czwartek, 31 grudnia 2015

Zielony potwór - zazdrość

Święta w tym roku cieszyły mnie wyjątkowo. Przed świętami wszystko było w biegu i żałowałam iż nie mam kilku dodatkowych dnia aby wszystko było przygotowane idealne. Może też dlatego jakoś bardziej doceniłam ten czas spędzany wspólnie i to takie życiowe zwolnienie. Oczywiście były odwiedziny u rodziny, ale po raz pierwszy od 3 lat udało nam się ten czas tak zorganizować, że drugi dzień świat do 17 mieliśmy tylko dla siebie. Były spacery, leniwe poranki z książką i partyjki w scrabble. Tą naszą sielanką co jakiś czas zakłócało mi lekkie uczucie zazdrości. Taki mały zielonkawy potwór co jakiś czas wychodził i bałaganił mi w głowie... Generalnie to ja ludziom nie zazdroszczę, mam super życie, wspaniałego męża, bardzo stabilną sytuację finansową, ciekawą pracę. Jest jedna rzecz która uaktywnia zielonego trolla - informacja o potomstwie znajomych i przyjaciół. Z jednej strony bardzo się cieszę, że będą mieć swojego bąbelka i to jest bardzo pozytywne uczucie, ale z drugiej strony te myśli dlaczego nie ja? kiedy to ja będę się mogła pochwalić? a co jeśli nigdy? Dobrze wiem, że to są irracjonalne myśli, ale nic nie umiem na to poradzić... 
Dziś byłam na kolejnej wizycie w klinice, od początku cyklu brałam Clo, dziś dostałam zastrzyk na pęknięcie pęcherzyków. Tak, w liczbie mnogiej! W poniedziałek wracam sprawdzić czy pękły. Staram się nie rozbudzać w sobie nadziei, ale chyba nie potrafię... Teraz pozostaje zrobić dziś wieczorem zastrzyk, a od jutra nie wychodzić z łóżka ;) Może uda nam się zacząć ten nowy rok od dobrej wiadomości...

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Zderzenie z rzeczywistością

Każdy kto idzie na wizytę do klinki leczenia niepłodności jest mniej lub bardziej świadomy tego, że posiadanie dziecka nie będzie takie łatwe. Generalnie gdybyśmy sobie nie zdawali sprawy, że mamy problem nigdy do takiego miejsca byśmy nie trafili. Ja w zeszłym tygodniu przekonałam się że zdawać sobie sprawę z problemu a usłyszeć o nim z ust lekarza to jednak dwie różne rzeczy.
Wizyta po pracy w środę, jechałam na spokojnie, bez stresu raczej z ciekawością co dalej. Wyjątkowo jechałam sama. Do tej pory na wszystkie wizyty, poza tymi 5 minutowymi na usg w połowie cyklu, jeździliśmy razem. Tym razem też tak miało być, niestety obowiązki zatrzymały Ł. w pracy. Pani doktor długo przeglądała nasze wyniki. Nasienie męża jest idealne, moje wyniki są przyzwoite,  jajowody drożne, macica bez żadnych zmian. W teorii więc nie powinno być problemu...
Wtedy z jej ust padło słowo, a raczej dwa niepłodność idiopatyczna- niemożliwość poczęcia dziecka bez konkretnej przyczyny. Wtedy mi się wydawało że brak konkretnej przyczyny jest równoznaczny z brakiem konkretnego leczenia. Poniekąd miałam rację, bo nie wystarczy np. uregulować hormonów czy udrożnić jajowodów, a na teście pojawią się dwie kreski. Można raczej pomagać, poniekąd motywować, swój organizm do lepszej pracy. Jedyną pozytywną rzeczą, którą usłyszałam tego dnia to że dobrze iż jestem przed trzydziestką, bo to nam daje dużo większe szanse na krótsze leczenie i lepsze rezultaty. W najbliższym cyklu, od trzeciego dnia przez pięć dni mam zażywać Clostilbegyt( na lepszy wzrost jajeczek), a w 11 na usg i zobaczymy co dalej.
Gdy minęło kilka dni i ochłonęłam, to doszłam do wniosku, że przecież nie ma tragedii. Mogło być dużo, dużo gorzej, ale musiałam to sobie przepracować w głowie i oswoić się z tym wszystkim. Teraz znowu z nadzieją patrze na kolejne miesiące, a czytając o skuteczności leków przy naszej diagnozie pojawia się nawet nadzieja, że w kolejne święta albo będziemy już we troje albo ja będę w dwupaku ;)

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Stres i strach

Ostatni tydzień minął mi właśnie w permanentnym uczuciu strachu, cały czas byłam zestresowana tak że nie mogłam zasnąć, a w ciągu dnia nie myślałam o niczym innym. Nie pomagała praca, sport, książki, konsola i najpotężniejsza broń na wszelkie strachy i smutki seks. Powodem całego zamieszania było badanie ( a według klinik zabieg!) sonoHSG czyli sonohisterosalpingografia. Na samej nazwie można sobie język połamać i moim zdaniem jest nie do wymówienia na jednym oddechu.
Umówiona byłam na piątek na 13. Miła pani z recepcji kazała przyjechać pół godziny wcześniej i koniecznie z kimś, bo po wszystkim tu cytat "nie można prowadzić samochodu, a zresztą i tak nie będzie pani w stanie". Jak to usłyszałam to nogi się pode mną ugięły. Tym razem nie bardzo bałam się wyników, to zeszło na dalszy plan, a samego badania i bólu. Ja to w ogóle na ból odporna nie jestem, a na poprzedniej wizycie lekarz powiedział że to badanie jest raczej z tych bardziej bolesnych. Po raz pierwszy (to ze strachu) postanowiłam też nie korzystać z wiedzy internetowej i jedyne co przeczytałam o tym badaniu to jego opis na stronie klinki. Jakby ktoś chciał to jest tutaj KLIK. Napisali, że zwykle jest bezbolesne - kłamali!
Wybiła 12:30 pojawiliśmy się w recepcji, dostałam formularz i zgody do podpisania. Głupia ja - przeczytałam co podpisuje, a tam o komplikacjach od zakażenia pochwy i macicy, poprzez krwotok wewnętrzny aż do zgonu. Ręka tak mi się trzęsła, że napisanie daty i nazwiska to był już wyczyn. Sympatyczna położna dała mi leki przeciwbólowe w formie czopku i tabletkę uspokajająco-rozluźniającą, jak powiedziała "ciężko się po niej myśli, taka ogłupiająca tabletczeka i od razu będzie pani lepiej". Potem zostałam posadzona na krześle i kazali czekać na efekt leków. Ł. na szczęście był ze mną i robił co mógł abym przynajmniej trochę mniej się bała. Przyszedł lekarz zadał kilka pytań i hop na fotel. Pan doktor robił co mógł żeby odwrócić moją uwagę, zagadywał, ale ja jak się stresuję ani rozmowna nie jestem ani za miła. Cierpliwość to chłop miał ;) Ile trwało badanie to nie wiem, według mnie stanowczo za długo, ale Ł. był cały czas obok i mówił że to kilka minut było. Bolało, nawet bardzo bolało. Dało się wytrzymać, ale łzy z bólu i stresu poleciały. Po wszystkim faktycznie byłam trochę ogłupiona i musiałam się bardzo skupić aby mówić z sensem.
Popołudnie i wieczór spędziłam w łożu, właściwie to przespałam. Brzuch bolał, ale tak jak podczas okresu. Mieszanka stresu, bólu, leków i niewyspanie sprawiły że spalam jak dziecko. Najważniejsze jest to, ze obydwa jajowody mam drożne!!!! W środę kolejna wizyta, już u naszej pani doktor i dowiemy się co dalej...

poniedziałek, 30 listopada 2015

Spotkanie po latach

W piątek po pracy w jednej ze spożywczych sieciówek spotkałam dawno nie widzianą koleżankę. Prawdę mówiąc minęło chyba 8 czy 9 lat kiedy miałyśmy ostatni raz okazję porozmawiać. Dzięki facebookowi każda mniej więcej wiedziała co słychać u drugiej, ale padło oczywiście pytanie 'co u Ciebie słychać'. Obydwie udzieliłyśmy dość skróconej wersji wydarzeń bez zbędnych szczegółów. Po czym usłyszałam pytanie czy nie szkoda mi było życia na studiowanie i to dzienne przez tyle lat. Znajoma uważa, że studia dzienne to strata czasu. Lepiej zaocznie i od razu rozpocząć karierę zawodową. Trochę mnie tym zaskoczyła i nie bardzo wiedziałam co jej na to odpowiedzieć. Kolejnego dnia oddałam się mojemu ulubionemu zajęciu (piekłam pierniki), a myślą pozwoliłam swobodnie płynąć.
Studia dzienne zaraz po liceum były dla mnie tak oczywiste jak to że niebo jest niebieskie, a trawa zielona. Gdybym szła normalnym trybem skończyłabym studia ponad 2 lata temu i pewnie od tego czasu pracowała. W czasie studiów na politechnice odezwała się ta moja ambitniejsza strona i zamarzył mi się drugi kierunek. Te marzenia pojawiły się głównie dzięki Ł. który cały czas mnie motywował do pracy. I to nie byle jaki bo prowadzony w całości po angielsku. Oczywiście też dziennie. Nie będę ukrywać,że były momenty gdy miałam ochotę tym rzucić i już nigdy więcej nie patrzeć na notatki,skrypty i sprawozdania. Były takie semestry, że na uczelni spędzałam po 10 godzin dziennie i sesje gdy nawarstwiło się 8 egzaminów w ciągu tygodnia. Dzień przed własnym ślubem zdawałam egzamin,by potem móc spokojnie wyjechać na wakacje ;-) Tym sposobem moje studia zamiast 5 lat, trwały 7,5 roku. Z całym przekonaniem mogę powiedzieć że nie żałuję! W między czasie odbyłam kilka staży, w fajnych i tych mniej fajnych firmach. To wszystko kosztowało mnie dużo pracy i poświęceń, ale już mi tego brakuje i zastanawiam się co dalej ze sobą począć...  Jestem też przekonana, że gdyby nie ta ciężka praca nie dostałabym pracy w tak fajnym miejscu praktycznie bez brania udziału w rekrutacji, po prostu płynnie przeszłam ze stażu. Tak więc teraz już z całym przekonaniem mogę powiedzieć, że nie żałuję że ponad 7 lat spędziłam na uczelni.

czwartek, 26 listopada 2015

Tylko krowa zdania nie zmienia :)

Przez całe swoje życie żyłam sobie w przekonaniu że jak człowiek jeździ na co dzień autem które stoi pod blokiem to tak na dobrą sprawę wcale nie potrzebuje zimowej kurtki, butów czy grubych rękawiczek. Wychodzi się z ciepłego domu,a po minucie w aucie też jest ciepło, a potem do pracy. Razem do przejęcia raptem 20 metrów. Oj naiwna byłam!
Samochodem regularnie jeżdżę od marca, czyli zimy wtedy już nie było. Wcześniej nie miałam takiej potrzeby, wolałam komunikację miejską. Przystanek jest niedaleko domu, później na uczelnie też nie miałam daleko. Czas w autobusie to był czas na douczenie się na zajęcia czy poczytanie książki.
Zdanie zmieniłam bardzo szybko! Na Śląsku zrobiło się zimno w poniedziałek, tzn na tyle zimno że trzeba drapać szyby. W pierwsze dwa dni tego tygodnia tak się złożyło że zawoziłam Ł.do pracy i to było jego zadanie, a ja przychodziłam już na gotowe do ciepłego auta. Wczoraj musiałam to zrobić sama. Już wiem że jeżdżąc autem pomimo tego że z domu do auta mam 10 metrów, a z parkingu do pracy jeszcze mniej to potrzebuje wszystkich tych grubych zimowych ciuchów, butów i dodatków. Jesienny płaszcz, szpilki i cienkie rękawiczki to zdecydowanie nie jest dobry strój do rozmrażania samochodu. Dziś byłam mądrzejsza i nawet czapkę zabrałam, ale nie wyjrzałam za okno... To był kolejny błąd, bo dziś w nocy wcale nie było aż tak zimno i szyby w aucie nie zamarzły... :)

środa, 25 listopada 2015

Nie tym razem...

Nadszedł upragniony i wyczekany poniedziałek. Poprzedni tydzień minął głównie na pracy i złym samopoczuciu po lekach, w weekend przewinęło się kilkoro znajomych. Generalnie nie miałam za wiele czasu na rozmyślanie, aczkolwiek cały czas gdzieś z tyłu głowy tliła się nadzieja.
W poniedziałkowy poranek pobudka była 20 minut wcześniej tak aby móc przed pracą podjechać do laboratorium. Poszło sprawie, nawet co zaskakujące z miejscem parkingowym nie było problemu. W laboratorium w którym najczęściej wykonuje badania ( nie jest to w klinice do której mam prawie 30km, a jakieś 3 km od domu) wyniki w wersji papierowej są dostępne następnego dnia, ale mają też stronę internetową i tam po założeniu konta i wpisaniu kilku danych można jeszcze tego samego dnia sprawdzić co i jak. Doświadczenie mówiło mi, że wcześniej jak o 16 nie ma co sprawdzać. Wytrzymałam gdzieś do południa, a potem to stronę odświeżyłam chyba z milion razy. To samo było w drodze do domu, na każdych światłach sprawdzałam czy może już...
W domu odpaliłam komputer i zanim weszłam na stronę laboratorium zerknęłam na facebooka, a tam znajomi wrzucili zdjęcie swojej córki urodzonej jakieś 2 godziny wcześniej. Wiem, że to okropnie głupie ale pomyślałam sobie że to jakiś dobry znak... Byłam w wielkim błędzie, bo już po kilku minutach okazało się, że betaHCG wynosi u mnie 0,74 mIU/ml. Dobry humor pękł jak bańka mydlana, ale trzymałam się dzielnie do wieczora. Wieczorem okazało się że gdybym poczekała do wtorku to badanie nie było by potrzebne. Dostałam okres. Co tu ukrywać mimo tego, że musielibyśmy mieć niesamowite szczęście by się udało za pierwszym podejściem to nadzieje miałam olbrzymią. Popłakałam się, Ł.przytulił i jak dziecku wytłumaczył że trzeba to wziąć na spokojnie, że przecież wiemy że nie będzie łatwo, że nie wolno się poddawać tylko cieszyć się dniem codziennym, a w końcu nam się uda, bo przecież chodzimy do dobrego lekarza i jesteśmy na początku tej drogi i mimo, że moje jajniki nie do końca, to ja jestem jeszcze młoda i mamy czas. Normalnie ja to wszystko wiem, ale czasem trzeba mi poukładać w głowie...
Dwa dni trochę się posmuciłam, ale dziś już chyba wróciłam do formy z mocnym postanowieniem, że GŁOWA DO GÓRY :). Umówiłam się na kolejną wizytę 4 grudnia, na badanie sonohsg. Wiem, że to będzie badanie z tych nieprzyjemno - bolesnych, więc trochę się obawiam, ale to jeszcze ponad tydzień więc nie chce się martwić na zapas. Na zmartwienia najlepszy jest sport, a że nie jestem w ciąży, nie biorę leków po których mam mdłości to dzisiejszego popołudnia wracam na treningi! :)

wtorek, 17 listopada 2015

Krok drugi,trzeci... czyli nabieramy prędkości!

Aby leczyć się w klinice niepłodności to przede wszystkim trzeba się uzbroić w cierpliwość i przygotować się na wieczne czekanie na wszystko. Nie mówię tu o godzinach przyjęć, bo za każdym razem wizyta odbyła się prawie ze szwajcarską precyzją. Mam na myśli to oczekiwanie na konkretny dzień cyklu by wykonać badanie, na wyniki tych badań, na rezultaty lub ich brak przyjmowanych leków. Ale po kolei...

W poprzednim wpisie w tym temacie pisałam o swoim podekscytowaniu że wreszcie coś zaczyna się dziać . Wtedy jeszcze nie wiedziałam jakiego rozpędu to nabierze. Wyniki badań wspólnie mamy dobre, tzn Ł. ma doskonałe. Nawet usłyszeliśmy, że pani doktor dawno nie widziała tak dobrych wyników badania nasienia. U mnie nie jest tak różowo, niby jest ok ale parametry hormonów (AMH, LH, FSH, Estradiol itd) odpowiadają raczej kobiecie po 30, a mi do niej zostały jeszcze całe 3 lata.

Na wizycie w 10dc dostałam receptę na Otrivelle (lek powodujący pękanie jajeczek) i dokładną rozpiskę kiedy należałoby współżyć (jak ja nie lubię tego słowa, jakby słowo seks gryzło). Ten harmonogram seksu nawet nas rozśmieszył, narazie nie odczuwamy presji, że seks=zapłodnienie, po prostu dobrze się bawimy. Najgorszy był ten zastrzyk, bo musiał być zrobiony o konkretnej porze, a tak się złożyło że byłam sama w domu. Wbić sobie igłe w brzuch wcale nie jest tak łatwo....

Kolejna wizyta byla w 17dc, na usg okazało się że wszystko jest pięknie i są duże szansę iż doszło do zapłodnienia. Dostałam Lutinus, globulki z progesteronem. Mam je brać przez 10 dni,a następnie sprawić poziom betaHcg we krwi... Generalnie teraz mam odpoczywać i się nie przemęczać, co zresztą nie jest trudne bo po tym leku mam straszne mdłości, więc generalnie moje możliwości są dość ograniczone. Według ulotki podobno 10 na 100 kobiet tak reaguje, mój pech ze jestem w tych 10%.

Sama przed sobą nie chce się przyznać, ale to rozbudzilo moje nadzieje. Cały czas trzymam kciuki za potencjalną fasolkę. Staram się tym nie stresować, podejść na luzie, ale chyba nie potrafię. Wracając do sedna, to czekanie jest najgorsze... Test z krwi mam zrobić 24 listopada, to jeszcze tydzień...

poniedziałek, 9 listopada 2015

Kobieta zmienną jest... czyli o wszystkim i o niczym

Dziś miał się pojawić kolejny wpis o Tajlandii. On nawet jest napisany bodajże od soboty, brakuje mu tylko dodania kilku zdjęć, ale jakoś nie mogę się zmotywować by wyciągnąć dysk z szuflady i wybrać coś ciekawego.
Jesienna aura i paskudne zastrzyki hormonalne raczej nie sprzyjają mojemu dobremu samopoczuciu. Liczę na to, że czwartkowa wizyta u lekarza trochę rozjaśni mi w głowie i wrócę do formy. Tymczasem dopinam niespodziankę świąteczno-urodzinową dla Ł. Nawet nie przypuszczałam, że kupienie biletów lotniczych i znalezienie noclegów może być tak skomplikowane. Wszystko przez wspólne konto :D bo co by to była za niespodzianka gdyby przypadkiem natknął się na płatność z wizzair'a w historii transakcji.
Po pracy postanowiłam sprawdzić czy coś się zmieniło w kwestii moich uczuć do zakupów. Wiem, że to nietypowe, ale jestem kobietą i z całego serca nienawidzę zakupów. Zwłaszcza tych ubraniowych! Nigdy chyba nie zrozumiem jak można lubić chodzenie po sklepach i to rozbieranie, ubieranie, rozbieranie, ubieranie i tak w kółko. Dla mnie idealne są, a raczej byłyby, zakupy w domu na kanapie przez internet, najlepiej z lampką wina pod ręką. Celowo napisałam byłyby, ponieważ nie znam drugiej osoby która by miała taki problem ze znalezieniem odpowiedniego rozmiaru. Pomimo wieku już dawno nie dziecięcego to działy dziecięce idealnie reprezentują mój rozmiar :) Niestety tam nie znajdę ubrań do pracy. A rzadko który sklep ma rozmiarówkę zaczynającą się od 32. Kiedyś nawet przeszłam na dietę by przytyć, ale na kluczowe części ciała jak szerokość ramion i rozmiar biustu jakoś to nie pomogło ;)  Wiem, że lepiej w tą stronę niż w drugą, ale jeśli mierzy się dziesiątą z kolei koszulę lub marynarkę, a w każdej wygląda się jak po starszej i większej siostrze to raczej nie jest dobrze. Koniec końców dzisiejsze zakupy się udały, ale miałam ochotę trochę sobie ponarzekać i już mi trochę lepiej :)

piątek, 30 października 2015

Ten pierwszy krok

Pewnie jak każda kobieta, która jest w szczęśliwym związku i odczuwa instynkt macierzyński marzę o dziecku. Decyzję, że chcielibyśmy powiększyć naszą małą rodzinkę podjęliśmy ponad rok temu. Odstawiłam tabletki i wyszłam z założenia, że za kilka miesięcy najdalej za rok będę w ciąży. Ten rok minął w czerwcu, a my nadal jesteśmy we tylko we dwoje.

Jakoś na początku sierpnia przy śniadaniu jak zawsze słuchaliśmy tok fm, a tam był wywiad z Izą i z jej mężem. Iza prowadzi bloga  krotki.blog.pl . W ciągu tygodnia przeczytałam od deski do deski i co tu ukrywać trochę się przestraszyłam. Po głębszych przemyśleniach razem doszliśmy do wniosku, że jeśli po wrześniowym urlopie nic się nie zmieni pójdziemy do lekarza. Wróciliśmy z wakacji  (tu znowu wkracza Iza i jej blog) i trafiłam na stronę stowarzyszenia Nasz Bocian, dzięki ich opiniom i rekomendacjom wybrałam klinikę do której chciałabym pójść i się przebadać.

Miejsce wybrałam, pozostało umówić się na wizytę. Czekaliśmy ponad miesiąc, ale było warto. Myślałam, że pierwsza wizyta to będzie zwykłe badanie i pogadanka, ale gdzie tam. Od razu pobrali nam z milion badań. Kolejna wizyta przede mną w najbliższy czwartek. Wydaje mi się, że jestem przygotowana na różne scenariusze, ale cały czas mam nadzieję, że pójdę do lekarza i usłyszę "niepotrzebnie Pani przychodziła. Jesteś w ciąży..."



ps. obiecuję, że następny wpis będzie bardziej radosny. Nadszedł czas by w końcu zebrać z różnych miejsc wspomnienia z Tajlandii.

czwartek, 29 października 2015

Przedstaw się i powiedz kilka słów o sobie...

... gdy słyszę powyższe zdanie na wszelakich szkoleniach, konferencjach, warsztatach to zawsze oblewam się zimnym potem. Po pierwsze nigdy nie wiem co powinnam posiedzieć, aby nie było ani za długo ani za krótko, po drugie ja naprawdę nie lubię wypowiadać się przed grupą obcych ludzi. Tutaj w wirtualnym świecie jest trochę inaczej. Przede wszystkim nie wiem czy ktoś kiedykolwiek to przeczyta. Długo zastanawiałam się czy pisać anonimowo czy podpisać się imieniem i nazwiskiem. Patrząc na to czym zamierzam się tutaj dzielić wybrałam pewien półśrodek, nie zamierzam się chować za fikcyjnymi profilami jeśli ktoś będzie miał ochotę ze mną porozmawiać,  ale też nie do końca chciałbym aby rodzinka i część znajomych mogło tu trafić bez problemów.

Przechodząc do sedna :) Na imię mam Marta, bliżej mi do trzydziestki niż dwudziestki. Od 9 lat jestem w związku, a od półtora roku szczęśliwą mężatką. Mimo, że na Śląsku mieszkam od urodzenia nie potrafię mówić ani nie rozumiem gwary co zawsze śmieszy moich znajomych. Uwielbiam lato, a nienawidzę zimy, chociaż kocham narty. Do opisania idealnego wieczoru w domu wystarczą mi 2 słowa klucze: wino i scrabble. Kocham planować, zwłaszcza podróże. Cieszą mnie wycieczki na drugi koniec świata, ale weekend w Beskidach czy wycieczka rowerowa ekscytuje mnie równie mocno. Jestem wybredna co do jedzenia, ale na pieczeniu ciast, ciasteczek, tortów mogłabym spędzić w kuchni całą wieczność. Bywam nieśmiała,  w sumie to jestem, ale z całych sił staram się z tym walczyć. Chyba znowu wyszło mi bardzo chaotycznie, ale mam nadzieję, że się poprawię. 

środa, 28 października 2015

Pierwsze koty za płoty

Do założenia bloga zabierałam się już od dłuższego czasu. Nawet podjełam kilka prób stworzenia szablonu idealnego, ale z racji braku jakichkolwiek umiejętności w tym kierunku zawsze porzucałam robotę w trakcie. Tym razem postanowiłam zacząć od drugiej strony... Wizualnie nie jest to szczyt moich marzeń i kiedyś mam nadzieję, że będzie tu ślicznie i w moim guście, ale narazie musi mi wystarczyć to co proponuje blogger. Doszłam do wniosku, że nie wygląd a treść jest tutaj najważniejsza.

Potrzebę pisania w mniejszym czy większym stopniu czułam praktycznie zawsze. Do tej pory wystarczał mi zeszyt i pióro, ale ostatnio dużo się u mnie dzieję i to jest dobrą motywacją aby zmienić format :)

Skąd ten tytuł spełniając marzenia? Całe moje, a zapewne większości ludzi, polega właśnie na spełnianiu i realizacji marzeń. Jedno się spełni, a pojawia się następne. O tym tutaj chce pisać o tych marzeniach zrealizowanych i tych na które dopiero przyjdzie czas, o tych małych jak spacer po lesie, wieczór z winem i dobrą książką, przez podróże małe i duże po to obecnie największe marzenie... Marzenie o dziecku.