sobota, 17 lutego 2018

Budujemy dom: projekt, papiery i urzędowe absurdy.

Budowa domu śni nam się po nocach i wylewa uszami, a jeszcze nie ma wybudowanego 1cm muru. Gdybyśmy rok temu wiedzieli ile jest z tym problemów, papierków i wszystkiego innego to pewnie dłużej byśmy się zastanowili czy chcemy dom budować czy kupić już gotowy od dewelopera. Ale od początku.

Działkę kupiliśmy jakieś 3 lata temu. Miasto sprzedawało w dobrej lokalizacji i w dobrej cenie, więc się skusiliśmy. Tym sposobem posiadamy 1300 metrów kwadratowych które jest tylko nasze. Zaraz obok osiedla na którym mieszkamy obecnie.Więc blisko do sklepu, lekarza, a co najważniejsze do szkoły i potencjalnych kolegów dziecka. Mamy znajomych którzy mieszkają w pięknej okolicy, ale co z tego, bo muszą dziecko zawozić do szkoły, na basen, angielski czy do koleżanek i  zasadniczo przeklinają ten swój piękny dom w super miejscu.

Zaraz po narodzinach Nelci zabraliśmy się za projekt. Najpierw przekopaliśmy internet w poszukiwani inspiracji i tym sposobem znaleźliśmy projekt prawie że idealny i to właśnie z nim zgłosiliśmy się do architekta. Wymagał on kilku przeróbek np. zmienialiśmy układ i wielkość okien, z dwóch łazienek na piętrze powstała jedna duża. Wydawało mi się, że to będzie raz dwa i gotowe, ostatecznie całość trwała prawie 5 miesięcy. W między czasie zaczęliśmy ogarniać różne urzędowe sprawy i to było najgorsze.

Oto moje ulubione:
1) Potrzebowaliśmy uzyskać warunki zabudowy z urzędu miasta. Koszt 75 zł, czas oczekiwania 30 dni. Efekt: dostaliśmy wydrukowane 2 kartki A4 z podpisem i pieczątką.
2) Gazownia. Najpierw napisaliśmy pismo o wydanie warunków przyłącza, czas oczekiwania - 30 dni. Później musieliśmy napisać pismo, że akceptujemy warunki i złożyć wniosek o wykonanie przyłącza, czas oczekiwania na odpowiedź - 30 dni ( a gazowania na wykonanie przyłącza ma 18 miesięcy). Gdy już to dostaliśmy  to wystarczyło podpisać umowę i zawieźć do gazowni i tu następuje najlepsze: normalnie się to oddaje i po 30 dni wraca po tą umowę z podpisem i pieczątką osoby u której się ten papier zostawiało (!) , ja poszłam z Nelą więc dostałyśmy od ręki.
3) Wodociągi. Prawie to samo co z gazem, tylko do tego jest jeszcze etap projektowy. Trzeba zrobić projekt wodociągów i kanalizacji na działce, oddać im do akceptacji (tak, tak mają na to 30 dni), później poczekać na podział prac (czyli co leży po naszej stronie, a co po stronie wodociągów) i tym razem mają na to aż 60 dni.
Przy tym wszystkim uzyskanie pozwolenia na budowę to żaden problem, jedno pismo, 30 dni i już :)

Najtrudniejszy z tego wszystkiego był wybór firmy budowlanej, która nam ten dom wybuduje. Mieliśmy kilka poleconych przez architekta i znajomych. Do każdej wysłaliśmy projekt z prośbą o wycenę. I tu standardy są różne. Niektóre firmy przysłały wycene po tygodniu inne po 2 miesiącach, niektóre przysyłały maila który zawierał 2 zdania, niektóre całą ofertę ze szczegółową rozpiską prac. Różnica cen była zawrotna, pomiędzy najtańszą a najdroższą było 300% różnicy. W każdym bądź razie okazuje się że stan surowy otwarty dla każdego znaczy coś innego, więc zwykłe porównywanie cen nie wchodzi w grę. Z racji, że my o tej branży nie mamy pojęcia to zatrudniliśmy inspektora budowlanego, pana Józefa. To właśnie on pomógł nam przebrnąć przez te wszystkie oferty i to on będzie na budowie sprawdzał czy firma robi wszystko tak jak w projekcie, czy nie oszukuje itp. W przyszłym tygodniu będziemy podpisywać umowę na budowę domu i w kwietniu albo maju (w zależności od pogody) nasze nowe gniazdko przestanie istnieć tylko na papierze/

piątek, 5 stycznia 2018

Nigdy więcej takiego grudnia

Gdy nadszedł grudzień z uśmiechem czekałam na święta. Gdy tylko Nelcia szła spać ja zamieniałam się w idealną panią domu i wieczory spędzałam w kuchni na pieczeniu i ozdabianiu pierników i ciasteczek. Łącznie do wszystkich wypieków zużyłam ok 6 kg maki, a największe ciastko miało średnice ok.5 centymetrów. Roboty od groma, ale ja uwielbiam różnego rodzaju wypieki. Cieszyłam się bardzo na te nasze pierwsza święta we troje. Pierwsza rysa pojawiła się po Mikołajkach, dopadło mnie zapalenie ucha, a Panienka przechodziła kryzys. Tylko mama, mama i mama. Mama znikła z oczu to krzyk.  Gdy wyszłam na prostą ze zdrowiem to pan Ł. miał nawał w pracy i spotkań związanych z budową, więc całe dnie byłyśmy same we dwie, a że górna jedynka powoli rośnie i nad mym dzieckiem się znęca to nie były to radosne i pełne uśmiechu chwile.
Kilka dni przed świętami wszystko zwolniło. Prezenty popakowane, humory dopisują. Nawet udało nam się tak rozplanować świąteczne spotkania, że pierwszy dzień świąt miał być tylko dla nas. I wtem trach. W piątek, dwa dni przed świętami, krótko po 18, dzwoni mój telefon. Patrzę moja babcia i myślę sobie ohoho pewnie dzwoni, co tam słychać bo raptem od dwóch dni do niej nie dzwoniłam, a że babcia w prawnuczce zakochana to średnio co drugi dzień trzeba zdać raport ;) Niestety to wcale nie był błahy telefon. Zmarł mój ukochany dziadek. Miał 77 lat. Długo chorował i jakkolwiek źle to nie zabrzmi to dla niego ta śmierć była wybawieniem. Od przeszło 2 lat nie było z nim kontaktu. Od jakiegoś czasu nawet sam nie jadł, ani nie pił. Gdyby nie sondy, cewniki i wspaniała opieka jaką miał już dawno by go z nami nie było. Każdy się tego spodziewał, wiedzieliśmy że jest z nim już bardzo źle, ale śmierć kogoś bliskiego nigdy nie jest w dobrym czasie i zawsze boli. Z racji daty pogrzeb był zaraz po świętach, które też były inne niż zazwyczaj, pokryte smutkiem i żalem. No i trzeba je było trochę przeorganizować tak aby babcia nie była sama. W dniu pogrzebu pogoda była parszywa jak diabli. My poszliśmy z Nelą, a właściwie ja byłam sama a Łukasz z nią większość czasu przesiedział w samochodzie. Nie bardzo mieliśmy ją z kimś zostawić. Zresztą bardzo potrzebowałam ją przytulić po całej ceremonii, więc dobrze że była blisko. Jakby tego wszystkiego było mało to w sylwestra rano obudził mnie okropny ból brzucha - okres mnie męczył. No i na pogrzebie potwornie się przeziębiłam, albo złapał mnie jakiś wirus, bo dopiero dzisiaj odżyłam. Błagam niech styczeń będzie dla nas bardziej łaskawy!

poniedziałek, 30 października 2017

Wakacyjnie

Mamy koniec października, a ja dopiero teraz zabieram się za opis naszych wakacyjnych wojaży. Siadałam już do tego z 7 razy, ale zawsze było coś ważniejszego do zrobienia na już, albo na wczoraj, albo dziecko me kochane miało inne plany. Początkowo chcieliśmy spędzić urlop w Grecji. tak typowo, jakiś dobry hotel z opcją all in. Jednak nasze wymagania okazały się trochę wygórowane. Hotele które nam się  podobały osiągały takie ceny jak 2 tygodniowy pobyt w Azji, więc olaliśmy temat. W miedzy czasie okazało się że rodzice Ł wraz z jego siostrą z dzieciakami jadą w sierpniu na tydzień na Mazury. To była szybka decyzja. Jedziemy z nimi. Znaleźliśmy sobie domek i już wakacje było zarezerwowane. Mam mieszane uczucia co do tego wyjazdu. Z jednej strony było super, bo Nelcia złapała kontakt z dziadkami ( nie wrzeszczy już na ich widok), mieliśmy trochę czasu we dwoje, a dziecko było pod czułą opieką dziadków lub cioci. Z drugiej strony jadąc na Mazury, do lasu nad jezioro mieliśmy nadzieję na wypoczynek w ciszy. Zresztą opis domku wprowadził nas trochę w błąd,a trochę nie doczytaliśmy o okolicy. Było napisane że są dwa domki w lesie na  dość dużej działce jakieś 300m od jeziora. I faktycznie tak było, ale nie napisali już ze zaraz obok są dwa duże ośrodki letniskowe i chyba ze 100 takich domków, a że ludzie są różni i przyjeżdżając do lasu niekoniecznie chcą wypoczywać w ciszy to było raczej dość głośno. Z jednego domku krzyki i śmiechy po nocach, z innego muzyka na cały regulator, a do innego co chwile ktoś przyjeżdżał i odjeżdżał i lubił sobie pogazować. Ciszy to my tam nie zaznaliśmy :) Spacery były super, po lesie nad jeziorem. No bajka po protu. Nawet pogoda nam dopisała. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie brak komarów. Przez 7 dni widziałam jednego.
Gdy mieliśmy już ogarnięte wakacje na Mazurach po rozmowach z kilkoma osobami zaczął nas kusić jeszcze jeden wyjazd wakacyjny. Gdzieś gdzie będzie ciepło. Nasze myśli kręciły się wokół chorwackiej wysypy Pag. Byliśmy tam na wakacjach 4 lata temu i było super. Ze Ślaska jest tam niecałe 1000 km. Napisaliśmy maila do właścicielki apartamentu w którym byliśmy poprzednio. Miała wolne miejsce i tadam pojechaliśmy :D Trochę bałam się tej drogi z Nelcią, ale zaskoczyła mnie niesamowicie. W obie strony jechaliśmy nocą.  W tamtą stronę z jedną pobudką na karmienie, a z powrotem przyjechaliśmy w jednym kawałku i dziecko przespało całą drogę! Tak poza tym to mieliśmy obawę że w środku nocy utkniemy w Słoweni, bo okazuje się, że tam mało która stacja benzynowa jest czynna 24hW szoku byliśmy.
Te dwa tygodnie w Chorwacji były boskie. Nie było to to samo co bez dziecka, ale i tak było super. Praktycznie każdego dnia byliśmy na plaży, dużo spacerowaliśmy i zasadniczo pełen relaks. Tylko pod koniec naszego pobytu pogoda już raczej bardziej spacerowa niż plażowa, ale spacery wzdłuż wzburzonego morza też mają swój urok. Zasadniczo to trafiliśmy idealnie bo już było po sezonie, więc malutko ludzi co równa się ciszy i spokojowi. Minusem było to iż większość restauracji i kawiarni była już pozamykana, ale nam to nie przeszkadzało. To jest zasadniczo dość specyficzna wyspa, dość kamienista i niezbyt duża. Gdy chcieliśmy wysłać kartkę urodzinową to znaczka pocztowego szukaliśmy 4 dni, a poczta w miasteczku była w jakimś budynku-ruderze i czynna była od 11 do 13. Gdy teraz wspominam jak było fajnie to aż mi przykro że kolejny taki dłuższy wyjazd we troje to nie wcześniej jak na wiosnę.
A na koniec trochę zdjęć.












niedziela, 22 października 2017

Zbyt krótka doba

Po powrocie z wakacji (gdzieś miesiąc temu) przestałam panować nad czasem. Na nic czasu nie mam. Tak swoją drogą to wpis o wakacjach się pisze, chyba z 5 razy już do niego siadałam.

Moje przesypiające całe noce dziecko ktoś mi chyba podmienił na drodze Chorwacja-Polska, bo od powrotu ani jedna noc nie była przespana w kawałku. Przeważnie to są 2-3 pobudki. Wiem, że są dzieci u których to jest niewiele, ale my się już przyzwyczailiśmy do trochę innego trybu spania ;) No i Nelcia nie lubi być sama. Gdy leży na ziemi i bawi się zabawkami (ostatnio hitem jest smoczek - ale jako gryzak) i ja siedzę/leże/stoję obok to jest cudnie, wystarczy że zniknę jej z oczu np. schylając się do szafki w kuchni, czy idąc do ubikacji to wrzask jest niemiłosierny. No i nasze dziecko kochane dba o to by tata nie zaspał do pracy i każdy dzień rozpoczynamy przed 6 rano. Pod koniec września zmieniliśmy gondole na spacerówkę i od tego czasu spacery to raczej nie jest nasza ulubiona forma spędzania czasu. Wystarczy dodać że czasem Nela w spacerówce jeździ leżąc na brzuchu bo każda inna pozycja to jest wrzask, płacz i łzy. Natomiast nadal uwielbia wodę, kąpiele to istna przyjemność. Zresztą co niedziele jeździmy na basen i tam to jest radość dopiero. Dzisiaj nawet nurkowała, co pomimo moich obaw nie zrobiło na niej absolutnie żadnego wrażenia. Nawet nie stęknęła.

Jest mnie tutaj zdecydowanie za mało. Nie mam nawet czasu czytać czy komentować wpisów u kogoś, a co dopiero napisać coś u siebie, ale muszę się jakoś ogarnąć. Wynika to z tego że nałożyło nam się mnóstwo spraw do załatwienia, więc praktycznie cały dzień jestem sama w domu z Nelą, a wieczorami to trzeba trochę ogarnąć mieszkanie, obgadać pewne sprawy z Ł, poczytać, poszukać, podjąć mnóstwo ważnych decyzji. Budowa domu plus małe dziecko, a do tego Ł. ma jeszcze w weekendy zajęcia na uczelni (zachciało mu się drugi kierunek studiować - jeszcze 3 semestry i koniec) to raczej nie jest najszczęśliwsze połączenie. Trochę to wszystko przytłaczające, zwłaszcza że te domowe sprawy to głównie na papierze się dzieją, budowa rusza wiosną, ale ilość decyzji do podjęcia jest przytłaczająca.

Trochę dziś taki misz masz powstaje, ale trudno. U siebie jestem to mi wolno :) Jeszcze o jedzeniu będzie. Nela zaczęła jeść coś innego niż mleko. Ma swoje krzesełko, w którym uwielbia siedzieć ( na wakacjach zaczęła siadać) i jedzenie zasadniczo jej smakuje. Warzywa, mięsko, kaszki i owocki wcina aż się jej uszy trzęsą. Jedyne co to do jabłka jest sceptycznie nastawiona i grymasi. Początkowo próbowaliśmy blw, oj jaka ja byłam nakręcona. Żadnych papek, żadnych łyżeczek, żadnego karmienia. O tak było by pięknie! Dziecko me o ile każdą zabawkę i inną rzecz bardzo chętnie i nieustanie wkłada do buzi i trafia do niej bez problemu to jedzenia już sama nie weźmie. Do tego jedzenie w kawałkach to hmm wypluwa jak katapulta z miną w stylu czy ty kobieto oszalałaś?! Do tego stopnia że gdy dostała krem z dyni z mięciutkim ryżem, była wstanie tak to zjeść że zupka zjedzona a biały wylizany ryż wypluty. No, ale się nie poddaję i codziennie próbuje jej dać coś co nie jest papką.

niedziela, 13 sierpnia 2017

Życiowy update

Miałam tu być częściej. Taaa... Chcieć to można, ale czasu na to brak. To nie jest tak że tego czasu wcale nie mam, ale gdy już złapie gdzieś godzinkę to wolę książkę poczytać czy zobaczyć jakiś film z panem mężem niż siedzieć przed komputerem.

Teraz dziecko z tatą są na spacerze, a że dziś Nelcia ma równe 4 miesiące to stwierdziłam że to dobra okazja aby postukać w klawiaturę. Patrząc obiektywnie te 4 miesiące to wcale nie jest długi okres czasu, ale wydaje mi się że Kornelia jest i była z nami od zawsze. Ciężko mi sobie wyobrazić naszą codzienność bez niej. Przed te 4 miesiące z maluszka który tylko spał, płakał, jadł i brudził pieluszki stała się uśmiechniętym łobuzem. Pięknie podnosi główkę, łapie zabawki i wkłada jest do buzi. Zresztą to buzi to wkłada wszystko co tylko dostanie się w te małe rączki. Cudnie się śmieje na głos, uwielbiam leżeć na brzuszku i gdy robi się do niej głupie miny koniecznie wydając jeszcze głupsze dźwięki ;) Jest strasznie towarzyska tzn spróbuj ją tylko samą zostawić to od razu pokazuje że płuca ma zdrowe, mocne i pojemne :D Panienka waży już prawie 6 kg i ma 68 cm. Kocham ją nad życie.

Nasze dni mijają głównie na spacerach i zabawie. Spacerujemy dużo, bo dziecko najlepiej śpi właśnie na powietrzu w gondolce, a w domu snem gardzi. Trochę ze strachem patrzę na jesień, ale może się jej jeszcze odmieni. Powoli myślimy o przesiadce do spacerówki bo miejsce w gondoli się kończy.  Poza spacerami czas zajmuje mi też planowanie wakacji. Ja na wszystko muszę mieć listy. Co spakować, co zabrać na podróż, co kupić przed wyjazdem, co zrobić itd. A że w najbliższym czasie czekają nas aż dwa wakacyjne wyjazdy i to praktycznie jeden po drugim to tego planowania jest dość sporo. Jednak najbardziej czasochłonnym i zaprzątającym moją głowę jest nasze marzenie. Marzenie o własnym domu. Marzenie które powoli zaczyna się spełniać. Jeszcze długa droga przed nami, bo obecnie jesteśmy na etapie projektu. On jest już prawie gotowy, czekamy na ostateczną wersję z poprawkami od architekta. To właśnie spotkania z architektem i zastanawianie się nad kolorem okien, czy mają być duże czy małe, a gdzie drzwi itd. zabiera nam ostatnio każdą wolną chwilę, ale to się opłaci, bo to co już widziałam na wizualizacjach to jest właśnie to co sobie wyobraziłam i wymarzyłam.

Miało być trochę dłużej, ale moje dwa skarby wracają i jedziemy na basen.

środa, 5 lipca 2017

Ciało

Przed zajściem w ciąże stając na wadze nigdy nie widziałam cyferki 5 z przodu. Przez długi czas nawet walczyłam aby z 44/45 kg zrobiło się bardziej 48, szło mi dość opornie. Brzuch był zawsze pięknie płaski i bywały momenty gdy był na nim klasyczny kaloryfer, z nogami też nie było najgorzej ;)

W ciąży przytyłam dokładnie 16,4 kg. Bywały momenty gdy byłam załamana stając na wadze i zerkając w dół. Przez prawie 9 miesięcy bałam się rozstępów. Codziennie rano i wieczorem wcierałam w swoje ciało różne specyfiki mające mnie uchronić przed tymi czerwonymi śladami. Najbardziej bałam się o brzuch, bo on był zacnych rozmiarów. Niech przemówi fakt, że co poniektórzy pokusili się o pytania czy to na pewno nie będą bliźniaki. Będąc już na porodówce na brzuchu nie było ani pół śladu po rozstępach, był za to jeden wysoko na udzie. Jakież było moje zdziwienie gdy kilka dni po porodzie pod prysznicem dojrzałam dookoła pępka całe stado rozstępów. Hormony zrobiło swoje i wpadłam w histerie w stylu już nigdy nikomu nie pokaże mojego brzucha, a seks z mężem to tylko ciemku. Na szczęście zdrowy rozsądek szybko do mnie wrócił :) Od razu rozpoczęłam walkę za pomocą kremu na rozstępy z firmy pharmaceris i po 10 tygodniach stosowania są one naprawdę bardzo słabo widoczne.

Co do dodatkowych kilogramów to ja już w szpitalu zostawiłam 10. Teraz waga wskazuje 54 i założyłam sobie że chciałabym zejść do okrągłej 50. W sumie są to tylko cyferki, więc gdyby zostało tyle co jest to płakać nie będę. Najbardziej zależy mi zrzuceniu brzuszka, tak aby był znowu piękny i płaski i na jędrności tak ogólnie, ale to na spokojnie. Od niedawna wdrożyłam plan naprawczy dla ciała, który został brutalnie przerwany kontuzją nogi, ale przynajmniej chodzę na basen. Jest jeszcze kwestia blizny po cesarce, ale ona jest tak mało widoczna że wcale mi nie przeszkadza. W sumie to wygląda jak odgniecenie od zbyt ciasnych spodni. Używam na nią specjalne plastry, które przyśpieszają gojenie się blizn i zmniejszają ich widoczność. Polecała mi je i moja ginekolog i tata-chirurg, więc pewnie wiedzą co mówią.

Podsumowując gdy patrzyłam na swoje ciało w ciąży to obawiałam się jak będzie wyglądało po porodzie i teraz mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że nie jest źle. Trochę wysiłku fizycznego i będzie lepiej niż wcześniej, bo... dzięki karmieniu piersią wreszcie mam większy biust :D


poniedziałek, 26 czerwca 2017

Urlop

Urlop macierzyński. Czas który mama spędza z dzieckiem po narodzinach aż do powrotu do pracy urlopem mógł nazwać tylko ten kto własnego dziecka nie posiada. No chyba, że Nelka jest jakimś wyjątkowo wymagającym egzemplarzem, ale ja czasu spędzanego z dzieckiem urlopem bym nie nazwała. Wcale nie narzekam, bo za nic w świecie nie oddałabym tego wspólnego czasu i jestem wdzięczna losowi, że mogę całe 12 miesięcy spędzić z dzieckiem, ale gdy słyszę pytanie a co ty robisz całymi dniami skoro siedzisz z dzieckiem w domu to grrr! Aczkolwiek jest pewna prawidłowość w tych pytaniach zazwyczaj padają z ust tych bezdzietnych albo tych  którzy bardzo szybko wrócili do pracy. A gdy takie osoby dodają, że nie można dać się sterroryzować dziecku to coś się we mnie gotuje. Zresztą mam zakładkę w evernocie ze wszystkimi złotymi radami które otrzymałam i kiedyś o nich coś napiszę.

Moje "siedzenie w domu" z siedzeniem takim faktycznym to jest wspólne tylko z nazwy, bo ja siedzę gdy karmię :D Nawet gdy ja sama jem to przeważnie moje dziecko też je, tak więc jestem już mistrzem w spożywaniu posiłków jedną ręką ;) Nelcia w ciągu dnia nie sypia, no chyba że na spacerze. Na szczęście odkryliśmy sposób by jak już zasnęła w wózku to nie trzeba chodzić. Wystraczy dziecko położyć na brzuszku i od czasu do czasu pobujać delikatnie wózkiem. Ostatnio spała mi tak 2,5 godziny. W szoku byłam! Wiem, że mamy szczęście bo w nocy mamy tylko jedną pobudkę na karmienie (zazwyczaj pomiędzy 2, a 4 rano), koło 6 zaczynają się jęki w łóżeczku, ale wtedy wystarczy zabrać ją do naszego łóżka przytulić i śpimy nawet do 9. Jasne czasem zdarzy się gorsza noc, jak np po szczepieniu czy po jakimś intensywnym dniu, ale zasadniczo jestem wyspana.
Dni mijają mi na karmieniu, noszeniu i zabawianiu Malucha. Nelcia lubi swoje zabawki i potrafi się do nich pięknie uśmiechać i gaworzyć, ale pod jednym warunkiem... ja muszę być tuż obok, gdy tylko zniknę w łazience aby umyć zęby Panienka dobitnie okazuje swoje niezadowolenie, a że ma charakterek to od razu zaczyna z grubej rury. Brak sygnałów ostrzegawczych od razu wchodzi na wyżyny możliwości swoich mały płucek. Ten przysłowiowy czas dla siebie mam gdy a) Ł. wróci z pracy i zabiera dziecko na spacer, b) dziecko zaśnie już na noc. Gdy dodać do tego chęć chociaż podstawowego ogarnięcia 60m mieszkania, własnego ciała oraz fakt że w naszym życiu nadchodzą wielkie zmiany i trzeba przejrzeć, przeczytać i pooglądać masę umów, papierów i projektów to czasu na zobaczenie filmu, napisanie posta zwyczajnie brakuje.

Bywają dni gdy mam dość i co chwilę zerkam na zegar i odliczam czas gdy Ł. wróci z pracy i będę miała chwilę bez dziecka. Jednak takich dni jest niewiele. Zresztą nawet w takie dni, wystarczy położyć ją na przewijaku, pomachać ulubioną zabawką czy pomiziać po brzuszku i ten piękny bezzębny, szeroki i taki prawdziwe szczery uśmiech wynagradza wszystko. Najpiękniejszy jest z samego rana, gdy Nelcia otwiera oczy, rozejrzy się dookoła popatrzy na mnie i tak sama z siebie się zacznie uśmiechać...