poniedziałek, 30 listopada 2015

Spotkanie po latach

W piątek po pracy w jednej ze spożywczych sieciówek spotkałam dawno nie widzianą koleżankę. Prawdę mówiąc minęło chyba 8 czy 9 lat kiedy miałyśmy ostatni raz okazję porozmawiać. Dzięki facebookowi każda mniej więcej wiedziała co słychać u drugiej, ale padło oczywiście pytanie 'co u Ciebie słychać'. Obydwie udzieliłyśmy dość skróconej wersji wydarzeń bez zbędnych szczegółów. Po czym usłyszałam pytanie czy nie szkoda mi było życia na studiowanie i to dzienne przez tyle lat. Znajoma uważa, że studia dzienne to strata czasu. Lepiej zaocznie i od razu rozpocząć karierę zawodową. Trochę mnie tym zaskoczyła i nie bardzo wiedziałam co jej na to odpowiedzieć. Kolejnego dnia oddałam się mojemu ulubionemu zajęciu (piekłam pierniki), a myślą pozwoliłam swobodnie płynąć.
Studia dzienne zaraz po liceum były dla mnie tak oczywiste jak to że niebo jest niebieskie, a trawa zielona. Gdybym szła normalnym trybem skończyłabym studia ponad 2 lata temu i pewnie od tego czasu pracowała. W czasie studiów na politechnice odezwała się ta moja ambitniejsza strona i zamarzył mi się drugi kierunek. Te marzenia pojawiły się głównie dzięki Ł. który cały czas mnie motywował do pracy. I to nie byle jaki bo prowadzony w całości po angielsku. Oczywiście też dziennie. Nie będę ukrywać,że były momenty gdy miałam ochotę tym rzucić i już nigdy więcej nie patrzeć na notatki,skrypty i sprawozdania. Były takie semestry, że na uczelni spędzałam po 10 godzin dziennie i sesje gdy nawarstwiło się 8 egzaminów w ciągu tygodnia. Dzień przed własnym ślubem zdawałam egzamin,by potem móc spokojnie wyjechać na wakacje ;-) Tym sposobem moje studia zamiast 5 lat, trwały 7,5 roku. Z całym przekonaniem mogę powiedzieć że nie żałuję! W między czasie odbyłam kilka staży, w fajnych i tych mniej fajnych firmach. To wszystko kosztowało mnie dużo pracy i poświęceń, ale już mi tego brakuje i zastanawiam się co dalej ze sobą począć...  Jestem też przekonana, że gdyby nie ta ciężka praca nie dostałabym pracy w tak fajnym miejscu praktycznie bez brania udziału w rekrutacji, po prostu płynnie przeszłam ze stażu. Tak więc teraz już z całym przekonaniem mogę powiedzieć, że nie żałuję że ponad 7 lat spędziłam na uczelni.

czwartek, 26 listopada 2015

Tylko krowa zdania nie zmienia :)

Przez całe swoje życie żyłam sobie w przekonaniu że jak człowiek jeździ na co dzień autem które stoi pod blokiem to tak na dobrą sprawę wcale nie potrzebuje zimowej kurtki, butów czy grubych rękawiczek. Wychodzi się z ciepłego domu,a po minucie w aucie też jest ciepło, a potem do pracy. Razem do przejęcia raptem 20 metrów. Oj naiwna byłam!
Samochodem regularnie jeżdżę od marca, czyli zimy wtedy już nie było. Wcześniej nie miałam takiej potrzeby, wolałam komunikację miejską. Przystanek jest niedaleko domu, później na uczelnie też nie miałam daleko. Czas w autobusie to był czas na douczenie się na zajęcia czy poczytanie książki.
Zdanie zmieniłam bardzo szybko! Na Śląsku zrobiło się zimno w poniedziałek, tzn na tyle zimno że trzeba drapać szyby. W pierwsze dwa dni tego tygodnia tak się złożyło że zawoziłam Ł.do pracy i to było jego zadanie, a ja przychodziłam już na gotowe do ciepłego auta. Wczoraj musiałam to zrobić sama. Już wiem że jeżdżąc autem pomimo tego że z domu do auta mam 10 metrów, a z parkingu do pracy jeszcze mniej to potrzebuje wszystkich tych grubych zimowych ciuchów, butów i dodatków. Jesienny płaszcz, szpilki i cienkie rękawiczki to zdecydowanie nie jest dobry strój do rozmrażania samochodu. Dziś byłam mądrzejsza i nawet czapkę zabrałam, ale nie wyjrzałam za okno... To był kolejny błąd, bo dziś w nocy wcale nie było aż tak zimno i szyby w aucie nie zamarzły... :)

środa, 25 listopada 2015

Nie tym razem...

Nadszedł upragniony i wyczekany poniedziałek. Poprzedni tydzień minął głównie na pracy i złym samopoczuciu po lekach, w weekend przewinęło się kilkoro znajomych. Generalnie nie miałam za wiele czasu na rozmyślanie, aczkolwiek cały czas gdzieś z tyłu głowy tliła się nadzieja.
W poniedziałkowy poranek pobudka była 20 minut wcześniej tak aby móc przed pracą podjechać do laboratorium. Poszło sprawie, nawet co zaskakujące z miejscem parkingowym nie było problemu. W laboratorium w którym najczęściej wykonuje badania ( nie jest to w klinice do której mam prawie 30km, a jakieś 3 km od domu) wyniki w wersji papierowej są dostępne następnego dnia, ale mają też stronę internetową i tam po założeniu konta i wpisaniu kilku danych można jeszcze tego samego dnia sprawdzić co i jak. Doświadczenie mówiło mi, że wcześniej jak o 16 nie ma co sprawdzać. Wytrzymałam gdzieś do południa, a potem to stronę odświeżyłam chyba z milion razy. To samo było w drodze do domu, na każdych światłach sprawdzałam czy może już...
W domu odpaliłam komputer i zanim weszłam na stronę laboratorium zerknęłam na facebooka, a tam znajomi wrzucili zdjęcie swojej córki urodzonej jakieś 2 godziny wcześniej. Wiem, że to okropnie głupie ale pomyślałam sobie że to jakiś dobry znak... Byłam w wielkim błędzie, bo już po kilku minutach okazało się, że betaHCG wynosi u mnie 0,74 mIU/ml. Dobry humor pękł jak bańka mydlana, ale trzymałam się dzielnie do wieczora. Wieczorem okazało się że gdybym poczekała do wtorku to badanie nie było by potrzebne. Dostałam okres. Co tu ukrywać mimo tego, że musielibyśmy mieć niesamowite szczęście by się udało za pierwszym podejściem to nadzieje miałam olbrzymią. Popłakałam się, Ł.przytulił i jak dziecku wytłumaczył że trzeba to wziąć na spokojnie, że przecież wiemy że nie będzie łatwo, że nie wolno się poddawać tylko cieszyć się dniem codziennym, a w końcu nam się uda, bo przecież chodzimy do dobrego lekarza i jesteśmy na początku tej drogi i mimo, że moje jajniki nie do końca, to ja jestem jeszcze młoda i mamy czas. Normalnie ja to wszystko wiem, ale czasem trzeba mi poukładać w głowie...
Dwa dni trochę się posmuciłam, ale dziś już chyba wróciłam do formy z mocnym postanowieniem, że GŁOWA DO GÓRY :). Umówiłam się na kolejną wizytę 4 grudnia, na badanie sonohsg. Wiem, że to będzie badanie z tych nieprzyjemno - bolesnych, więc trochę się obawiam, ale to jeszcze ponad tydzień więc nie chce się martwić na zapas. Na zmartwienia najlepszy jest sport, a że nie jestem w ciąży, nie biorę leków po których mam mdłości to dzisiejszego popołudnia wracam na treningi! :)

wtorek, 17 listopada 2015

Krok drugi,trzeci... czyli nabieramy prędkości!

Aby leczyć się w klinice niepłodności to przede wszystkim trzeba się uzbroić w cierpliwość i przygotować się na wieczne czekanie na wszystko. Nie mówię tu o godzinach przyjęć, bo za każdym razem wizyta odbyła się prawie ze szwajcarską precyzją. Mam na myśli to oczekiwanie na konkretny dzień cyklu by wykonać badanie, na wyniki tych badań, na rezultaty lub ich brak przyjmowanych leków. Ale po kolei...

W poprzednim wpisie w tym temacie pisałam o swoim podekscytowaniu że wreszcie coś zaczyna się dziać . Wtedy jeszcze nie wiedziałam jakiego rozpędu to nabierze. Wyniki badań wspólnie mamy dobre, tzn Ł. ma doskonałe. Nawet usłyszeliśmy, że pani doktor dawno nie widziała tak dobrych wyników badania nasienia. U mnie nie jest tak różowo, niby jest ok ale parametry hormonów (AMH, LH, FSH, Estradiol itd) odpowiadają raczej kobiecie po 30, a mi do niej zostały jeszcze całe 3 lata.

Na wizycie w 10dc dostałam receptę na Otrivelle (lek powodujący pękanie jajeczek) i dokładną rozpiskę kiedy należałoby współżyć (jak ja nie lubię tego słowa, jakby słowo seks gryzło). Ten harmonogram seksu nawet nas rozśmieszył, narazie nie odczuwamy presji, że seks=zapłodnienie, po prostu dobrze się bawimy. Najgorszy był ten zastrzyk, bo musiał być zrobiony o konkretnej porze, a tak się złożyło że byłam sama w domu. Wbić sobie igłe w brzuch wcale nie jest tak łatwo....

Kolejna wizyta byla w 17dc, na usg okazało się że wszystko jest pięknie i są duże szansę iż doszło do zapłodnienia. Dostałam Lutinus, globulki z progesteronem. Mam je brać przez 10 dni,a następnie sprawić poziom betaHcg we krwi... Generalnie teraz mam odpoczywać i się nie przemęczać, co zresztą nie jest trudne bo po tym leku mam straszne mdłości, więc generalnie moje możliwości są dość ograniczone. Według ulotki podobno 10 na 100 kobiet tak reaguje, mój pech ze jestem w tych 10%.

Sama przed sobą nie chce się przyznać, ale to rozbudzilo moje nadzieje. Cały czas trzymam kciuki za potencjalną fasolkę. Staram się tym nie stresować, podejść na luzie, ale chyba nie potrafię. Wracając do sedna, to czekanie jest najgorsze... Test z krwi mam zrobić 24 listopada, to jeszcze tydzień...

poniedziałek, 9 listopada 2015

Kobieta zmienną jest... czyli o wszystkim i o niczym

Dziś miał się pojawić kolejny wpis o Tajlandii. On nawet jest napisany bodajże od soboty, brakuje mu tylko dodania kilku zdjęć, ale jakoś nie mogę się zmotywować by wyciągnąć dysk z szuflady i wybrać coś ciekawego.
Jesienna aura i paskudne zastrzyki hormonalne raczej nie sprzyjają mojemu dobremu samopoczuciu. Liczę na to, że czwartkowa wizyta u lekarza trochę rozjaśni mi w głowie i wrócę do formy. Tymczasem dopinam niespodziankę świąteczno-urodzinową dla Ł. Nawet nie przypuszczałam, że kupienie biletów lotniczych i znalezienie noclegów może być tak skomplikowane. Wszystko przez wspólne konto :D bo co by to była za niespodzianka gdyby przypadkiem natknął się na płatność z wizzair'a w historii transakcji.
Po pracy postanowiłam sprawdzić czy coś się zmieniło w kwestii moich uczuć do zakupów. Wiem, że to nietypowe, ale jestem kobietą i z całego serca nienawidzę zakupów. Zwłaszcza tych ubraniowych! Nigdy chyba nie zrozumiem jak można lubić chodzenie po sklepach i to rozbieranie, ubieranie, rozbieranie, ubieranie i tak w kółko. Dla mnie idealne są, a raczej byłyby, zakupy w domu na kanapie przez internet, najlepiej z lampką wina pod ręką. Celowo napisałam byłyby, ponieważ nie znam drugiej osoby która by miała taki problem ze znalezieniem odpowiedniego rozmiaru. Pomimo wieku już dawno nie dziecięcego to działy dziecięce idealnie reprezentują mój rozmiar :) Niestety tam nie znajdę ubrań do pracy. A rzadko który sklep ma rozmiarówkę zaczynającą się od 32. Kiedyś nawet przeszłam na dietę by przytyć, ale na kluczowe części ciała jak szerokość ramion i rozmiar biustu jakoś to nie pomogło ;)  Wiem, że lepiej w tą stronę niż w drugą, ale jeśli mierzy się dziesiątą z kolei koszulę lub marynarkę, a w każdej wygląda się jak po starszej i większej siostrze to raczej nie jest dobrze. Koniec końców dzisiejsze zakupy się udały, ale miałam ochotę trochę sobie ponarzekać i już mi trochę lepiej :)