizyty u lekarza. Na USG zobaczyliśmy mikro serduszko i maleństwo, które kształtem przypomniało mi lekko roztopionego żelka Haribo. Tydzień temu w sobotę miał 10mm. Pan doktor kazał na siebie uważać i życzył miłych wakacji. No to w drogę :) Do przejechania mieliśmy ponad 500 km, droga zleciała raz dwa bez żadnych korków. Nawet na A1 przy bramkach nie było postoju, inaczej wyglądała sprawa w drugą stronę, bo korek ciągnął się przez dobre 4 km, dlatego też postanowiliśmy ze naszą podróż powrotną rozpoczniemy popołudniu aby ominąć autostradowe godziny szczytu. Tydzień później okazało się to być strzałem w dziesiątkę.

Dojechaliśmy na miejsce. Ostatnie 4 km wąską, ale wciąż asfaltową drogą, w odróżnieniu od ostatnich 500 m, gdzie droga to była porostu ubita ziemia. Domek idealny. Nowiutki i jeszcze pachnący świeżością. Zwłaszcza w szafkach było czuć zapach nowości. Wyposażony idealnie, urządzony ze smakiem. Na dole salon (kanapa, stół i TV), kuchnia (płyta indukcyjna, piekarnik, zmywarka i wszystko co tylko może się przydać w kuchni) i łazienka z prysznicem. Na górze w przechodnim pokoju stała kanapa, a w sypialni było łóżko o iście królewskich rozmiarach 2x2,2, a w łazience tym razem była wanna. Na całym dole było ogrzewanie podłogowe, co było bardzo przyjemne w chłodniejsze wieczory. Najfajniejsze w tym wszystkim było to, że wystarczyło otworzyć okno albo wyjść na werandę i pachniało lasem, bo zaraz za płotem z dwóch stron rozciągał się las sosnowy. Widok cudowny!

Wioska, a raczej wioseczka w której mieszkaliśmy liczyła maks z 15 domów, za to można było spotkać wszelki wiejski dobytek od krów, przez gęsi, koguty, kury, kaczki na wszelkiej maści psów i kotów kończąc. Do najbliższego sklepu w jedną stronę 4,5km. W lasach było pełno jagód, grzybów, małych żabek i wiewiórek. Raz spotkaliśmy węża i jaszczurkę. Ł. z właścicielem domku dwa razy o 4 rano wybrał się na polowanie i miał okazję zobaczyć lisy i jelenie. Jednym minusem była gigantyczna liczba komarów. Całe dnie upływały nam na leśnych spacerach, czytaniu książek i graniu w scrabble. Relaks, lenistwo i nic więcej :) W najbliższej okolicy w lasach były ukryte bardzo urokliwe jeziorka. Nad największym powstał ośrodek z drewnianymi domkami letniskowymi i tam również można było wynająć łódkę. Raz się skusiliśmy i przez dwie godziny siedzieliśmy na środku jeziora czytając i nic nie robiąc. Bosko. Byłą też wieża widokowa, która głównie służyła leśniczym do obserwowania czy las się nie pali. Na górę było milion schodów, wąskich i krętych, zmęczyłam się potwornie, ale widok na górze wynagrodził wszystko.

Jednego dnia wybraliśmy nad morze, do Ustki. Na plaży było przyjemnie. Byliśmy na zachodniej, a razem z nami naprawdę niezbyt wielu ludzi i to bez parawanów, a jak już były to służyły faktycznie od ochrony od wiatru z jednej strony, a nie do odgrodzenia całej działki. Inaczej sprawa wyglądała po wschodniej stronie (miasto jest przedzielone portem), bo tam nawet przed 18 ludzi tyle że ciężko by było ręcznik rozłożyć i oczywiście parawany w zatrważającej ilości. Promenada w Ustce to moim zdaniem nic specjalnego. Może jest fajnie poza sezonem, ale ja nie lubię spacerować w takim tłumie z milionem kramów na których można kupić dosłownie wszystko.

Spędziliśmy naprawdę super tydzień na Kaszubach. Od dawna nie spędzaliśmy wakacji w Polsce, a jak już to aktywnie, albo chodzenie po górach, albo spływ kajakowy i spanie pod namiotem lub rowerowo. Tym razem było spokojnie i naprawdę jesteśmy zadowoleni.












Wracaliśmy w sobotę, w niedzielę z samego rana pojechałam do szpitala zrobić badania aby mięć je na poniedziałkową wizytę. Na dzisiejszej wizycie położna wypisała mi kartę ciąży :) Pan doktor zbadał i ginekologicznie i usg. Maluszek ma już piękne 25 mm i jest idealnej wielkości jak na 8 tydzień i 5 dzień ciąży. Wyniki też są ok, jedynie tarczyca jest w dolnej granicy normy, ale nadal w normie. Trzeba to po prostu jeszcze raz skontrolować. Kolejna wizyta równo za 2 tygodnie. Od jutra czyli od wtorku wracam do pracy. Miewam lepsze i gorsze momenty, to przez mdłości i niskie ciśnienie. Chce spróbować popracować przez 4 dni do końca tygodnia i wtedy w zależności od samopoczucia zdecyduję czy zostaję w pracy czy jednak L4.

środa, 17 sierpnia 2016

Seks

Dzisiaj będzie trochę nieprzyzwoicie. Tak więc jeśli ktoś z tych co tylko raz w miesiącu, pod kołdrą i po ciemku to hmm lojalnie uprzedzam :)

Seks od zawsze był dla mnie istotnym elementem związku. Nie ma co się oszukiwać jesteśmy razem już kawał czasu i bywały okresy, że nie mogliśmy się od siebie odkleić po bardziej oschłe (co nie znaczy że nasze libido spadało do poziomu 0). Prawda też jest taka, że bywają okresy kiedy żadne z nas nie miało ochoty, bo mega ciężki dzień w pracy, czy po prostu niewyspanie albo niestrawność. Bywa i tak. Oboje jesteśmy dość otwarci i nie mamy problemu rozmawiać o seksie w gronie znajomych. Oczywiście nie są to rozmowy typu "no bo wiecie my to wczoraj dwa razy i to na stole w kuchni albo pod prysznicem" ale takie ogólne, co zresztą chyba jest normalne wśród dorosłych i dojrzałych emocjonalnie osób. Mamy też wśród swoich znajomych osoby, który głośno i publicznie deklarowały wstrzemięźliwość aż do ślubu.Nie rozumiem, ale akceptuję. Zazwyczaj wynikało to z dość głębokiej wiary, ale nawet oni nie mają oporów aby rozmawiać na tematy związane z seksem.

Czasem w internecie bądź prasie zdarzają się artykuły wpisujące się w kategorie "zwyczaje seksualne polaków". Statystki, które są tam podawane są tak skrajnie różne, że według niektórych wyrabiamy normę krajową a według niektórych ciągniemy się w ogonku. Jak dla mnie nie ważna jest ilość, ale jakość. Generalnie każdemu w miarę potrzeb. Gorzej jeśli dwie osoby mają skrajnie różny temperament, my na szczęście nie mamy tego problemu.

Gdy zaczęliśmy się starać o maluszka to nadal świetnie się bawiliśmy pilnując tylko by wszystko skończyło się w sposób jaki powinno. Gdy trafiliśmy do kliniki to ta radość z seksu i spontaniczność została zabita. Pomimo tego, że koniec końców było przyjemnie to zabrać się do rzeczy gdy nie koniecznie ma się ochotę a trzeba koniecznie dziś, teraz i natychmiast to pewnie sami wiecie... Planowanie seksu jest kiepskie, a gdy robi to lekarz i to z wyznaczeniem konkretnej godziny to już w ogóle. Zwłaszcza, że bywały to godziny poranne (jak np 6 rano w tygodniu). Spoko i tak wstajemy o tej porze, ale ja nie jestem rannym ptaszkiem. Do mnie z rana to lepiej nie mówić, a nawet i nie patrzeć, a tu trzeba pracować nad potomstwem - ciężkie zadanie. Gdy nadszedł etap inseminacji to nasze życie seksualne wróciło do normy. Jedyne czego trzeba było pilnować to kilku dniu wstrzemięźliwości przed a tak to hulaj duszo ;) Było tak pięknie aż do punkcji, a właściwie to do kilku dni przed punkcją gdy jajniki już nie dawały o sobie zapomnieć. Po punkcji to wiadomo nie wolno, bezpośredni po transferze też nie. Czas pierwszej , drugiej , trzeciej wizyty i zawsze pytałam co z seksem czy już jest bezpiecznie. Pierwsze dwa razy usłyszałam zobaczymy na kolejnej wizycie. Natomiast ostatnim razem stanowcze nie. Wczesna ciąża, ryzyko skurczy macicy tak więc jakakolwiek forma kontaktów seksualnych wykluczona. Oh no! Bo ja nie czuję się jakoś rewelacyjnie. Mdli mnie bez żadnego stałego harmonogramu, więc może dopaść zawsze, wszędzie i po wszystkim. Zdarzają się wymioty. Męczę się jakbym ważyła ze 100 kg ( a waga nadal nie pokazuje 50) i miała z 70 lat (a do 30 zostało 2,5) . Spać bym mogła 24/24, ale... Gdy człowiek przez większość swojego dorosłego życia robi coś regularnie, a to coś jest bardzo przyjemne, a potem nagle koniec to ochotę ma ogromną. Taką długą przerwę to ostatnio mieliśmy w 2009 gdy Ł. wyjechał na wymianę studencką. Tak więc oprócz tego, że odliczam dni do kolejnej wizyty by sprawdzić czy mój lokator ma się dobrze (co jest priorytetem i nawet gdybym miała leżeć plackiem 9 miesięcy i nawet stopą nie ruszać to bym to zrobiła) to też czasem pomyślę sobie, że może już w sobotę będzie zielone światło :D

Na koniec śmieszna historyjka. Ściągnęłam sobie ciążową aplikację na telefon - Moja Ciąża. Kazała wpisać kilka danych takich jak imię, data ostatniej miesiączki, wzrost i waga z czasu przed ciążą. W dniu transferu domowa waga pokazała 48,5 i tyle też wpisałam, równy miesiąc później czyli 15 sierpnia wyskoczył komunikat aby wpisać aktualną wagę. Stanęłam na wadze i wpisałam 49,3 na co aplikacji pokazała komunikant: "Skontaktuj się z lekarzem. Masz nadwagę." aż parsknęłam śmiechem :D

sobota, 13 sierpnia 2016

O sercu słów kilka

Stres przed dzisiejszą wizytą sięgał zenitu. Ledwo wmusiłam w siebie śniadanie. Byliśmy przed czasem, więc trzeba było trochę poczekać, rozmawialiśmy o jakiś bzdurach i trochę się uspokoiłam. Wizyta zaczęła się od badania, z tego strachu aż mi nogi na fotelu drżały... Pan doktor coś mruczał i mierzył, aż w końcu powiedział że widać że coś pulsuje. Zrobił zbliżenie, włączył dźwięk i tak o to po raz pierwszy usłyszeliśmy bicie serca mojego lokatora!

Wszystko jest prawidłowo, tętno takie jak powinno i zarodek rozwija się w dobrym czasie.  Kolejna wizyta w kolejną sobotę. Leki nadal te same w tych samych dawkach. Mam odpoczywać i się oszczędzać, więc zgodnie z lekarskim zaleceniem szczęśliwa idę na drzemkę :-D

czwartek, 11 sierpnia 2016

Spać!

Czas do sobotniej wizyty ciągnie mi się niemiłosiernie. Niby to tylko 9 dni od poprzedniej, ale w moim odczuciu to jakby co najmniej z miesiąc czekania.

Dni miewam słabe i gorsze. Rzadko kiedy mogę powiedzieć, że w tej chwili akurat nic mi nie dolega. Najbardziej męczące są mdłości i słabość. Ja generalnie miewam kłopoty z ciśnieniem. Jest za niskie. Kiedyś nawet podejrzewano, że to może być wada serca, ale przepadano mnie dogłębnie i wyszło że już tak mam i muszę z tym żyć. Czasem mam tak niskie ciśnienie, że trupa bym mogła zawstydzić ;) Można z tym żyć. Jest kilka zaleceń (np. wysypiać się, więcej solić, wypić lampkę wina, pić dużo wody) i nawet się nie czuję że coś człowiekowi dolega. Jednakże teraz taka lampka wina wieczorem to raczej tylko w wyobraźni, a ochotę na takie dobre czerwone półwytrawne wino mam ogromną :D

Najgorzej z tym spaniem jest, bo spać bym mogła non stop. Ubiegły weekend to prawie cały przespałam. W piątek po pracy zjedliśmy obiad, wzięłam leki o 18 i spałam do 20:30, wstałam trochę pofunkcjonowałam i o 22 byłam już w łóżku i tak spałam do 10 ( z jedną nocną pobudką na wizytę w toalecie i o 6 pobudka na leki). W sobotę zjedliśmy obiad koło 14 i zaraz po nim zasnęłam do 18, do łóżka trafiłam przed 22. W niedzielę pobudka koło 9 i tym razem zasnęłam już po śniadaniu. Tak więc pożytku ze mnie zero ;)

Od soboty zaczynam urlop! W czasie weekendu jedziemy do znajomych w Beskidy. Zresztą jak co roku w okolicach 15 sierpnia organizują dużą imprezę i przyjeżdża mnóstwo ludzi. Ognisko, kiełbaski i gwiazdy nad głowami. Kiedyś to były imprezy do samego rana ze spaniem w śpiworach na trawie. Teraz trochę się to zmienia. Coraz więcej par przyjeżdża z maluchami albo w ciąży, więc jest bardziej spokojnie i kameralnie, ale wciąż super :) Pierwszy tydzień będę odpoczywać w domu, a drugi spędzimy na Kaszubach. Nigdy nie byłam w tamtych rejonach, więc na pewno będzie ciekawie. W sumie to nie pamiętam, kiedy ostatnio spędzaliśmy urlop w kraju, ale ja się nie czuję na siłach na jakieś dalsze podróże. Marzy mi się leżak, słońce, szum fal, zapach kremu do opalania na całym ciele, a to w ciąży raczej nie wskazane, więc w tym roku odpuszczamy.

Jest 9:30 czyli za jakieś 48 godzin będziemy już po wizycie....

czwartek, 4 sierpnia 2016

Jestem w ciąży!

Od ostatniego wpisu z jednej strony dużo się wydarzyło, a z drugiej większość czasu zlewa się w całość. Równo tydzień temu byłam na pierwszej wizycie po transferze (13dpt). Zbadali mi poziom progesteronu i trochę zmienili leki. Biorę duphaston 2 razy dziennie po tabletce, a luteinę 2 razy po dwie tabletki. Nadal też z samego rana Ł. kłuje mi brzuch fragminem. Wtedy nie było usg, bo to było ciut za wcześnie aby było coś widać, a i lekarka powiedziała że nie zrobi badania aby nie podrażniać macicy. Miałam chęć badać betę nawet i co drugi dzień, ale moje żyły odmówiły współpracy i już progestereon pobierany był z nadgarstka, więc dałam sobie z tym spokój.

Ł. kilka razy dziennie pyta jak się czuje, a ja mam raz gorsze raz ciut lepsze dni. Generalnie to mnie mdli i to bezwzględnu czy przed czy po jedzeniu, aczkolwiek najbardziej z samego rana i późnym popołudniem. Mam wrażenie że szybciej się męczę i bolą mnie piersi. Najbardziej zaskakującym objawem jest płacz - wzrusza mnie wszystko. Smutna audycja w radiu czy nieprzyjemny news w wiadomościach (tak,tak płaczę sobie jadąc autem, co więcej czasem dlatego że nie zdążyłam przejechać na zielonym).  O filmach to nawet nie mówię. Wczoraj oglądaliśmy 'dzień niepodległości 2' (zdecydowanie nie polecam). Film słaby i to bardzo, jakoś nie specjalnie wzruszający, ale wczoraj jak zabili kosmite, który chciał zniszczyć ziemię to płakałam jakby mi kota czy też pieska zabijali. Rozpacz w czystej postaci z której 15 minut później sama się śmiałam. 

Do pracy, po mimo tego że nie tryskam dobrym samopoczuciem chodzę. Nie mam fizycznie ciężkiej, pracuję szarymi komórkami przy biurku albo przy stole w laboratorium i to na siedząco. Poza tym został mi jeszcze tydzień do urlopu. Wolne mam od 12 do 30 sierpnia. Jeśli się będę gorzej czuła to już nie wrócę do pracy. 

Dzisiejsza wizyta jeszcze w weekend wydawała się być dość odległa, a przyszła tak szybko. W pracy na szczęście było dzisiaj co robić, więc okazji do zmartwienia nie było zbyt wiele. Generalnie staram się wprowadzić w życie plan cieszenia się z ciąży, a nie zamartwiania czy wszystko będzie dobrze. Wizyta bez opóźnienia, co mnie zaskoczyła bo byłam wciśnieta w wypełniony grafik. Poziom bety, na wczoraj w 20 dpt 4080, został pochwalony. Strasznie się bałam usg, tego że nic nie będzie albo okaże się że to ciąża pozamaciczna. Na szczęście jest piękny pecherzyk ciążowy. Cytując lekarza "jest i jest taki jaki powinien być na tym etapie". Nic innego nie chcialam usłyszeć. Tak więc mogę już głośno powiedzieć JESTEM W CIĄŻY :-D. Wszystko wskazuje na to, że zagnieźnił się jeden zarodek, więc to tylko pokazało że warto było spróbować z dwoma, bo może gdyby był tylko jeden to byłby ten którego nie ma. Kolejna wizyta za 10 dni. Pechowo ten dziesiąty dzień wypada w niedzielę 14, a potem 15 jest święto, więc również zamknięte. Dlatego też wizyta 13 w sobotę i jeśli wszystko pójdzie dobrze to o godzinie 9:15 powinniśmy usłyszeć serduszko! Emocje się we mnie kłębią i myśli mam milion, ale o tym następnym razem. Teraz czas pod prysznic i do łóżka odpoczywać. :-) 

Ps. Coś mi mówi, że mogłam popełnić kilka błędów, ale telefon mi ich nie podkreśla. Jutro przejrzę na komputerze i poprawię, więc proszę o wyrozumiałość, ale już ledwo widzę na oczy.

poniedziałek, 25 lipca 2016

Mamy to!

Krótko i treściwie. Beta hcg 10 dzień po transferze dwóch zarodków wynosi 97,12!!!  Radość miesza się ze strachem :-D

Czekam i czekam

Weekend minął nam bardzo przyjemnie. Byliśmy u znajomych w Warszawie. Przyjechaliśmy w piątek prosto do centrum i trafiliśmy na fantastyczny koncert w "pokoju na lato". Znajomi znajomych grali. Swoją drogą bardzo fajne miejsce do słuchania muzyki, zwłaszcza tak spokojnej bo kontrast z dość intensywnym ruchem samochodowym dodawał klimatu wykonywanym utworom. Sobotę spędziliśmy poza miastem, niecałe 100 km od Warszawy. Wybraliśmy się na kajaki, ja byłam księżniczką :D Tzn Ł. wiosłował za nas oboje, bo jednak wiosłowanie raczej nie mieści się w kategorii odpoczynku i oszczędzania się. Pogoda dopisała idealnie, ciepło ale nie za gorąco, przyjemny wietrzyk i piękne widoki. Niedziela upłynęła nam pod znakiem totalnego luzu. Mega leniwy poranek, powolne śniadanie i zebraliśmy się do parku łazienkowskiego. Z kocykiem i książkami. Spędziliśmy tam coś około 3 godzin, które upłynęły nam na słodkim lenistwie. Na wspomnienie zasługuje jeszcze niedzielny obiad w hinduskiej restauracji. Mieści się ona tak zwany rzut kamieniem od Pałacu Kultury i wygląda bardzo niepozornie. Przechodząc obok, a nie znając ich kuchni nawet by mi przez myśl nie przeszło aby tam wejść i coś zjeść. Jedzenie mają GENIALNE! Serio tak dobrej hinduskiej kuchni nigdzie nie jadłam. Wszystko jest idealnie doprawiane, a porcje są takie że ciężko jest je pokonać. Gdyby ktoś miał ochotę przetestować to http://www.injachirestauracja.pl/ .

Jak już pisałam weekend był bardzo przyjemny i mimo że dużo się działo, było też sporo czasu na odpoczynek. Jednakże cały czas moją głowę zaprzątała myśl dzisiejszego testu...
Teraz muszę się do czegoś przyznać. W piątek rano (7 dzień po transferze) nie wytrzymałam i poszłam oddać krew. Sama nie wiem jak to się stało, jechałam na zakupy a nagle podawałam kartę stałego klienta w laboratorium :D Według rozpiski którą znalazłam w internecie, przy podaniu 2-3 dniowego zarodka beta hcg zaczyna być wydzielana w 7 dobie po transferze, tak więc byłam świadoma, że mnie poniosło. Na karcie informacyjnej z kliniki była informacja aby nie wykonywać testu wcześniej niż 10 dni, bo leki przyjmowane przed punkcją mogą zafałszować wyniki. Dlatego też trzymam swoją radość na wodzy, bo dzisiejszy wyniki wszystko zweryfikuje, ale w piątek mój biom bety wynosił 20,65 !!! :D

niedziela, 17 lipca 2016

Transfer :)

Na początek trochę odbiegnę od głównego tematu tego wpisu. W mijającym tygodniu okazało się jaki świat jest mały ;) Konsultację przed punkcją miałam u innego ginekologa i to właśnie jego nazwisko widniało na recepcie. Bezpośrednio po punkcji podjechaliśmy do mojego taty aby przepisał mi te same leki ale na nfz. Okazało się że doskonale zna tego lekarza z kliniki. Byli w jednej grupie na studiach, a i zawodowo teraz dość często mają ze sobą kontakt.

Telefon z kliniki w czwartek przed 9. Oczywiście wyrwali mnie ze snu, ale dzwonili z dobrymi wiadomościami! Z tych 6 jajeczek zapłodniły się 4, jedna nie ruszyła wcale, a jednej dawali jeszcze szansę. Transfer umówiony na piątek o 9.

Byłam podekscytowana, ale spokojna. Sama siebie nie poznaję, bo od czasu punkcji spokój aż ze mnie bije. W czasie rozmowy (ze znajomym już ginekologiem z dwóch akapitów wyżej) okazało się, że z tych 4 to 3 są piękne, idealne i lepsze by być nie mogły. Jeden jest trochę leniwy. Zdecydowaliśmy się na transfer dwóch zarodków. My tego chcieliśmy od początku, ale gdyby lekarz kręcił nosem na ten pomysł to oczywiście zgodzilibyśmy się z jego opinią. Jedynym argumentem przeciw była moja drobna budowa ciała, ale jak to lekarz powiedział "nie takie kruszynki dały radę z mnogą ciążą". Poza tym, że ważę 50 kg, a nadgarstek to niektóre 10latki mają grubszy to nie ma absolutnie żadnych przeciwwskazań. Jestem świadoma, że jeśli się uda i obydwa zarodki zostaną ze mną na dłużej to bliźniacza ciąża raczej nie będzie w kolorach tęczy, ale damy radę. Poza tym podwójny transfer zwiększa szansę na pozytywny wynik bety.

Sam transfer przebiegł bezboleśnie. Szczerze mówiąc to nie różnił się niczym od inseminacji. Dziś jest drugi dzień po transferze. Nie doszukuję się żadnych objawów, bo doskonale wiem że gdyby były to był by to wytwór mojej wyobraźni. Bolą mnie piersi i są bardzo wrażliwe na dotyk, mam też nudności, ale wszystko to za sprawą progesteronu. Przyjmuję na dobę 6 tabletek po 100mg. Jestem nastawiona pozytywnie, specjalnie się nie martwię. Test będę robić 25 w poniedziałek, mam nadzieję że się nie rozczaruję... Jeden zarodek mrozili od razu, a tego leniwca spróbują dohodować do blastocysty. Pewnie jutro będą dzwonić co i jak.

Odpoczywam w domu, przerwę od pracy mam do przyszłego wtorku, a potem zobaczymy jak będzie i co powie lekarz. Po transferze nie przerzuciłam się nagle na jakąś super zdrową dietę, bo my generalnie cały czas staramy się zdrowo zjeść, a ciastko z kremem albo pizza od czasu do czasu jeszcze nikogo nie zabiły, więc nie ma co popadać w paranoję. Skoro i tak siedzę w domu to w czasie tego tygodnia chciałabym zrobić porządek ze zdjęciami, bo uzbierało sie ich tyle że masakra. Jeśli będę się dobrze czuła to w kolejny weekend wybieramy się do Warszawy. Ł. ma tam spotkanie służbowe, a już od jakiegoś czasu znajomi nas do siebie zapraszają, więc połączymy jedno z drugim :)

środa, 13 lipca 2016

O punkcji słów kilka(set)

Jak się okazuje nadmiar wiedzy szkodzi. Czasem lepiej jest sobie żyć w błogiej nieświadomości, ale od początku.

Piątkowe USG.   Wszystko wygląda super, jest wystarczająco dużo komórek jajowych o odpowiedniej wielkości. Jest na tyle dobrze, że już nie muszę przyjmować Gonalu f na ich wzrost. Umówiony termin punkcji: wtorek 8:30, a przyjechać mamy na 7:30. W niedziele o 20:30 Ovitrelle, a Cetrotide bez zmian. Mój plan zakładał, że w sobotę napiszę o tym wszystkim i jak nastroje przed punkcją. Jednakże popełniłam podstawowy błąd i postanowiłam zaspokoić głód wiedzy o tym jak to będzie. Na blogach jest mnóstwo opisów punkcji, jedne kobiety zniosły lepiej, drugie gorzej. Jednak wszystkie te opisy były raczej o stronie emocjonalnej i samopoczuciu przed i po punkcji. Mi chodziło o informacje jak to wygląda. Z czego opis typu przy pomocy usg, przez sklepienie pochwy lekarz za pomocą długiej igły pobiera komórki jajowe mi zdecydowanie nie wystarczało. Okazało się, że wystarczy wpisać w Gogolach "ovarian puncture ivf", a otwiera się przed nami cały nowy świat. Kilka pierwszych stron przewinęłam od razu, bo były to jakieś grafiki, czy informacje z programów śniadaniowych czy właśnie blogi, generalnie bardziej popularno niż naukowe. Im dalej tym było więcej czysto naukowych opracowań. Dotarłam do video szkoleniowego wykorzystywanego na jednej z amerykańskich uczelni medycznych. To był ten moment kiedy internet powinien mi sie zepsuć albo żeby wystąpiła awaria prądu. Nic takiego się niestety nie wydarzyło. Pokazane było wszystko i to nie na animacji tylko to był film wraz z dogłębnym opisem (po raz pierwszy przeklinałam znajomość angielskiego :D). Widok tej igły mnie przeraził. Wpadłam w panikę! W ten o to sposób zafundowałam sobie 3 bezsenne noce i ogromną ilość stresu. Obiecałam sobie nigdy więcej! Po tym filmie, tak na wszelki wypadek, trzymałam się od komputera z daleka aby mnie nie kusiło, dlatego też piszę dopiero teraz.

Dzień punkcji. Pobudka przed 6. Prysznic, Ł. w tym czasie zjadł śniadanie, bo ja musiałam być na czczo (8godzin). O 6 :30 wyszliśmy z domu, aby mieć zapas czasu na jakiś korek albo inne  zdarzenie drogowe. Byłam tak zestresowana że podróż minęła mi pod znakiem mdłości i powstrzymywania łez. Na miejscu było już trochę lepiej, bo miałam się czym zająć. Mnóstwo papierków do podpisania, rozmowa z lekarzem. W tym czasie Ł. poszedł oddać nasienie. Wrócił do mnie, a po chwili poprosiła mnie położna. Szybki buziak i poszłam. Kazali się przebrać, założono mi wenflon, a w między czasie rozmawiałam z panią anestezjolog. Bardzo przyjemna kobieta. Śmiała się z mojego sposobu wypełnienia ankiety anestezjologicznej, napisałam wszystko nawet dawki witamy d i kwasu foliowego ;)
Zaraz po rozmowie poszłam na salę zabiegową. Do koszulki miałam przypięty identyfikator z moimi danymi który musiałam oddać embriologowi. Ręce tak mi się trzęsły, że nie umiałam go odpiąć. Położyłam się na tym stole/fotelu ginekologicznym. Przypięli mi nogi i usłyszałam od anestezjologa, że zaraz poda mi środki uspokajające i mam się nie przestraszyć, bo w między czasie lekarz zrobi usg. Ja już nie pamiętam jak on mnie dotknął. Odpłynęłam natychmiast. Obudziłam się już na łóżku, z podłączoną kroplówką. Przyszedł do mnie Ł i ze mną chwile posiedział. Podobno rozmawialiśmy, ale nie wiele pamiętam. w kroplówce była glukoza aby nawodnić i trochę dokarmić organizm. Normalnie po glukozie można już jechać do domu. Ja dostałam jeszcze lek przeciwbólowy i kroplówkę na podniesie ciśnienia, bo było stanowczo za niskie. Trochę tam poleżałam. W między czasie dowiedziałam się, że pobrali 12 jajeczek.

Jeszcze przed punkcją dostałam od lekarza kartę informacyjną ze sposobem przyjmowania leków, zaleceniami, informacją czym się martwić i numerem kontaktowym. Mówił, że on o tym wszystkim rozmawia przed  nie po bo z jego doświadczenia wynika że pacjentki chcą jak najszybciej wrócić do domu.

My wróciliśmy i poszłam spać. Byłam senna i trochę powoli mi się myślało po tych lekach przeciwbólowych. Generalnie czuje się dobrze. Dzisiaj brzuch trochę pobolewa, ale odpoczywam. Leżę lub siedzę i staram sie za dużo nie chodzić. Na stojąco boli bardziej. Nie mam żadnego krwawienia, jedyne co to pojawiło się lekkie plamienie ale to po zastosowaniu luteiny . Najwidoczniej musiałam coś podrażnić aplikatorem.

Rano dzwonili z kliniki na 12 komórek, tylko 6 była klasy M2, czyli tej najwyższej do zapłodnienia. Niby wystarczając, bo tylko 6 mogą zapłodnić, ale chcieliśmy pozostałe oddać do adopcji, być może komuś by pomogły. Transfer najpewniej w piątek. Jutro będą dzwonić z informacją jak tam nasza hodowla się czuje i ze szczegółami transferu.

Już tylko napisze kilka słów o lekach, bo wyszło mi trochę długaśne czytadło. A więc od wczoraj przyjmuję:
- Zamur 250 - co 12 godzin 1 tabletkę do końca opakowania (bodajże jest ich 10)
- Fragmin 5000 - zastrzyki podskórne, raz dziennie o tej samej porze.
- Luteina - 2 tabletki dopochwowo co 8 godzin

Lekarz mówił, że jeśli będę spięta i zdenerwowana przed transferem to mogę przyjąć relanium, ale jak narazie nie widzę takiej potrzeby. Jestem obecnie oazą spokoju. Nawet o nasze zarodki za bardzo się nie martwię, bo żyję w przekonaniu (może błędnym) że skoro dobra jakość moich jajeczek i plemników Ł to na szkiełku musi im się udać wyhodować piękne zarodki!