czwartek, 31 grudnia 2015

Zielony potwór - zazdrość

Święta w tym roku cieszyły mnie wyjątkowo. Przed świętami wszystko było w biegu i żałowałam iż nie mam kilku dodatkowych dnia aby wszystko było przygotowane idealne. Może też dlatego jakoś bardziej doceniłam ten czas spędzany wspólnie i to takie życiowe zwolnienie. Oczywiście były odwiedziny u rodziny, ale po raz pierwszy od 3 lat udało nam się ten czas tak zorganizować, że drugi dzień świat do 17 mieliśmy tylko dla siebie. Były spacery, leniwe poranki z książką i partyjki w scrabble. Tą naszą sielanką co jakiś czas zakłócało mi lekkie uczucie zazdrości. Taki mały zielonkawy potwór co jakiś czas wychodził i bałaganił mi w głowie... Generalnie to ja ludziom nie zazdroszczę, mam super życie, wspaniałego męża, bardzo stabilną sytuację finansową, ciekawą pracę. Jest jedna rzecz która uaktywnia zielonego trolla - informacja o potomstwie znajomych i przyjaciół. Z jednej strony bardzo się cieszę, że będą mieć swojego bąbelka i to jest bardzo pozytywne uczucie, ale z drugiej strony te myśli dlaczego nie ja? kiedy to ja będę się mogła pochwalić? a co jeśli nigdy? Dobrze wiem, że to są irracjonalne myśli, ale nic nie umiem na to poradzić... 
Dziś byłam na kolejnej wizycie w klinice, od początku cyklu brałam Clo, dziś dostałam zastrzyk na pęknięcie pęcherzyków. Tak, w liczbie mnogiej! W poniedziałek wracam sprawdzić czy pękły. Staram się nie rozbudzać w sobie nadziei, ale chyba nie potrafię... Teraz pozostaje zrobić dziś wieczorem zastrzyk, a od jutra nie wychodzić z łóżka ;) Może uda nam się zacząć ten nowy rok od dobrej wiadomości...

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Zderzenie z rzeczywistością

Każdy kto idzie na wizytę do klinki leczenia niepłodności jest mniej lub bardziej świadomy tego, że posiadanie dziecka nie będzie takie łatwe. Generalnie gdybyśmy sobie nie zdawali sprawy, że mamy problem nigdy do takiego miejsca byśmy nie trafili. Ja w zeszłym tygodniu przekonałam się że zdawać sobie sprawę z problemu a usłyszeć o nim z ust lekarza to jednak dwie różne rzeczy.
Wizyta po pracy w środę, jechałam na spokojnie, bez stresu raczej z ciekawością co dalej. Wyjątkowo jechałam sama. Do tej pory na wszystkie wizyty, poza tymi 5 minutowymi na usg w połowie cyklu, jeździliśmy razem. Tym razem też tak miało być, niestety obowiązki zatrzymały Ł. w pracy. Pani doktor długo przeglądała nasze wyniki. Nasienie męża jest idealne, moje wyniki są przyzwoite,  jajowody drożne, macica bez żadnych zmian. W teorii więc nie powinno być problemu...
Wtedy z jej ust padło słowo, a raczej dwa niepłodność idiopatyczna- niemożliwość poczęcia dziecka bez konkretnej przyczyny. Wtedy mi się wydawało że brak konkretnej przyczyny jest równoznaczny z brakiem konkretnego leczenia. Poniekąd miałam rację, bo nie wystarczy np. uregulować hormonów czy udrożnić jajowodów, a na teście pojawią się dwie kreski. Można raczej pomagać, poniekąd motywować, swój organizm do lepszej pracy. Jedyną pozytywną rzeczą, którą usłyszałam tego dnia to że dobrze iż jestem przed trzydziestką, bo to nam daje dużo większe szanse na krótsze leczenie i lepsze rezultaty. W najbliższym cyklu, od trzeciego dnia przez pięć dni mam zażywać Clostilbegyt( na lepszy wzrost jajeczek), a w 11 na usg i zobaczymy co dalej.
Gdy minęło kilka dni i ochłonęłam, to doszłam do wniosku, że przecież nie ma tragedii. Mogło być dużo, dużo gorzej, ale musiałam to sobie przepracować w głowie i oswoić się z tym wszystkim. Teraz znowu z nadzieją patrze na kolejne miesiące, a czytając o skuteczności leków przy naszej diagnozie pojawia się nawet nadzieja, że w kolejne święta albo będziemy już we troje albo ja będę w dwupaku ;)

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Stres i strach

Ostatni tydzień minął mi właśnie w permanentnym uczuciu strachu, cały czas byłam zestresowana tak że nie mogłam zasnąć, a w ciągu dnia nie myślałam o niczym innym. Nie pomagała praca, sport, książki, konsola i najpotężniejsza broń na wszelkie strachy i smutki seks. Powodem całego zamieszania było badanie ( a według klinik zabieg!) sonoHSG czyli sonohisterosalpingografia. Na samej nazwie można sobie język połamać i moim zdaniem jest nie do wymówienia na jednym oddechu.
Umówiona byłam na piątek na 13. Miła pani z recepcji kazała przyjechać pół godziny wcześniej i koniecznie z kimś, bo po wszystkim tu cytat "nie można prowadzić samochodu, a zresztą i tak nie będzie pani w stanie". Jak to usłyszałam to nogi się pode mną ugięły. Tym razem nie bardzo bałam się wyników, to zeszło na dalszy plan, a samego badania i bólu. Ja to w ogóle na ból odporna nie jestem, a na poprzedniej wizycie lekarz powiedział że to badanie jest raczej z tych bardziej bolesnych. Po raz pierwszy (to ze strachu) postanowiłam też nie korzystać z wiedzy internetowej i jedyne co przeczytałam o tym badaniu to jego opis na stronie klinki. Jakby ktoś chciał to jest tutaj KLIK. Napisali, że zwykle jest bezbolesne - kłamali!
Wybiła 12:30 pojawiliśmy się w recepcji, dostałam formularz i zgody do podpisania. Głupia ja - przeczytałam co podpisuje, a tam o komplikacjach od zakażenia pochwy i macicy, poprzez krwotok wewnętrzny aż do zgonu. Ręka tak mi się trzęsła, że napisanie daty i nazwiska to był już wyczyn. Sympatyczna położna dała mi leki przeciwbólowe w formie czopku i tabletkę uspokajająco-rozluźniającą, jak powiedziała "ciężko się po niej myśli, taka ogłupiająca tabletczeka i od razu będzie pani lepiej". Potem zostałam posadzona na krześle i kazali czekać na efekt leków. Ł. na szczęście był ze mną i robił co mógł abym przynajmniej trochę mniej się bała. Przyszedł lekarz zadał kilka pytań i hop na fotel. Pan doktor robił co mógł żeby odwrócić moją uwagę, zagadywał, ale ja jak się stresuję ani rozmowna nie jestem ani za miła. Cierpliwość to chłop miał ;) Ile trwało badanie to nie wiem, według mnie stanowczo za długo, ale Ł. był cały czas obok i mówił że to kilka minut było. Bolało, nawet bardzo bolało. Dało się wytrzymać, ale łzy z bólu i stresu poleciały. Po wszystkim faktycznie byłam trochę ogłupiona i musiałam się bardzo skupić aby mówić z sensem.
Popołudnie i wieczór spędziłam w łożu, właściwie to przespałam. Brzuch bolał, ale tak jak podczas okresu. Mieszanka stresu, bólu, leków i niewyspanie sprawiły że spalam jak dziecko. Najważniejsze jest to, ze obydwa jajowody mam drożne!!!! W środę kolejna wizyta, już u naszej pani doktor i dowiemy się co dalej...